ROZRYWKA

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Polish Express
Polish Express logo

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Morze i miednica w miednicy. Komendantka Lucina. Jak rozjaśnić łazienkę i korytarz. Jazda po schodach na miednicy. Podstarzały kocur w akcji.

Poprzedni odcinek: Powrót na łono (cz. 36) >>

Khiarya to młoda Nepalka, która pracuje u Kemala w kawiarni. Pisałem o niej w jednym z poprzednich odcinków, że ładna, młoda, że miła, rozmowna itp. Leżąc sobie na tapczanie, zaciągając się papierosem spojrzałem na jedną z półek z książkami i co zobaczyłem? Książkę pt. „Kathmandu & the Kingdom of Nepal.” Kupiłem ją w ub. roku w jakimś antykwariacie z dwóch powodów: jest tam sporo cennych informacji o tym kraju, a na marginesach poszczególnych kartek było sporo notatek i komentarzy jakiegoś himalaisty, który np. dopisywał alternatywne trasy prowadzące na Mount Everest, Annapurnę, Kanczendzengę czy inne znane szczyty.

Gapiąc się na półkę przypomniałem sobie, że na pierwszych stronach książki autor, Nepalczyk, umieścił słowniczek wyrazów nepalskich i ich tłumaczenie na angielski, bez fonetycznej transkrypcji, niestety, ale może nie była potrzebna. Postanowiłem opanować tych kilkadziesiąt popularnych słów oraz zwrotów i zaimponować Khiaryi. Zacząłem naukę od „dziękuję”, czyli „dhanyabad” oraz „herbata” - „chiya”, no i „cukier” oczywiście - „chini”. Wolałbym „kawę”, ale jej o dziwo nie było w słowniczku. No cóż, nie ma sprawy, mogę przecież poprosić o herbatę. Po dwóch godzinach intensywnego wkuwania zszedłem do kawiarni. Niestety, po drodze zapomniałem tych słówek, więc sru z powrotem na górę i do książki. Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Za czwartym razem, spocony jak nieboskie stworzenie (te angielskie upały), ledwo zwlokłem się na dół, ale sposób na amnezję już znalazłem - napisałem sobie długopisem na przedramieniu, tyle, że nieczytelnie, chociaż „dziękuję” dało się odczytać. Poprosiłem o kawę i modliłem się, żeby do stolika przyniosła mi ją Khiarya. Przyniosła. Popatrzyłem szybko na rękę i z uśmiechem powiedziałem:
- Dhanyabad.
- O, nie wiedziałam, że znasz nepalski.

Opowiedziałem jej wtedy o tej książce. Khiarya próbowała mnie jeszcze nauczyć kilku podstawowych słów, ale zanim doszedłem do swojego pokoju wszystko zapomniałem, łącznie z „dhanyabad”. Wstyd przyznać, ale z tego wszystkiego zapomniałem również, jak jest po polsku „dziekuję”.

Następnego dnia, a była to upalna niedziela, postanowiłem wybrać się nad morze. Nie mając gotówki próbowałem kupić bilet płacąc kartą, jednak za każdym razem na wydruku pojawiało się, nielubiane nie tylko przeze mnie, słowo „decline”. No tak, puste konto, pamiątka po wizycie w Polsce. Na szczęście mam prysznic i dużą miednicę, a w szafce gruboziarnistą sól morską. Zanim jednak zrobiłem sobie Eastbourne w miednicy, a więc zanim zanurzyłem swoją miednicę w miednicy, musiałem wejść do domu, bo przecież wracałem ze stacji. Nie bardzo dało się wejść, bo korytarz był zatłoczony. Stało tam kilku Pakistańczyków z ręcznikami przerzuconymi przez szyję. Stało na baczność nawiasem mówiąc, a przed nimi przechadzała się Lucina i strofowała każdego z osobna.

- Od dziś każdy z was po skorzystaniu z łazienki ma po sobie posprzątać! Biedni Pakistańczycy, kuzyni landlorda uśmiechali się przepraszająco. Ponieważ jestem od nich nieco wyższy, więc udało mi się zajrzeć do wnętrza łazienki. Patrzę, a tam przecudnej urody, młoda przezgrabna brunetka, w jaskrawoseledynowej, króciutkiej sukience śmiga mopem po glazurze. Myślałem, że śnię! Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że jakieś pomieszczenie nabrało blasku dzięki czyjejś obecności. A ciemna, niezbyt wykwintnie wyposażona łazienka naprawdę pojaśniała. Pojaśniał też ponury korytarz, kiedy dziewczyna znalazła się w nim po zakończeniu sprzątania.

Viorica to najmłodsza siostra Luciny, ma prawie 20 lat, przyjechała w nocy z Rumunii, z miasteczka Abiu, niedaleko dużego, wojewódzkiego miasta Cluj. Tłukła się prawie trzy dni autobusem. Ponad 2,5 tysiąca km (chyba).

To zapewne normalne, że opanowała mnie żądza poznania piękności z pogranicza Siedmiogrodu i Wołoszczyzny. Jakieś nieznane siły witalne obudziły się we mnie podstarzałym kocurze i śmignąłem szybko na swoje drugie piętro. Wpadam do łazienki. Lustro, oh my God, co za ryj! Aha, to mój. Gdzie maszynka. Jest. Nie, to nie moja, to Victorii. Nie szkodzi. Gdzie pianka. Nie ma. Drapie. Jeszcze raz. K..., jeszcze gorzej. Włosy - sterczą jak w mopie, który wpadł do „super glu”. Nożyczki, ciach z prawej, ciach z lewej, jeszcze raz z prawej, k..., niedobrze, bo głowę z prawej strony mam teraz węższą. Krem, jest. „Davidoff” w sprayu - nie za dużo, nie za mało. Podkoszulek - biały, czarny, czy czerwony. Czarny. Spodnie, 30 par - błękitne, nie, czarne, bo wyszczuplają. Koszulka, która przed chwilą była sucha już jest mokra, spocone loczki zwisają teraz jak mysie ogonki. Pieprzone upały. Nie ma sprawy, czarnych koszulek mam od metra. Może szybki prysznic? Nie, nie. Na półpiętrze potykam się o jakieś deski i po reszcie schodów już zjeżdżam. Rumor. Z pokoju na pierwszym piętrze wygląda śniadoskóry osobnik z piłą tarczową, ach to ten co kładzie panele. Uff, jestem na dole i wpadam - dosłownie zresztą - do kuchni. A miałem nieco inny plan. Ot, po prostu wejść sobie do kuchni przyjmując postawę „obojętnie uprzejmą”, przywitać się bez emocji i jakichś zachwytów, a jednocześnie być tajemniczym. Kobiety uwielbiają przecież enigmatycznych facetów (chyba). I właśnie wchodzę do kuchni, piękny i nieczuły, roztaczając woń „Davidoff Mystery”, niedbałym gestem otwieram lodówkę, równie niedbale odgarniam grzywkę opadającą mi na czoło (zapomniałem, że już mi nie opadnie, bo ją przyciąłem). Nic z tego, ponieważ to, że do kuchni wpadłem, a nie wszedłem, zburzyło całą moją koncepcję. Lucina z Vioricą pomogły mi się podnieść z podłogi i z troską w głosie zapytały, czy nic mi się nie stało. Bolały mnie co prawda kości miednicy, które jeszcze niedawno zamierzałem zanurzyć w miednicy, ale oczywiście nie przyznałem się.

Dokonałem krótkiej autoprezentacji. Później jednak musiałem długo wyjaśniać, że Janusz to nie jest to samo co węgierski Janosz. Piękna Viorica uznała, że to może być np. Joani, czyli Dżioani i później zwracała się już do mnie wyłącznie tak.
- Dżioani, ugotuję ci obiad.
Odpowiedziałem, że dziękuję, że nie.
Ale tego „nie” Viorica widać nie usłyszała, bo po godzinie obiad był ugotowany i pięknie podany. Było to naprawdę pyszne, a towarzyszyli mi jeszcze moi polscy sąsiedzi z parteru.
A wieczorem wyszedłem sobie wraz Vioricą przed dom i bardzo długo rozmawialiśmy.

PS. Dziękuję PT Internautom, którzy czytają mój serial, a w szczególności temu, który był uprzejmy nazwać mnie grafomanem, jednak nie za to jestem mu wdzięczny, lecz za nazwanie mnie Januszkiem. Jako osobnik niedopieszczony jestem łasy na wszelkiego rodzaju zdrobnienia kierowane w moją stronę. Inny Czytelnik moich wytworów, o inklinacjach korektorskich, był łaskaw wytknąć mi błędy, cytując tylko jeden, otóż napisałem „nie dosyć”, a powinno być „nie dość”. To nie jest błąd. Pan Korektor zarzuca też moim tekstom brak spójnej konstrukcji, ale, niestety, życie właśnie takie jest - nie ma spójnej konstrukcji.

Janusz Młynarski

Następny odcinek: Pożycz 200 funtów (cz. 38) >>

 


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Toby postraszył białasa. Wypadek na konarze. Gdzie jesteś teraz moja skarpeto? Zaproszenie od Sabriny. Zdradzanie post mortem.

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Seksportale. Idiota i nie tylko. Kate Oversize. Po gazecie nie poznasz. Czerwony, czyli biały. Książka i baranina.

Majtki z blachy (cz. 27)

Majtki z blachy (cz. 27)

Odkurzacz połyka bieliznę. Gdzie jest przycisk. Majtki z blachy. Nie wiedziałem, że chodzisz w stringach. „Daily Mail” i Heather. Angielska babcia z polskim lotnikiem.

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Masakrowanie personaliów. Omar - rasista. Staszek nie bije słabszych. Ściany pełne gwoździ. Interwencja Romana. Wołodyjowski na czarno. Budki dla sępów na baobabach.

Acton, handlowa pustynia (cz. 54)

Acton, handlowa pustynia (cz. 54)

Acton, handlowa pustynia. Dżamarija z szara barą i arą. Tajemnica papierowej torby. Uratowany przez Murzyna. Przepraszanie sieci. Viorica czatuje. Bitwa o broadband.

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

Nudna Marion. „Wodnistooka” i jej udka. Czarujący Czarek.

Polskę porastają buraki (cz. 13)

Polskę porastają buraki (cz. 13)

Głowa króla. Zjebka w kolanie. Angielski głupi, polski głupszy. Polskę porastają buraki. Woda przeciw senności. Woda przeciw bezsenności. Omar straszy rakiem. Dyskryminacja polskiego nieboszczyka.

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Co się stało rankiem. Zła osobowość mojej sąsiadki. Rozmowy religijne. Jak keyboard się wygiął. Mój przyjaciel Bill.

Jeszcze raz to samo (cz. 58)

Jeszcze raz to samo (cz. 58)

Jeszcze raz to samo. Dobrze , że nie po czesku. Mike i herbata prosto z Wisły. Jaka tam ze mnie kobieta. W tym kraju nie da się żyć. Chytry plan. Po czym poznać, że jest zima?

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Czołganie na tapczanie. Zimny laptop. Zapożyczenia z łaciny i nocna wizyta. Uniwersalne słowo na „k”. Nocna wizyta II. „Janusz, oni się biją!” Są głupie, ale nie wszystkie.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK