ROZRYWKA

„Przyjaciel z Anglia” (cz.72)

Polish Express
Polish Express logo

„Przyjaciel z Anglia” (cz.72)

Zaproszenie od księżnej. Garnitur z pierwszej komunii. Pan Staszek i kolejka. Komu Gośka dała dupy. Rudzielec trzaska okienkiem. Co ma Roger do Marka. Odwiedził mnie mój „przyjaciel z Anglia”.

To nie ja strzelałem (cz.71) >>

Tak się podpisuje mój długoletni kumpel Roger, który swego czasu zafascynował się Polską, ale przede wszystkim mną, (proszę bez nadinterpretacji) i postanowił nauczyć się polskiego. Skutkiem tego otrzymywałem listy pisane mniej więcej w ten sposób:

„Cześć mój przyjaciel z Polska, jak ty jesteś stara sowa, stary łeb? Ja kupić ostatni stary nowy motor. Jak ci się podoba? Mój drogi przyjaciel, ja kupić dom w Bułgaria, ale ja już nie mieć trzeciej żony i czwartej ja też nie mieć, a trzecia żona być dobry i ona jest dobry i mieć dobry jej chłopak, on być Węgier, ale jak on mówić po węgiersku, to nawet Pan Bóg nie rozumieć on mówienie, on mówić też na angielski...”.

Tu zakończę dalsze cytowanie, bo nie o listach chciałem napisać, lecz o moim pierwszym zderzeniu z Albionem i o tym jak poznałem Rogera, postać dość niezwykłą i zresztą nie tylko jego.

List od księżnej

W 1991 roku zadebiutowałem jako reporter w „Gazecie Wyborczej” i tak się złożyło, że mój debiut został przedrukowany przez „The Guardian”. Nie dowiedziałbym się o tym, gdyby nie Helen i Mick, moi przyjaciele z Oxfordu, którzy napisali mi o tym i przysłali egzemplarz gazety. Tak jakoś wyszło, że kolejny reportaż znów został przedrukowany i następny zresztą też. Po czwartym, z Foreign Office przyszedł do mnie list podpisany przez księżną Elisabeth Hodder, która w owym czasie była szefową East Europe Departament, przy wspomnianym ministerstwie. Księżna Pani oferowała mi stypendium w UK, łącznie ze stażami w najważniejszych brytyjskich gazetach. Miałem poważny dylemat, bo w tym samym czasie Sewek Blumsztajn zaproponował mi tworzenie rzeszowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. W sumie udało się połączyć jedno z drugim, więc zdecydowałem się na wyjazd, a raczej na wylot.

 

Wycieczka po wizę

Niestety, był to czas kiedy do UK obowiązywały wizy. Udałem się więc do Warszawy, do konsulatu brytyjskiego. Jak na buraka z prowincji przystało, ubrałem się w garnitur pamiętający jeszcze czasy pierwszej komunii i pojawiłem się w Warszawie na ulicy, której nazwy już nie pamiętam, gdzie mieścił się konsulat Wielkiej Brytanii. W pierwszej chwili uznałem, że pobłądziłem - przed koszmarną willą w stylu wczesnego Gierka stała kilkusetmetrowa kolejka potwornie zmęczonych ludzi. Takich jak ja buraków w garniturach było mnóstwo i to była jedyna pocieszająca rzecz.

Według mojego rozeznania większość kolejkowiczów nie wybierała się na studia do Oxfordu czy Cambridgde, nie dyskutowano też o esejach Ruskina czy twórczości T.S. Eliota. Słyszałem natomiast, że „dwa funty za godzinę to jest git” i że „Gośka dawała dupy staremu Angolowi i dobrze na tym wyszła, bo dziad wszystko jej zapisał”.

Brud duchowy

Muszę przyznać, że byłem tym okropnie zbulwersowany. Nie tym, że muszę odstać prawie dwie doby w kolejce, lecz tymi rozmowami, tym przeliczaniem wszystkiego na pieniądze, tym cynizmem, cwaniactwem, „duchowym brudem”. Miałem naprawdę tego dość. Przebywanie w tym towarzystwie napawało mnie tak potwornym wstrętem, że do współtowarzysza kolejkowej niedoli, pana Stanisława powiedziałem, że rezygnuję z wizy, z wyjazdu, że mam dość tego ohydztwa.

Kompromis z rzeczywistością

Pan Stanisław, legniczanin, niestety już nieżyjący, był murarzem. Człowiek niewykształcony, prosty, ale mądry i delikatny. W lot zrozumiał o co mi chodzi i wytłumaczył, że człowiek musi się na pewne rzeczy zaimpregnować, że świat nie jest idealny i jeśli chce się normalnie funkcjonować, to trzeba iść na kompromis z rzeczywistością i przynajmniej niektóre jej przejawy tolerować. Przekonał mnie.
 

 

Nadeszła noc. Niektórzy wyjęli śpiwory, inni położyli się na okryciach rozścielonych na chodniku, nieliczni pili mówiąc: „Pieprzę to, co ma być to będzie”.
Walczyłem ze sobą - z jednej strony moja buntownicza natura podpowiadała mi, żebym to wszystko rzucił, ale rozsądek, którego nigdy za wiele nie miałem, podpowiadał mi, żebym wytrwał. Dźwięczały mi w uszach słowa pana Staszka: „A co pan myśli, że mnie to nie razi? Ale żyć trzeba”.
Dobrze - zdecydowałem, że będę żył. Zostanę.
Nie spałem całą noc, wszystko co miałem do przeczytania dawno już przeczytałem, myśleć już też nie bardzo miałem o czym, zapadłem w letarg.

Rudzielec z okienka

Następnego dnia moja biała koszula miała kolor ferszelungu maszynisty parowozu. Ludzie powoli budzili się do życia, wyżerali coś z przywiezionych ze sobą weków, z puszek. Patrzyłem na ich twarze i widziałem na nich malujące się dwa sprzeczne ze sobą uczucia - determinację i rezygnację. Na dalsze obserwacje i refleksje nie miałem już czasu, bo nadeszła chwila, w której znalazłem się już w budynku. Byłem tak podekscytowany tym faktem, że do dziś nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak wyglądało wnętrze konsulatu. Pamiętam jedynie to, że podszedłem do jednego z kilku niewielkich okienek, za którymi siedzieli urzędnicy konsulatu i indagowali interesantów. Nie zdążyłem otworzyć ust, kiedy jakiś rudzielec zatrzasnął mi okienko przed nosem. Zdążyłem jeszcze usłyszeć, że jest godzina trzynasta. No tak, nie wiedziałem, że o tej godzinie konsulat kończy przesłuchania.

„My im wojnę wygrali”

Nie będę opisywał, jakie uczucia mną miotały, ale chyba nie ma potrzeby. Rzuciłem kilka przekleństw i powiedziałem sobie, że chrzanię Wyspy, Polskę i w ogóle wszystko. Teczka, w której miałem wszystkie dokumenty, na skutek kopnięcia wykonanego przeze mnie zresztą, poleciała wysoko w górę, wypadły z niej stypendialne szpargały, zaproszenia, potwierdzenia i te wszystkie kwity, które miały przekonać urzędników, że można mnie wpuścić do brytyjskiego raju.

 

- Panie Januszu, co pan robi?! Przecież mówiłem panu - nie poddawać się - tak krzyczał pan Stanisław i zaczął zbierać papiery.
- Panie, pan pewnie pierwszy raz - ja tu jestem czwarty, a szwagier dostał wizę za szóstym - mówił jakiś wąsaty jegomość, który pomagał panu Staszkowi zbierać dokumenty. - Trza przetrzymać sukinsynów. Wała z nas nie zrobią, Polak się nie da - zaśmiał się demonstrując braki w uzębieniu.
- My im wojnę wygrali, jakby nie my, to by dzisiaj szczury jedli - odezwał się ktoś z tłumu.
- Gość się wkurzył i ma rację - recenzował moje zachowanie ktoś z tłumu.
Jakiś facet podszedł do mnie ze szklanką pełną wódki:
- Napij się pan, to się uspokoisz.
Już miałem sięgnąć po poczęstunek, ale przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Albo mi się uda, albo jeszcze tego samego dnia wracam do domu.
Pomysł polegał na tym, że pójdę do ambasady na skargę. Zaistniał jednak pewien problem - nie mogłem, a raczej nie chciałem pojawiać się tam w niezbyt świeżej koszuli i lekko już zarośnięty. Musiałem się ogolić i zmienić ubranie. Przypomniałem sobie, że niedaleko ma gabinet lekarski mój dobry kolega, na pewno mi jakieś ciuchy pożyczy i udostępni łazienkę.

Przejechałem dwa przystanki tramwajem i po przejściu kilkuset metrów znalazłem się przed szacowną kamienicą, gdzie znajdował się gabinet Marka.
Pielęgniarka lub jak kto woli - rejestratorka spojrzała na mnie jak na kogoś, kto po nocy zakrapianej denaturatem włożył na siebie coś co wygrzebał ze śmietnika. Czekałem aż powie, że to nie poradnia przeciwalkoholowa. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć wyjaśniłem, dlaczego jestem tak sfatygowany i zapytałem o Marka.
- Pan doktor jest na uczelni, ma zajęcia ze studentami, ale jeśli to sprawa pilna, to zadzwonię podczas przerwy.
Zadzwoniła. Późnym popołudniem piłem już herbatę (i nie tylko) na Saskiej Kępie u Marka w jego pięknym domu. Niestety, przebrać się w jego ciuchy nie mogłem - zapomniałem, że Marek ma równe dwa metry wzrostu.
Wiem, zacząłem od Rogera z Oksfordu, a kończę na Marku z Warszawy, ale przecież to jeszcze nie koniec, bo... cdn. I dodam jeszcze, że będzie coraz ciekawiej, a więc - cdn.

Janusz Młynarski

To nie ja strzelałem (cz.71) >>

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

Smutna biografia Rogera. Angielski wieczór w polskiej mordowni.

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Seksportale. Idiota i nie tylko. Kate Oversize. Po gazecie nie poznasz. Czerwony, czyli biały. Książka i baranina.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.

Pożytki z palenia (cz. 44)

Pożytki z palenia (cz. 44)

Kumpel Daviesa i Coltrane’a. Jam session w 6&6. Przed Stańką i Urbaniakiem. Moja jamaszka. Dlaczego Victoria stuka w ścianę. Zaćwiczyć się na śmierć. Mike lubi bimber.

Wielka Brytania tylko straci na wprowadzeniu ograniczeń dotyczących imigracji

Wielka Brytania tylko straci na wprowadzeniu ograniczeń dotyczących imigracji

Urodzony w Walii, potomek polskich imigrantów, profesor Leszek Borysiewicz podkreśla, że próby zahamowania napływu imigrantów do Wielkiej Brytanii są tak naprawdę sprzeczne z interesami kraju. Prorektor...

"Cześć kochanie" (cz. 80)

"Cześć kochanie" (cz. 80)

Polacy nie płacą. Rozbierająca wyobraźnia. Powrót Sandy. Zagadki węgierskiej ciąg dalszy. Po czym poznać morderców. Nie jestem szpiegiem. Dziewczyna już nie opuszcza głowy.

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula. Zagłuszanie czynności prokreacyjnych. Szaman śpiewa disco-afro. Kamil już tu nie mieszka. Staszek skręca skręta, Staszka skręca policja. Kąpiel w zlewie. Kuzyni się biją. Facet...

Napaść z baranem w ręku (cz. 63)

Napaść z baranem w ręku (cz. 63)

Piłka na potylicy. Arab z tasakiem. Choroby laryngologiczno-psychiczne. Skutki patrzenia przez ramię. Nikt nie śmieje się tak jak Marion.

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Co się stało rankiem. Zła osobowość mojej sąsiadki. Rozmowy religijne. Jak keyboard się wygiął. Mój przyjaciel Bill.

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord. Nieboszczyk w kuchni. Jeden z 323 języków. Brygada kuzynów. Mchy i porosty. Bez Victorii i bez Paula. Żyd, ale porządny. Internet z firmy „Cockney”....


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK