STYL ŻYCIA

Złote lata 60.

Polish Express
Polish Express logo

Złote lata 60.

Czterdzieści lat temu na ulicach europejskich miast doszło do młodzieżowej rewolty, której skutkiem był przewrót społeczno-obyczajowy. Dokonała się rewolucja w zachowaniu i w modzie. Stolicą tej ostatniej był i jest Londyn.

Letnia stolica mody  >>

Polski designer >>

Może nie jest to obecnie tak widoczne, bo nie spotyka się długowłosych, kolorowo ubranych kontestatorów, egzaltowanych fanek Beatlesów czy Rolling Stonesów. Pod tym względem Londyn znacznie zszarzał, ale stolicą nowych trendów w modzie być nie przestał.

Lata 60. to czas przełomu nie tylko w modzie i obyczajach.

To czas, w którym człowiek wylądował na księżycu, dokonano pierwszego przeszczepu serca, to wojna w Wietnamie, a wcześniej zabójstwo prezydenta Kennedy’ego. Jednak w sposób najbardziej widoczny zmieniła się ulica, a raczej ludzie na niej. Stała się bardziej kolorowa, mężczyźni zdjęli garnitury, włożyli dżinsy, kolorowe t-shirty, zapuścili długie włosy, do łask wróciły bokobrody. Kobiety przywdziewały długie kwiaciaste suknie lub mini, której londyńskiego rodowodu nikt nie jest w stanie zakwestionować. Wymyśliła ją Mary Quanta - brytyjska projektantka mody. W 1955 roku otworzyła wraz z mężem butik „Bazaar” przy Kings Road w Londynie, a w roku 1958 zaprezentowała publicznie projekt spódniczki mini. Ten skąpy ubiór nie przyjął się od razu. Podkasaną modę, która przyjmowała się dość opornie, spopularyzowała słynna Twiggy (Leslie Hornby), supermodelka, aktorka i piosenkarka.

Order za mini

Minispódniczka była odzieniem do tego stopnia kontrowersyjnym, że rektorzy Uniwersytetu w Oksfordzie stwierdzili, iż jest to „ubiór dla lafirynd”. Inne słynne projekty Mary Quant to bardzo krótkie błyszczące płaszcze z PCV. Ta brytyjska projektantka chciała koniecznie stworzyć modę egalitarną. Mówiła, że w jej sklepach mogą ubierać się królowe i sprzątaczki. I chociaż kolekcje przez nią projektowane nie należały do najtańszych, to jednak ich ceny były o wiele bardziej przystępne niż kolekcje projektowane przez wielkich kreatorów mody jak Christian Dior, Coco Chanel czy Pierre Cardin. Mary Quant za swoje zasługi na niwie projektanckiej otrzymała Order Imperium Brytyjskiego. Odbierała go oczywiście w minispódniczce.
Wranglery za pół pensji
Do Polski Ludowej, nazywanej najweselszym barakiem bloku komunistycznego, moda docierała prędzej niż do pozostałych krajów komunistycznych. Mieliśmy u siebie nieco więcej swobody, więc różne nowinki związane z modą, muzyką czy kulturą w ogóle, miały do naszego kraju ułatwiony dostęp. Mniej więcej w tym samym czasie co w Londynie i na ulicach innych zachodnich miast, również w Polsce pojawili się długowłosi ludzie w dżinsach, spodniach w prążki, „bitelsówach” czy „rolingstonkach”. Z zagranicy przyjeżdżały płyty topowych zespołów - jak się wtedy mówiło - „bigbeatowych”, czyli „mocno uderzeniowych”. Jednak w owym czasie w Polsce bycie modnym nie było łatwe. W państwowych sklepach królowała szarzyzna - swetry z wiskozy, garnitury z szarej elany i brązowe garsonki. Najtrudniej było z dżinsami. W uspołecznionym handlu można było nabyć wprawdzie dżinsy zwane „szarikami” (nazwa pochodzi od naszywki z wizerunkiem psa Szarika na kieszeni spodni), ale osoba nosząca takie spodnie spotykała się z pogardą. Sytuację ratowały paczki od krewnych z zagranicy i sklepy Peweksu. W tych sklepach, w których towar sprzedawano wyłącznie za dolary bądź specjalne bony, można było kupić zachodnią odzież, w tym dżinsy, które wycierały się i traciły granatowy kolor (polskie nie traciły), przechodząc w miły dla oka lazur. Najtańsze były „Super Rifle” - 7,7 dolara, „Wranglery” - 9 i „Levi’s Straussy” - 12. W owym czasie była to w PRL połowa przeciętnej pensji. Pozostałe części garderoby dokupowano w prywatnych sklepach - były to koszule ze stójką w tzw. „łączkę”, czyli drobne kwiatuszki, „bitelsówy” - półbuty z podniesionym lekko do góry szpiczastym noskiem i wysokim obcasem. „Rollingstonki” to tzw. sztyblety - buty do kostek, niesznurowane lecz z gumami po bokach, szpic zadarty i wysoki obcas jak w „bitelsówach”. Modne były również białe tenisówki, a do tego koniecznie czerwone lub żółte skarpetki lub w poprzeczne prążki. Białe tenisówki już następnego dnia przestawały być białe. Pranie nic nie dawało, więc nakładano na nie grubą warstwę pasty do zębów „Lechia” lub pociągano kredą. Dziewczyny podpatrywały w telwizji jak chodzą ubrane ich rówieśniczki za granicą albo kopiowały ubiory naszych rodzimych gwiazd rockowych. Te, dzięki częstym wyjazdom za granicę, zawsze były na topie jeśli chodzi o modę.

Dżinsy i mąka

Jerzy Kielarowski miał w 1968 roku 17 lat. Chodził do dobrego liceum, w którym uczyły się dzieci zamożnych rodziców.

Wszyscy mieli zagraniczne dżinsy z wyjątkiem mnie. Ja chodziłem w granatowych nieścieralnych „szarikach”. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, by posypać je talkiem, tzn. tę część na udach. Wtarłem ten talk w materiał i moje „szariki” wyglądały jak prawdziwie dżinsy. Kiedyś talku zabrakło, więc posypałem mąką. Kiedy szedłem do szkoły spadł deszcz, spodnie zmokły, no i mąka również. W szkole spodnie wyschły, a mąka zastygła i zrobiły się tak sztywne, że musiałem przebrać się w dresy do wuefu, a „szariki były do wyrzucenia.

Buty i denaturat

Inną przygodę miał jego młodszy brat, kiedy modne zaczęły być tzw. konkordy, czyli buty na platformie (podeszwa wysoka, obcas też, a przody zaokrąglone). - Od czasu do czasu rzucano coś modnego do sklepów państwowych. „Chełmek” produkował wtedy dość dobre „konkordy”. Stanąłem w kolejce i kupiłem, tyle że o numer za małe. Po drodze spotkałem kumpla, który powiedział mi, że można buty „rozbić” nalewając do nich denaturatu lub octu i założyć je na nogi. Kupiłem denaturat i ocet i doszedłem do wniosku, że jeśli wleję i jedno, i drugie, to rozbiją się jeszcze bardziej i szybciej. Zrobiłem mieszaninę i wlałem do butów. Ubrałem je i popędziłem do tramwaju, bo miałem się spotkać ze swoją dziewczyną. W kawiarni nie było nikogo, zamówiłem lampkę wina. Kelnerka podeszła i mówi, że coś strasznie śmierdzi. Przytaknąłem jej. Otworzyła okno, ale dalej śmierdziało. Za chwilę przyszli klienci, jednak szybko wyszli. Moja dziewczyna jeszcze dobrze nie weszła, a już powiedziała, żeby stąd wyjść, bo coś cuchnie. Poszliśmy nad Wisłę, a ona do mnie, że to ja tak śmierdzę. Wtedy się przyznałem. Buty się rozkleiły, a właściwie rozpuściły. Na drugi dzień były do wyrzucenia.

Prywatny import z Londynu

Andrzej Gwiner, rocznik 1952, miał rodzinę w Londynie. Wujek, były spadochroniarz, wysyłał do Polski paczki. Zazwyczaj była to kawa, kakao, jakieś mydła i trochę używanych ciuchów.
- Byłem na niego zły, bo zamiast przysyłać dżinsy i jakieś fajne płyty, to on ciągle tę kawę i jakieś ubranka po swoim synu. W 1969 roku wraz matką pojechałem do Anglii w odwiedziny. Chodziliśmy po Oxford Street, a tam w sklepach wszystko, same „peweksy”, dla mnie to był szok. Na ulicach wszyscy modnie ubrani. Zazdrościłem im jak cholera. Nie mogłem się doprosić wujka, żeby kupił mi dżinsy. Cholerny sknera, cały czas powtarzał, że on ciężko na te funty pracuje, ale wreszcie się zlitował i kupił mi nie tylko spodnie, ale i bluzę „Levi’s”. Byłem tam całe wakcje. Z kuzynem Markiem pomagaliśmy ludziom sprzątać ogródki, a oni nam za to płacili. Kupiłem sobie jeszcze komplet „Lee” i parę płyt oraz plakatów. Jak przyjechałem do Polski, to myślałem, że kumple wykitują na atak serca. Dziewczyny zlatywały się do mnie jak ćmy do światła.

Idole dyktują modę

W latach 60. i później modę młodzieżową w większym stopniu dyktowali idole rockowi niż zawodowi projektanci. Jeśli np. Eric Clapton wystąpił na koncercie w opasce na włosach, już następnego dnia wszyscy chodzili w opaskach. John Lennon pojawił się w okularach „rowerkach”, już za kilka dni na Carnaby Street można było kupić takie same. Diane Warwick ubrała sukienkę ze srebrnej lamy, po kilku dniach co druga dziewczyna błyszczała na ulicach Londynu. Modę dyktowały również słynne festiwale rockowe na wyspie Wight i Newport. My też staraliśmy się nie pozostawać w tyle. W słynnym sopockim „Non Stopie” codziennie przez całe wakacje koncertowały słynne polskie zespoły.

Socjalistyczni hippisi

Na nadmorskich polach namiotowych tworzył się polski ruch hippisowski. Dla Czechów, Węgrów i Niemców z NRD byliśmy namiastką Europy Zachodniej. Jak hippisi to i narkotyki - z tymi w Polsce było niełatwo, dlatego tu powstała namiastka heroiny - „kompot”, czyli wywar z makowin. Przystosowywano różne medykamenty do roli narkotyków. I tak np. krople Inoziemcowa wylewano na łyżeczkę, którą podgrzewano nad ogniem. Po odparowaniu różnych „niepotrzebnych” substancji na łyżeczce zostawała zgniłozielona maź, którą pobierano strzykawką i wstrzykiwano do żyły. Raczono się też różnymi psychotropami oraz rozpuszczalnikiem o nazwie „tri”, którego opary wdychano w celu wywołania halucynacji.
Czy to w miejskich, czy to wiejskich dyskotekach królowała muzyka rokowa, do której tańczyła młodzież w dżinsach i minispódniczkach. Aż dziw brał, że ta moda przyjęła się tak łatwo w konserwatywnej i komunistycznej Polsce.

Milicja od postrzyżyn

Bywało jednak mniej wesoło, bo od czasu do czasu któryś z partyjnych decydentów dochodził do wniosku, że nie uchodzi, by socjalistyczna młodzież czerpała wzory ze zgniłego Zachodu. Dlatego co jakiś czas organizowano przymusowe postrzyżyny. Patrole milicji ścigały długowłosych na ulicach obcinając im włosy. Warunkiem wystąpienia na festiwalu opolskim była schludna fryzura, kto się na to nie zgadzał - spadał na margines.

Jeszcze Londyn nie zginął

Londyn nie przestał być stolicą mody, ale na pewno nie jest już stolicą mody ulicznej. Osób ubranych oryginalnie - jak na lekarstwo, bo czy adidasy ubrane do elganckiego garnituru lub japonki, to takie oryginalne? Czy dziewczyna w eleganckim drogim płaszczu, ładnej fryzurze, z plecakiem i wstrętnych buciorach, to godna uwagi niezwykłość?
Dziś „stołeczność” Londynu, jeśli chodzi o modę, podtrzymuje, na szczęście, plejada znakomitych projektantów mody określanych mistrzami stylu międzynarodowego. Ich kreacje prezentowane są na wszystkich prestiżowych pokazach mody. Zdobyli sobie uznanie na całym świecie za przekraczanie granic kulturowych, za wyjątkowo oryginalne, perfekcyjnie wykonane kolekcje, za łączenie klasyki z awangardą.

 

 Moda lat 60.

Styl hippisowski: fascynacja Dalekim Wschodem, Indiami (hinduska biżuteria, tkaniny, tuniki).

Styl retro:(„ludowy romantyzm”: włóczka, krajki, hafty itp.

Styl „kosmiczny”: srebrzyste kombinezony, wysokie kozaki, brokat, niebieskie błyszczące cienie do powiek, perłowe szminki, mocno wytuszowane rzęsy. Cekiny, brokat, sztuczne rzęsy (także srebrne i złote), lakiery do włosów z brokatem, malowanie kwiatków, znaczków, roślinek itp. na twarzy i ciele... Styl psychodeliczny: kolory i motywy wyniesione z narkotycznych wizji oraz: koszule w kwiaty, spodnie „dzwony” i „szwedy” (rozszerzane od pachwin), koszule z bistoru ze szpiczastym, długim kołnierzykiem, sandały. Biżuteria z drewna, muszelek, modeliny, rzemyków, kolorowych koralików, długie włosy, koturny, obcisłe marynarki z wiekimi klapami, szerokie krawaty, fryzury afro.

Letnia stolica mody >>

Polski designer >>

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK