ROZRYWKA

Karaluch z choinką na plecach

Polish ExpressPolish Express logo

Karaluch z choinką na plecach

Sąsiadka ma grypę, ale nie kwiczy. Tajemnicze hałasy raz jeszcze. Arab, porno i tapczan. Częste wizyty Viktorii. Co przychodzi znienacka? Danie z psa lub dla psa.

Polacy Online - Portal Polaków w UK >>

Nowi fatyganci czają się na sąsiadkę >>

Okropnie mnie drażni ta przedświąteczna gorączka, która w naszym domu jest - na szczęście - nieodczuwalna, jako że zdecydowaną przewagę stanowią wyznawcy islamu i innych niechrześcijańskich religii. Moich sąsiadów jednak zajob świąteczny opętał na dobre, choinki ubrali jeszcze w ubiegłym miesiącu. Nasze karaluchy też chyba przygotowują się do świąt, bo zupełnie ich nie widać. Ahmed twierdzi, że widział karalucha, który niósł na grzbiecie malutką choinkę, ale chyba żartował.

*  *  *
W naszym domu już 10 procent całej populacji, czyli Viktoria, choruje na grypę. W jej przypadku to choróbsko ma jednak bardzo pozytywne skutki, sprawiło bowiem, że Arab ograniczył swoje wizyty do zera, a moja sąsiadka znów jest uśmiechnięta i szczebiotliwa. Co by nie powiedzieć, jakaś tajemnica to jednak jest, bo normalny człowiek unika ludzi, którzy mają negatywny wpływ na jego nastrój. Ale to nie jest jedyna tajemnica - w dalszym ciągu nie mogę rozwikłać tego, co dzieje się w pokoju, kiedy Arab przychodzi z wizytą. Mam tu na myśli owo przesuwanie mebli, o którym tak często pisałem. Natychmiast po wejściu Araba do pokoju zaczynają się te hałasy. Nie twierdzę, że spędza mi to sen z oczu, ale, że z natury jestem dociekliwy, to im dłużej coś, nie dającego się wyjaśnić, trwa, tym bardziej zależy mi na wyjaśnieniu. Poruszyłem tę kwestię podczas spotkania z bratem. Nie za często spotykamy się teraz na kawie, bo pogoda temu nie sprzyja, a my pijamy kawę wyłącznie na powietrzu. Ostatnio prawie już nie bywamy w kawiarni usytuowanej pod moim domem. Chodzimy dwieście metrów dalej, do Acton Central Cafe. Właściciel idzie z duchem czasu i wprowadza do menu coraz więcej polskich potraw, mało tego, że wprowadza, ale jeszcze uczy się polskiego. Zarówno on, jak i jego współpracownik. Świetnie im to idzie trzeba przyznać, a wyrazy „barszcz” albo „schabowy”, na których cudzoziemcy łamią sobie języki, oni wypowiadają bezbłędnie, czym zaskakują polskich klientów. Chodzimy tam z kilku powodów, między innymi dlatego, że brat się odchudza. Co ma odchudzanie wspólnego z kalorycznym schabowym czy gołąbkami, czy gulaszem podlanym zawiesistym sosem? A czy ja mówię, że ma? Brat się odchudza, ale tylko w domu. Przez to odchudzanie się często bywa głodny.
- A jak się jest głodnym, to trzeba zjeść.
Logiczne - wyjaśnił brat.
No tak, logiczne. Przychodzimy tam też dlatego, że pracuje tam bardzo miła i ładna dziewczyna, Patrycja, która jest naszą rodaczką, a sąsiedztwo stacji sprawia, że poznajmy wiele różnych, ciekawych osób. Kiedy znów wspomniałem bratu o tajemniczych hałasach, ten spojrzał na mnie i powiedział.
- No a cóż to za tajemnica, filmów porno nie oglądasz?
Głupio byłoby zaprzeczyć, bo przecież nie uwierzy, a przyznać się, to jednak jakiś wstyd. Odpowiedziałem wymijająco, że „kiedyś, gdzieś”, ale nie za bardzo rozumiałem związek między przesuwaniem mebli a filmami porno. Brat wyjaśnił mi jak pastuch krowie.
- Tym meblem jest tapczan, który zazwyczaj stoi pod ścianą, przez co ogranicza różne manewry erotyczne, ale jeśli wysunie się tapczan na środek pokoju, automatycznie wzrastają możliwości, czyli pozycje. No fakt, ale trochę byłem niepocieszony, że wytłumaczenie jest tak banalne.

*  *  *
Viktoria ma grypę, ale chyba nie świńską, bo nie pokwikuje, choć od infekcji minęło już kilka dni. Trochę ze współczucia, a trochę w trosce o siebie, zaproponowałem jej antybiotyki, które przywiozłem z Polski. Pomogły mi na zatoki, więc chyba pomogą na grypę. Jednym ze skutków ubocznych ich działania były częste wizyty w toalecie, ale to była moja wina, bo nie stosowałem leków osłonowych. Dałem jej te antybiotyki, ale o skutkach ubocznych nic nie mówiłem. Poinformowałem ją jeszcze o tym, jak dawkować oraz, że należy je przyjmować w trakcie posiłków. O tym, że Viktoria już zaczęła je brać przekonałem się, kiedy sześciokrotnie w ciągu godziny odwiedziła toaletę. Kiedy weszła tam po raz siódmy, postanowiłem zareagować i zapytałem, czy coś nie tak. Była blada i tragicznie wymizerowana.
- Musiałam coś zjeść i chyba się zatrułam.
Rzecz jednak w tym, że Viktoria prawie w ogóle nie jada, a widzę to nie tylko po tym, że niknie w oczach, ale również po półce w chłodziarce. Większość zapasów leży nietknięta. Udała się do swojego pokoju, ale nie było jej dane zbyt długo tam przebywać. Długo?! Nie wiem czy trwało to sekundę, o zaraz po wejściu wyleciała jak procy, prosto do wiadomego miejsca.
Tak dłużej być nie może, ale co zrobić? Mój wzrok padł na szafę, na saszetkę, o której na śmierć zapomniałem. Wetknęła mi ją matka, kiedy szykowałem się do powrotu do Londynu. Były tam jakieś różne tabletki. Mama wkładając saszetkę do torby przypomniała przy okazji znane porzekadło:„Dwie rzeczy przychodzą znienacka - miłość i sraczka”. Patrząc na ów znajdujący się na szafie przedmiot doszedłem do wniosku, że cokolwiek tam jest, to na pewno nie lekarstwo na miłość, lecz raczej na tę drugą przypadłość (swoją drogą nie wiadomo, co gorsze). Zajrzałem tam i znalazłem węgiel aktywowany, który podobno jest skutecznym antidotum na częste wycieczki o charakterze toaletowym. Kiedy Viktoria znalazła się tam po raz dwunasty, wkroczyłem do akcji. Poinformowałem ją o skutkach ubocznych leku, kłamiąc, że zapomniałem zrobić to wcześniej i wręczyłem jej węgiel instruując, do czego służy. Choć ledwie widziała na oczy, spojrzała na mnie z wdzięcznością. Pozytywne efekty przyszły
po kilku godzinach. Zająłem się nie tylko leczeniem sąsiadki, lecz również cateringiem, ponieważ przygotowując sobie coś do jedzenia pomyślałem również i o niej. Ponieważ wielokrotnie mi to mówiono, więc chętnie powtórzę: naprawdę świetnie gotuję. Potrafię zrobić właściwie wszystko, jedynie z pieczeniem ciast mam problemy i właściwie nigdy mi się nie udawały. „Zapodałem” jej i sobie węgierską zupę rybną, która nie do końca była węgierską, bo prawdziwa powinna zawierać ryby słodkowodne, ale gdzie ja tu kupię takie ryby? „Przeostrzyłem” trochę tę zupę przyprawami, bo chciałem, żeby była naprawdę „po węgiersku”, dla mnie w związku z tym nie była do zjedzenia, bo od dziecka gustowałem w potrawach mało słonych i bez przypraw, ale Viktoria wciągnęła dwa pełne talerze i ani się przy tym skrzywiła. Tak w ogóle, to bardzo dziwne, że przez tyle setek lat wspólnego sąsiedztwa nasze kuchnie tak słabo się przenikały, no może poza gulaszem. I tu w związku gulaszem muszę się cofnąć do połowy lat 90. Do mojej wizyty w Miszkolcu, w którym odbywało się akurat posiedzenie Rady Euroregionu Karpaty. Łaziłem po sklepach, głównie spożywczych, szukając jakichś egzotycznych produktów żywnościowych. Natknąłem się na dość tanie konserwy, na etykiecie widniał głęboki talerz wypełniony apetycznie wyglądającymi kawałkami mięsa i jarzynami. Nawet nie czytałem napisów, bo przecież
to po węgiersku, więc i tak nie zrozumiałbym ani słowa. Kupiłem kilka sztuk i wróciłem do hotelu. Po zakończeniu konferencji udaliśmy się w drogę powrotną. Po drodze zatrzymaliśmy się w Tokaju i w tamtejszych piwnicach raczyliśmy się miejscowym, ale znanym na całym świecie winem. Późnym wieczorem udaliśmy się w dalszą drogę. Jechaliśmy rządową limuzyną, więc kierowca nie pił, drogi lepsze niż u nas, toteż poruszaliśmy się dość szybko. Kiedy byliśmy już na Słowacji, dwóch VIP-ów, z którymi podróżowałem, zgłodniało. O drugiej w nocy na słowackim zadupiu raczej trudno znaleźć jakiś czynny lokal gastronomiczny. Idący poboczem pijany chłop, który z trudnością dźwigał piłę mechaniczną poinformował nas, że najbliższy czynny lokal znajduje się 300 km od tego miejsca, na dworcu głównym w Bratysławie.
Podziękowaliśmy mu i nadal dumaliśmy nad tym, gdzie się posilić. I wtedy jeden z VIP-ów, ówczesny wiceminister spraw zagranicznych, dziś szanowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, powiedział: - Zaraz, zaraz, przecież Janusz ma jakieś konserwy. Prawdę mówiąc chciałem je dowieźć do Polski niekoniecznie dzieląc się z kimkolwiek. Powiedziałem więc:
- No i co z tego, skoro nie ma chleba.
- Zjemy bez chleba - odrzekł minister.
- Można oczywiście bez chleba, ale i tak nie ma czym otworzyć - i tu byłem pewien, że uratowałem moją węgierską zdobycz. Niestety, okazało się, że obaj pasażerowie dysponują scyzorykami, a kierowca oprócz nożyka ma jeszcze otwieracz do konserw oraz plastikowe sztućce i talerze. Zatrzymaliśmy się w przystankowej zatoczce. Minister był najbardziej wygłodzony, toteż pierwszy otrzymał swoją porcję. Już po pierwszym kęsie, który natychmiast wypluł, wykrzyknął: - Co to k... jest! Jakieś chrząstki, jakiś sznurek, co ty k... kupiłeś!
Ale bezczelny, nie dość, że żre moje konserwy, to jeszcze wybrzydza. Spróbowałem. Niestety, minister miał rację. Wziął puszkę do ręki i przy świetle reflektora samochodowego począł ją bardzo dokładnie oglądać. W pewnym momencie trzykrotnie wypowiedział słowo na „k” i pokazał nam, co go do tego skłoniło. Przyznaję, że przy zakupie nie oglądałem etykiety z drugiej strony. Były tam napisy, których oczywiście nie rozumiałem i dość duże kółko. Niby nic, bo co z tego, że kółko. Tak, ale w tym kółku widniała głowa uśmiechniętego psa.
- Są tylko dwie możliwości - albo to mięso
z psa, albo dla psa - orzekł minister. - Trzeba być naprawdę nienormalnym, żeby na Węgrzech kupować konserwy dla psa, skoro pełno tego u nas.
- A jeszcze bardziej nienormalnym, żeby je jeść o drugiej w nocy na wiejskim przystanku na Słowacji - podsumował drugi VIP.
Po powrocie do domu już następnego dnia udałem się do Zbyszka, który doskonale zna węgierski, bo jego matka jest Węgierką. Już nie miałem wątpliwości, to konserwa dla psów.
Bo to, że nie z psa, to domyśliłem się już wcześniej, przecież by się tak nie uśmiechał, gdyby przerobiono go na gulasz.

Janusz Młynarski

Polacy Online - Portal Polaków w UK >>

Nowi fatyganci czają się na sąsiadkę >>

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Londyńczycy nie wierzą w Boże Narodzenie

Londyńczycy nie wierzą w Boże Narodzenie

Przeszło dwie trzecie mieszkańców Londynu nie wierzy w biblijną opowieść o narodzeniu Jezusa, jak wynika z opublikowanego w sobotę sondażu - podaje serwis gazeta.pl.

Biznes po pakistańsku (cz. 12)

Biznes po pakistańsku (cz. 12)

Jest problem. Weekendowy mur. Turek poliglota. Boniek jestem. „Ila ta szuszarka i butla gazowa?” Biznes po pakistańsku. Czego brakuje Polakom. Słaby Grek i nocny portier.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.

Święta, święta i po świętach….

Święta, święta i po świętach….

Jeszcze trwają gorączkowe przygotowania do świąt, jeszcze szukamy ostatnich prezentów, drzewko, karp, kapusta z grochem, kutia, wszystko musi być jak kiedyś, jak w domu. I wszystko to piękne nasze własne...

"Cicha noc" ma prawie 200 lat!

"Cicha noc" ma prawie 200 lat!

Jedna z najpopularniejszych kolęd świątecznych "Cicha noc" została po raz pierwszy wykonana 195 lat temu, podczas pasterki w 1818 r. w austriackim Oberndorf bei Salzburg. Autorem niemieckich słów jest...

Żałoba na schodach (cz. 60)

Żałoba na schodach (cz. 60)

Żałoba na schodach. Postanowiłem, że nigdy nie umrę. Wodospadziki i kaskadki. Czy można zakręcić coś, czego nie ma? O nie, tylko nie to! Jak prałem z „liścia”, latające plecaki.

Przedświąteczne zakupy w środę i czwartek były rekordowe. Fot. Getty

Tłumy w sklepach, robimy zakupy na ostatnią chwilę. Tragedia w Kent

Miliony kupujących w sklepach jak Wielka Brytania długa i szeroka. Wszyscy gorączkowo szukają prezentów lub robią ostatnie zakupy na wigilijny stół.

Mikołaj zdąży wszędzie

Mikołaj zdąży wszędzie

Jak św. Mikołaj zdąży oblecieć całą Ziemię i rozdać prezenty w jedną noc wszystkim dzieciom?

Christmas shoppers fill the pavements of Oxford Street in central London on December 18, 2013.    AFP PHOTO / LEON NEAL        (Photo credit should read LEON NEAL/AFP/Getty Images)

Samotni w Boże Narodzenie

Dla większości ludzi Boże Narodzenie jest najbardziej rodzinnym dniem w roku. Spotkanie z rodziną, kolacja wigilijna oraz wspólne kolędowanie – tak wygląda recepta na idealne święta. Jednak okres świąteczny...

"Cześć kochanie" (cz. 80)

"Cześć kochanie" (cz. 80)

Polacy nie płacą. Rozbierająca wyobraźnia. Powrót Sandy. Zagadki węgierskiej ciąg dalszy. Po czym poznać morderców. Nie jestem szpiegiem. Dziewczyna już nie opuszcza głowy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK