POLACY W UK

Podzwonne dla pubów

Polish Express
Polish Express logo

Podzwonne dla pubów

Brytyjskie puby bankrutują z powodu zakazu palenia. Ponad pięć tysięcy domów publicznych mają do swojej dyspozycji londyńczycy oraz turyści odwiedzający miasto nad Tamizą. Domy publiczne w Wielkiej Brytanii – „public houses”, to jednak nie domy gorszących uciech, lecz po prostu puby.

 

Pub to skrót nazwy: „public place”, ale na wielu angielskch pubach nad nazwą widnieje napis: „the public house”, co zaskakuje czasem zagranicznych turystów, którym często zdarza się tłumaczyć dosłownie wiele napisów, z którymi się stykają. Kiedyś były to zajazdy – na dole karczma, na górze kilka izb noclegowych. Do roku 1393 na wszelkiego rodzaju zajazdach czy karczmach nie było żadnych szyldów. Nie były potrzebne, bo mało kto w owych czasach potrafił czytać i pisać.

Znaki – krzaki

Jak w takim razie strudzeni wędrowcy mogli rozpoznać, który budynek jest gospodą? Po… krzakach. Właściciele sadzili krzewy przy wejściu do karczm i zajazdów. Krzewom nadawano regularne kształty, dzięki czemu potencjalni goście nie mylili ich z chaszczami rosnącymi wokół innych domostw. W 1393 roku król Ryszard II (tak, tak, ten sam, którego Szekspir uczynił bohaterem swojego dramatu) zarządził, że każda gospoda ma mieć szyld. Ta decyzja wcale nie oznaczała, że ludność ówczesnej Anglii posiadła już sztukę pisania i czytania – król uznał po prostu, że znaki graficzne będą wyglądały bardziej cywilizowanie. Najczęściej były to tablice herbowe przedstawiające zwierzęta, broń lub ludzi.
Wiele pubów odziedziczyło swoje nazwy po dawnych gospodach, nawet jeśli po nich nie został już najmniejszy ślad. To podobnie jak z ulicami. Np. ulica Kościelna, na której jest wszystko z wyjątkiem kościoła, czy Stawowa, przy której nie ma stawu. Kiedyś jednak był kościół, był staw.

Ptak w garści

Jeśli pub ma nazwę „The Head of The King”, to znaczy, że w zamierzchłych czasach na szyldzie wymalowana była królewska głowa. Jeśli „The Five Horses”, to zapewne szyld przedstawiał pięć koni.
Na Shepperds Bush, niedaleko budowanego właśnie centrum handlowego, znajduje się pub o nazwie „The Bird in Hand” – „Ptak w garści”. Nazwa cokolwiek dwuznaczna, ale nie wynika z tego wcale, że w przeszłości nad pubem wisiał jakiś obsceniczny obrazek, bo choć w Anglii pod względem obyczajów raz było swobodniej, innym razem mniej, to umieszczanie nieprzyzwoitości na szyldach było zabronione.

Różnica niby żadna

Prawdziwy angielski pub może wyglądać różnie. Mogą tam być meble z epoki, rzeźbione stoły i wyściełane krzesła, dębowe boazerie i wytłaczana tapeta z tkaniny, ale mogą być też drewniane proste ławy lub stoły, niekoniecznie jednakowe, krzesła zresztą też. Bilard raczej koniecznie. To wszystko nie jest jednak najważniejsze. Najważniejsi są ludzie – szczególna klientela, która tworzy niemal zamkniętą społeczność. Tak jak każdy klub piłkarski ma swoich wiernych kibiców, tak każdy pub ma wiernych klientów. Często można spotkać tam ludzi, którzy przychodzą od kilkudziesięciu lat, a bywa, że również ich dzieci, wnuki i prawnuki. Obchodzenie tam różnych uroczystości rodzinnych nie jest niczym niezwykłym, opijanie awansów, zwycięstw ulubionej drużyny, ale też i porażek. Pub to miejsce, w którym pooglądasz mecz w tym samym towarzystwie, co rok, pięć i dziesięć lat temu, chyba że vis major odbierze na zawsze kogoś z grona bywalców. Pub to partyjka warcabów, domina, czasem kart. W niektórych występują zespoły muzyczne, więc można nawet potańczyć.

Właśnie, że niepodobnie

Powie ktoś, że w Polsce czy innych krajach jest podobnie – w barach można się napić, pograć w bilard czy w warcaby, pooglądać mecz. Przychodzą rodziny z dziećmi, organizuje się przyjęcia rodzinne, tańczy się, itp. Na tym podobieństwa się kończą. Klasyczny angielski pub to dwa pomieszczenia: „public bar” – większy, ze stołem do bilarda i ewentualnie jakimś automatem do gry lub tarczą do rzutek oraz „saloon bar” – pomieszczenie nieco mniejsze, gdzie jest ciszej i przytulniej – dobre miejsce dla zakochanych, jeśli pogoda nie pozwala na spacer, dobre miejsce również do prowadzenia poufnych rozmów. Brytyjskie prawo, niegdyś bardzo restrykcyjne w kwestii godzin otwarcia, złagodniało – obecnie puby mogą być otwarte nawet 24 godziny na dobę. Mimo to w znakomitej większości tych lokali przed godziną 23 nadal pada z ust barmana sakramentalne: „Last order!” – „Ostatnie zamówienie”, poprzedzone gongiem. Do baru biegną wówczas wszyscy niedopici i biorą kolejne piwa czy drinki. Muszą je wypić do mometu, w którym barman krzyknie: „Time!”. Wtedy nie ma już wyjścia – czas opuścić pub.

Matt, strażnik tradycji

Matt jest właścicielem pubu od ponad 20 lat. Na ścianach wiszą zdjęcia z otwarcia lokalu, które nastąpiło w 1929 roku, czyli w czasie, kiedy świat ogarnięty był kryzysem ekonomicznym. Do dziś nie wiadomo, co skłoniło pierwszego właściciela do zakładania pubu, kiedy pieniądze co godzinę traciły na wartości, a ludzie nie mieli co do garnka włożyć.
W dni powszednie Matt zamyka swój pub o 23, a w weekendy o godzinę później.

– Moi klienci to prawdziwi Anglicy i Irlandczycy. Mają zakodowane, że o godzinie 23 trzeba wyjść. O tej porze nadają się już tylko do łóżka. Więcej już nie zamówią, więc po co tracić czas? W piątek i sobotę jest trochę więcej zamówień, bo ludzie następnego dnia nie idą do pracy i mogą sobie pozwolić na wypicie kilku dodatkowych piw – wyjaśnia Matt.

Są jednak puby, które są czynne znacznie dłużej, ale jak mówi Matt, to są puby tylko z nazwy. Ich właściciele, nie-Anglicy, wprowadzają nowe obyczaje, zmieniają tradycyjny wystrój, puszczają hałaśliwą muzykę, rezygnują z typowo angielskich potraw na rzecz fast foodów z „mikrofali”. Narusza się tam również zasadę, która w tradycyjnym pubie jest święta – sprzedaje się alkohol nieletnim. – W naszym pubie, czy innych prawdziwie angielskich, jeśli ktoś wygląda na młodocianego, sprawdzamy dokumenty, a w tych pseudopubach nikt tego nie robi, bo tam najważniejszy jest zysk.

Puby już nie takie

Simon ma 84 lata. Od dawna na emeryturze. Do „Głowy Króla” przychodził kiedyś codziennie. Wracając z pracy wypijał małe piwo, rozgrywał partię snookera i udawał się do domu. W soboty pozwalał sobie na więcej. W niedzielę przychodził z żoną na obiad: jagnięcinę z sosem miętowym – tradycyjną angielską potrawę, albo całkiem po prostu na rybę z frytkami. Żona zmarła sześć lat temu. Simon też nie tryska zdrowiem, ale zawsze w soboty, w samo południe, zasiada w swoim ulubionym pubie, przy tym samym stoliku co od kilkudziesięciu lat. Zamawia małe piwo i przegląda gazetę. Około 13 przychodzi Roy, tylko on został z piątki dawnych przyjaciół. Narzekają na łamanie w kościach, na drużynę, której kibicują, na rząd, na niskie emerytury i na to, że puby już nie takie, jak kiedyś i że prawdziwej „Anglii, w Anglii” coraz mniej.

Podzwonne nie tylko dla Albionu

„The Albion” to najprawdziwszy z prawdziwych angielskich pubów. Jest tu wszystko co powinno być: rodzinna atmosfera, dwa pomieszczenia, bilard, rzutki, kominek, stali bywalcy – niektórzy przychodzą tu od 40 lat. Usma, właścicielka pubu nie ma jednak szczęśliwej miny. Lokal jest na progu bankructwa i w każdej chwili może być zamknięty.

– Owszem, przychodzą stali klienci, ale jest ich coraz mniej. Wielu z nich odeszło do lepszego świata, ale to nie jest główny powód. Prawo zabraniające palenia wewnątrz lokali – oto co nas dobija – informuje Usma.

Szkoda, bo w „Albionie” jest ciepło i przytulnie, wygodne kanapy i fotele, a pomiędzy gośćmi przechadzają się Kenny i Henry nastawiając łby do głaskania. Obaj „panowie” to psy Usmy, dorodne owczarki.

Polski akcentw „Albionie” to obsługa – pani Alina też sobie chwali atmosferę i gości, ale szuka już sobie pracy, bo sytuacja jest naprawdę niewesoła.

– Nie tylko nasz pub spotyka taki los, ten po przeciwnej stronie również przygotowuje się do zamknięcia. Klienci narzekają, że nie można palić. Kupują piwo w sklepie i piją sobie w domu, gdzie żadna ustawa palić im nie zabrania.

Chris, który bywa tam codziennie od trzydziestu lat, mówi, że „alkohol lubi dym” i wychodzenie na zewnątrz może pewnego dnia się znudzić.

– Zaręczam ci, że gdyby nie ta ustawa, to puby, szczególnie zimą, pękałyby w szwach. Właściciel pubu „The Lion” wpadł na pomysł zbudowania „akwarium” z przezroczystego pleksiglasu. Wstawił tam kanapy, stoliki i zamontował ogrzewanie. Większość klientów przebywa właśnie tam. Czyżby kolejny angielski symbol – pub, odchodził bezpowrotnie w przeszłość?

Janusz Młynarski
[email protected]

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK