POLACY W UK

Polska dynastia w Londynie

Polish Express
Polish Express logo

Polska dynastia w Londynie

Właściciel niedużego zakładu optycznego przy Kensal Rise właśnie wydaje okulary. Mama dziewczynki w mundurku zasypuje optyka gradem pytań. Wojciech Wieczorek, który przyjechał do Londynu z warszawskiej Pragi w Wielkanoc 1957 roku, cierpliwie odpowiada na wszystkie i zaprasza na konsultacje za miesiąc.

London Dream: Miałam nóż na gardle >>

Gdy zadowolone klientki wychodzą z zakładu, przychodzi moja kolej na zadawanie pytań – nie o okulary, ale o 50 lat życia w Londynie.
 
Dlaczego zdecydował się Pan na wyjazd z Polski i co sprawiło, że wybór padł na Wielką Brytanię?
Nie można powiedzieć, że to moja decyzja, że mając 11 lat postanowiłem - jadę do Anglii. To była decyzja rodziców. To były lata pięćdziesiąte, „gierkowskie” czasy w Polsce. Ojciec mamy i babcia od wojny byli w Anglii. Chyba chodziło o to, żeby im przysłać cząstkę rodziny. A poza tym, w tych czasach nie nie było za wesoło wszystkim. Mam dwie siostry, może trzeba było rodziców trochę odciążyć.  

Co się wydarzyło pierwszego dnia po przyjeździe, jak wyglądały początki w Londynie?
Nie znałem angielskiego! Przez pierwsze tygodnie akurat były ferie, szkoły miały wakacje. Ale i tak wszystko wydawało mi się dziwne. Język, kraj… Z szarej Polski przyjechało się do wielkiego świata.
Mój dziadek był wojskowym, był spartańsko wychowany. Pomyślał sobie, że muszę się przede wszystkim nauczyć języka, więc wysłał mnie do internatu. To były, wiadomo, bardzo dla mnie trudne czasy. Powoli się przyzwyczajałem. Do domu dziadków jeździłem tylko co 2-3 miesiące. Najgorsza rzecz wtedy to jedzenie angielskie, którego nie znosiłem. Wymiotowałem i taki chudy się zrobiłem, że nie wiadomo było, co ze mną jest. Babcia, malutka osoba, przyjeżdzała z wielką walizą pełną żarcia. I w związku z tym stałem się bardzo popularny w internacie! To była katolicka szkoła na dobrym poziomie, catholic grammar school. Teraz takie szkoły są bardzo rzadkie. Może ta była nawet do przesady katolicka, prowadzona przez księży. Kary cielesne były wtedy w Anglii powszechnie stosowane. Ale dyscyplina super, nie tak jak dzisiaj.

Ile czasu zajęło Panu przyzwyczajenie do nowych warunków i asymilacja z kolegami?
Było tam kilku Polaków, chyba przyjechali z Niemiec, z nimi miałem fajniejszy kontakt. Z Anglikami to długo trwało. Po 3 miesiącach już mogłem się porozumieć, ale do tego czasu było trudno. A po 3-4 miesiącach zacząłem się przyzwyczajać, myślę, że pełna taka asymilacja nastąpiła po 6 miesiącach. Na pierwszej cenzurze nie byłem klasyfikowany z niektórych przedmiotów, bo nie znałem wystarczająco języka. Po drugim semestrze byłem na poziomie wszystkich innych. Polacy tam przodowali, wiadomo. Później byłem w czołówce zawsze. Bardzo dobry byłem z angielskiego, pisałem bardzo gramatycznie. Z resztą widać z literackiej historii, że bardzo dużo świetnych pisarzy nie było Anglikami. Ja się nie porównuję, oczywiście, ale Konrad Korzeniowski przecież był Polakiem, a pisał takim pięknym angielskim…

Poszedł Pan tutaj na studia?
Bardzo długo miałem zamiar wracać do Polski. Rodzice byli optykami i chciałem coś w tym kierunku robić. Wydział ortooptyczny był w Polsce w powijakach, a w Londynie była wtedy najlepsza szkoła z tego zakresu. Długo chciałem wrócić do Polski i tę specjalność tam rozwinąć, w tamtych czasach właściwie u nas nie istniała. Teraz już oczywiście jest.

 

 

Jak wyglądało w Londynie Pana życie osobiste, rodzinne?
Dziadek mój był majorem w polskim wojsku. Jak przyjechał do Anglii, to nic to nie znaczyło, więc poszedł do pracy w restauracji. Babcia dojechała do niego w 1949 roku. Pracowała w fabryce lodów. Nie przelewało im się specjalnie. Fortuna się później trochę uśmiechnęła. Dziadek wygrał w totolotka, to był taki piłkarski totolotek. Zawsze był spór, babcia twierdziła, że to ona wygrała, a dziadek, że to jego kupon. Dziadek wykupił restaurację na Oxford Street i ten dom, który teraz mamy. Dzięki temu pozwolił sobie też później sprowadzić mnie do Anglii.
Ponad czterdzieści lat temu poznałem Elę. Przyjechała na urlopie dziekańskim pracować jako au-pair. Poznałem ją w kafejce koło Hyde Parku, właścicielem był lotnik polski, to była taka mekka Polaków. No i od tego się zaczęło, ona wróciła do Polski skończyć studia, ale już się widywaliśmy. Ślub kościelny wzięliśmy w Polsce, żeby nie tworzyć problemów z paszportem. Ksiądz potajemnie dał nam ślub pod Warszawą. A w Londynie ślub cywilny. W tym roku w sierpniu mija nam „czterdziestka”. Mamy trójkę dzieci, szóstkę wnuków.

Wszystkie Państwa dzieci mówią po polsku?
Dzieciaki, tak. Najstarszy syn ma żonę Angielkę, mają trójkę chłopaków. No i niestety, tutaj język polski jest nieistotny. Między sobą cały czas mówią po angielsku, chłopcy może trochę rozumieją po polsku. To jest bardzo częste zjawisko w małżeństwach mieszanych… Ale chłopcy bardzo lubią polskie jedzenie. Zawsze się upominają.
 
Pan mówi bardzo dobrze po polsku, czy to zasługa polskiego małżeństwa? Czy Pana znajomi to Polacy czy Brytyjczycy?

Pół na pół. Mamy bardzo dużo znajomych Anglików, ale też dużo Polaków. Czytam po polsku, żona mówi dobrze, często jeździmy do Polski, kontakt z językiem jest żywy. Jedyny problem, to fakt, że wnuki są z językiem na bakier.
 
Czy bycie Polakiem pomaga czy przeszkadza Panu w życiu zawodowym i osobistym?

Podczas studiów to, ani tak, ani tak. Tu są tak pomieszane nacje na studiach, a językowo w tej fazie już nie było różnicy. Jak zacząłem pracować w moim fachu, to było nawet pomocne... Pracowałem przez 12 lat na Golders Green w północnym Londynie, gdzie jest dużo ludności żydowskiej. Jak się dowiedzieli, że jestem Polakiem, to bardzo pomogło. A teraz, kiedy  jestem właścicielem zakładu, to też pomaga. Włosi bardzo się garnęli do mnie, z racji papieża, jeszcze za czasów Jana Pawła II. Nigdy nie odczułem niczego negatywnego.

Jak się kształtowało tutaj Pana spojrzenie na Polskę?

Po angielsku powiem, że długo byłem „out of contact”. Nie bardzo wiedziałem, co się politycznie w Polsce działo. Anglicy są znani z tego, że w gazetach specjalnie o innych nie piszą, tylko o sobie. Polskiej telewizji nie mieliśmy. Czasami polskie gazety mi wpadały w ręce, a tak śledziliśmy wszystko tylko z informacji, które dostawaliśmy od rodziny.

Gdzie widzi się Pan za dziesięć lat?
No, tu! Korzenie są już takie głębokie. W Polsce mam dwie siosty i mamę, ale tu już szóstkę wnuków. Mamy duży dom... Za 10 lat absolutnie nie widzę siebie w Polsce. Aczkolwiek, nie wykluczam mozliwości, że na emeryturze, jak już się przestanie pracować, to może jakiś domek na Mazurach?


Najtrudniejsza sytuacja...
Jedna z najtrudniejszych decyzji - czy kupić ten biznes. Czy w jesieni życia byłbym zdolny prowadzić własny interes. I teraz nie żałuję!

Najbardziej tęsknie za...
Chciałbym spędzać więcej czasu w Polsce.
 
Najdziwniejsze jest... Strasznie dużo osób, które przyjechały tu w tym czasie co ja, straciło swoją polskość. Nie są już Polakami, a Anglikami przecież nigdy nie będą. Nie mam z nimi wspólnego języka.

Największy sukces... Rodzina! Czterdzieści lat przeżyliśmy i to już jest taka dynastia z polskim nazwiskiem.

Rozmawiała Zofia Reych

Jeśli uważasz, że Twoja historia jest niezwykła – napisz do nas. Możesz stać się bohaterem cyklu London Dream. Czekamy na zgłoszenia: [email protected]

Fot. Getty Images

London Dream: Miałam nóż na gardle >>

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK