ROZRYWKA

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

Polish Express
Polish Express logo

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

Powrót Rumunki. Naczynia też biorą prysznic. Stado węży w kieszeni Omara. Kiedy wylecimy w powietrze? Węgierki prawie nie ma. Kobiet nie wolno bić mocno.

 

 
 
 
Nawet nie zauważyłem, że zniknęli dwaj Nepalczycy, którzy mieszkali na parterze. Najpierw zniknął chłopak, który studiował w Londynie ekonomię, a później jego starszy współlokator. Tego drugiego widziałem, jak późną nocą opuszczał dom objuczony plecakiem i pakunkami. Myślałem, że – być może – wybiera się na urlop, albo jakąś pielgrzymkę, a on po prostu uciekł. Będący jego sąsiadem Sławek 1 (bo jest dwóch Sławków w naszym domu) już wcześniej podejrzewał, że Nepalczyk szykuje się do zniknięcia, bo zamykał się w pokoju i nie reagował na pukanie. Opuszczał w swoje lokum jedynie w środku nocy, przemykał się do kuchni, żeby przygotować sobie jedzenie na cały dzień. Niejednokrotnie z tego z powodu serce podeszło mi do gardła, albowiem też mam zwyczaj korzystania z kuchni nocą, choć z powodów z zupełnie innych niż mój nepalski współlokator. Osobnik ten miał zwyczaj nie zapalania światła, ja zresztą tez tego nie robiłem, bo zazwyczaj udawałem się do kuchni, po to, żeby wziąć coś z lodówki, więc facet nieraz nieźle mnie przestraszył. Nazajutrz zapytałem Omara o Nepalczyków, machnął tylko ręką i powiedział: -Tysiąc czterysta pięćdziesiąt funtów.
Prawdę mówiąc nie bardzo wiedziałem, co chciał przez to powiedzieć i poprosiłem o wyjaśnienie. Okazało się, że tyle są mu winni wszyscy uciekinierzy – nie zapłacili czynszu.
Na miejsce Nepalczyków wprowadziła się para, również pochodząca spod Himalajów. Oboje mówią do mnie „sir”. Trochę mnie, to krępuje, ale wyjaśnili mi, że to z szacunku, do ludzi starszych. No tak, od czasu kiedy przestałem farbować brodę, siwizna mojego „twarzowego” owłosienia jest coraz bardziej widoczna, a jak człowiek siwy, to znaczy, że starszy. I stąd ten szacunek. To miłe, że Nepalczycy szanują ludzi starszych, natomiast niemiłe jest to, że mnie zaliczyli do tej grupy, bo ciągle jeszcze – choć nie powinienem – uważam się za osobnika młodego. Tak czy owak przy pomocy maszynki skróciłem zarost to tzw. trzydniowego i „srebro” na mojej twarzy już się tak w oczy nie rzuca. Ale i tak nie przestali mówić „sir”.
 
* * *
Wróciła jedna z Rumunek, która mieszkała swego czasu w naszym domu – Lucina. Na szczęście nie do nas. Mieszka u siostry, która z kolei mieszka z Pakistańczykiem Zefarem. Zefar lubi czasem tej siostrze przyłożyć. Trochę mnie to dziwić, bo to bardzo kulturalny i wykształcony mężczyzna, miałem okazję go poznać, pracuje dla jednej ze znanych stacji telewizyjnych. Z nim naprawdę jest, o czym pogadać. Prawdę mówiąc nie bardzo wiem, dlaczego Pakistańczycy mają u nas, Polaków taką niedobrą opinię. Uważamy ich za ludzi zacofanych, z peryferii świata, z cywilizacyjnego zadupia. A przecież, tak nie jest. W ciągu minionych 20 lat pakistańscy emigranci osiągnęli na Wyspach naprawdę znaczącą, by nie powiedzieć imponującą pozycję. Pakistan, to przecież mocarstwo atomowe, to kraj, gdzie poziom edukacji stoi naprawdę na stosunkowo wysokim poziomie, nie wspomnę już o tym, że od dziecka uczą się również języka angielskiego, co zapewnia im łatwiejszy start na Wyspach. Marina, siostra Luciny przychodziła do mnie wraz z Zefarem, żeby poznać przyszłość. Niektórzy Czytelnicy pamiętają zapewne, że potrafię wróżyć z kart. Niegdyś wspomniałem o tym Marinie i od tego czasu nie miałem spokoju. Ona, jej siostry, znajomi, znajomi znajomych, nawiedzali mnie o każdej porze dnia, a wszystko dlatego, że moje wróżby się sprawdzały.
Byłem akurat w sklepie, chciałem zapłacić czynsz Omarowi, Omara nie było, zastępował go Ahmed. Lubię tego chłopaka (chłopaka? - ma 30 lat), jest inteligentny i dowcipny i fajnie mi się z nim rozmawia. To on powiedział mi o powrocie Luciny. Od słowa do słowa i dowiedziałem się od niego, z czego tak naprawdę moje rumuńskie znajome się utrzymywały. Z pracy fizycznej. Grasowały po dyskotekach i tam świadczyły różnego rodzaju usługi. Jakie? Nietrudno się domyślić. Myślałem, że to jakieś plotki, ale później skojarzyłem sobie, że te markowe ciuchy, buty będące równowartością tygodniówki w kebab - barze, itp. Zresztą Marina przyznała się Ahmedowi, co jest źródłem jej utrzymania. I właśnie za to, Zefar lubi przyłożyć Marinie.
 
* * *
Tragedia, zepsuł się piecyk gazowy, bez którego o ciepłej wodzie do mycia nie ma, co marzyć. U mnie na piętrze jest łazienka, w której jest bojler elektryczny, więc my z Węgierką nie mamy tego problemu, ale pozostali lokatorzy owszem. Przez jakiś czas moje naczynia musiały brać prysznic, bo innej możliwości umycia naczyń nie było. Przychodzili różni fachowcy, ale nic nie potrafili poradzić. Już dawno zauważyłem dość ciekawą praktykę uprawianą przez brytyjskich fachowców. Przychodzą coś zreperować, rozbierają rozkręcają, po czym stwierdzają, że nic się nie da zrobić (a jeden z nich powiedział nawet, że nie wie, jak to naprawić) i żądają zapłaty. Tym sposobem skasowali Omara już na 150 funtów, bo każdy z monterów brał od 30 do 50 funtów za „ekspertyzę”. Większość lokatorów nie zamierzała dłużej znosić braku ciepłej wody i zagroziła Omarowi, że się wyprowadzą. Omar dostał tygodniowe ultimatum.
Właśnie rozmawiałem przez telefon z matką, kiedy wpadł do mnie Sławek 2. Ten, co mi zakładał satelitę. Był mocno podenerwowany:
- Musimy złożyć się na piecyk!
Przerwałem rozmowę, żeby wysłuchać Sławka. Z jego relacji wynikało, że właśnie przyszedł kolejny fachowiec i stwierdził, że piecyk nadaje się do generalnego remontu, ale najlepiej byłoby kupić nowy, a to wydatek rzędu 1000 lub więcej funtów. Znając Omara, w którego kieszeni zalęgło się stado węży, na to, że kupi nowy piecyk nie mieliśmy, co liczyć. Przecież na nową pralkę też musieliśmy się zrzucać. No, ale to było po 20 funtów od lokatora, a tu w grę wchodziła grubsza kasa.
Zszedłem na dół, monter był Pakistańczykiem, znajomym Omara, poprzedni właściciel tego domu, to ojciec montera.
- Kiedy sprzedawaliśmy ten dom mówiliśmy, że piec wymaga regularnej konserwacji, a oni nic z tym nie robili. Można to jeszcze naprawić, ale niebawem znów będą problemy.
Widać było, że facet zna się na rzeczy, zresztą był fachowcem licencjonowanym, przyjechał samochodem pełnym różnych narzędzi, wyposażonym nawet w mały dźwig. Po chwili do kuchni wkroczył Omar. Zaczęli rozmawiać w swoim języku. Nie minęła minuta, jak Omar zbladł. Byłby się osunął na ziemię, gdybym go nie podtrzymał. Nie trzeba znać języka „urdu” (język urzędowy w Pakistanie, którym posługuje się większość mieszkańców tego kraju), żeby się domyślić, że Omar usłyszał właśnie cenę piecyka. Ale piecyk, to nie wszystko, nie wszystko, bo wymienić trzeba nie tylko piecyk, lecz... wszystko. Rury, grzejniki itp., Żeby to zrobić trzeba odciąć gaz i trzeba się z tym spieszyć, bo możemy wylecieć w powietrze (tu na wszelki wypadek się żegnam: do zobaczenia na tamtym świecie, gdzie nic się nie psuje, i nie trzeba się składać na piecyki gazowe). Stanęło na tym, że fachowiec dokona
 
* * *
Mojej sąsiadki prawie nie widuję. Słyszę tylko, że wpada na moment do swojego pokoju, później do łazienki, gdzie równie błyskawicznej ablucji i wychodzi z domu. Nie wiem, co jest przyczyną jej zachowania. Prawdopodobnie ma to związek z Arabem, który przestał ją nawiedzać. I tu zatrzymam się przez chwilę przy nim. Niektórych Czytelników razi, że nazywam Araba, Arabem. No, ale co mam zrobić? Przecież nie mogę go nazywać Eskimosem, Niemcem, czy chociażby Łotyszem. Zrobiłby się niesłychany galimatias, bo wyobraźmy sobie: Pakistańczyk jest Szwedem, Polak – Papuasem, Chińczyk – Murzynem, Niemiec – Mongołem, Wietnamczyk – Norwegiem. Arab naprawdę jest Arabem i mógłby się obrazić, gdybym twierdził, że nim nie jest, dodam przy okazji, że „Arab”, to nie jest słowo obraźliwe, podobnie jak Węgierka, czy Polak. Tak więc skoro jesteśmy już przy Arabie, tym konkretnym, który nawiedzał moją sąsiadkę, to podpytałem ostatnio Ahmeda. Właściwie, to on sam zaczął temat, bo zapytał, jak tam moja sąsiadka? Opowiedziałem pokrótce, jak wygląda obecnie sytuacja za lewą ścianą mojego pokoju. I co się okazało? Ahmed zna Araba od dwóch lat i jest pewien, że nie jest on żonaty, że w ogóle jest bardzo uczciwy, chociażby dlatego, że jest praktykującym wyznawcą islamu. Ahmed powiedział również, że małżeństwo raczej nie wchodzi w rachubę, bo Węgierka musiałaby dokonać konwersji wyznaniowej, to znaczy przejść na islam, jako że muzułmanom nie można zwierać związków małżeńskich z nie-muzułmanami. Muszę odszczekać więc ploty, czyli to co nałgałem wcześniej na temat Araba, ale to, że jej parę razy przyłożył i dusił, to prawda. Z drugiej strony trudno mu się dziwić, każdego by nerwy poniosły przy takiej histeryczce, a poza tym, jeśli chodzi o traktowanie kobiet w krajach arabskich, to zwyczaje są nieco inne. Dwa tygodnie temu w wiadomościach podawano, że w Arabii Saudyjskiej sąd rozpatrujący sprawę pobicia kobiety przez męża, nakazał małżonkowi, żeby bił ją lżej, czego wszystkim kobietom arabskim – jeśli już mają być bite – życzę.
 
Janusz Młynarski

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK