POLACY W UK

21 mil do nieba

Polish Express
Polish Express logo

21 mil do nieba

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej dało emigrującym Polakom poczucie bezpieczeństwa i swobody. Układ z Schengen ostatecznie wymazał dawne ograniczenia. Symboliczne mury runęły.

Anglicy chcą być Polakami


1 maja 2004 roku zapisze się w pamięci wielu Polaków jako data kompletnego przewrotu w ich życiu. Wielu podjęło decyzję o wyjeździe do Wielkiej Brytanii, która jako pierwsza zwróciła się w stronę nowych członków Wspólnoty, znosząc wszelkie bariery odnośnie pobytu i podjęcia pracy. Dzięki tanim liniom lotniczym już za 30 funtów można się wybrać w podróż na Wyspy, która trwa niecałe 2,5 godziny. Jedynymi dokumentami potrzebnymi do wjazdu na terytorium Wielkiej Brytanii są aktualny paszport lub dowód osobisty.
Aż trudno pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno przekroczenie brytyjskiej granicy stanowiło nie lada wyczyn. Dramatyczne historie Polaków usiłujących przedostać się do Anglii mogą stanowić kanwę niejednego filmu. Słuchając tych opowieści, nasuwają się na myśl kadry z niegdyś głośnego obrazu Macieja Dejczera „300 mil do nieba”. Scenariusz został oparty na autentycznych wydarzeniach, kiedy to dwaj nastoletni chłopcy przedostali się do Szwecji ukryci pod podwoziem ciężarowego tira. Rzecz działa się w 1985 roku, w czasach głębokiego kryzysu.

Inwazja na Anglię

Mimo stabilizującej się sytuacji w Polsce drugiej połowy lat 90., wielu Polaków również decydowało się na wyjazd z kraju. By osiągnąć swój cel chwytali się często skrajnych metod. Obok Ameryki to „królewski kraj” z wysokim kursem funta stanowił dla nich urzeczywistnienie marzeń o łatwym, szybkim zarobku i spokojnym, dostatnim życiu. Bramy do angielskiego eldorado były jednak dla Polaków zamknięte. Na przeszkodzie stało zdobycie wizy, problemy z podjęciem pracy, widmo deportacji czy trudności z samym wjazdem do Wielkiej Brytanii. Choć, jak zauważył amerykański psycholog Jack Brehm, ludzie zawyżają wartość rzeczy, do których mają utrudniony dostęp. Ograniczenie swobody wyboru mobilizuje do większej aktywności i kreatywności w realizowaniu celu.
Tadeusz mieszka w Londynie 10 lat. Potrafi godzinami opowiadać, co spotkało jego i innych Polaków na odcinku drogi z Calais do odprawy w Dover. Wizja 34-kilometrowej (21 mil) trasy z francuskiego do angielskiego portu spędzała sen z powiek niejednemu Polakowi. Tadeusz wie, co to znaczy być wyrzuconym z Wielkiej Brytanii. Miał „miśka” (pieczątka z zakazem wjazdu) w paszporcie. Pierwszy raz wjechał do Anglii w autokarze w 1998 roku. Przepuścili 8 osób z całej wycieczki. On wrócił do domu.
- Potraktowali nas jak więźniów, śmieci! - krzyczy rozżalony. - Wieźli nas na powrotny prom na pace żuka jak bydło - dodaje.
W Calais wyrwał kartkę z informacją o deportacji z paszportu. Trzy dni później już był w Londynie. Do Anglii wjechał jako pasażer w tirze. Nawet nie sprawdzili mu dokumentów.

Wyrzucisz, wejdzie oknem

- Pamiętam pewną lekcję ze szkoły angielskiej. Tematem zajęć były rzeczy niemożliwe do zrealizowania - śmieje się Tadeusz. – Nauczyciel powiedział, że jest jeden naród, dla którego słowo „niemożliwe” nie istnieje. „Jaki to naród?” zapytała zaintrygowana klasa. „Polacy” – odpowiedział prowadzący.
Pomysłowość Polaka nie zna granic. Toteż nawet najbardziej strzeżone granice nie stanowią dla niego przeszkody. Jeśli nie uda się za pierwszym razem, trzeba próbować do skutku. Powstały już legendy o niezwykłej determinacji Polaków.
- Znałem chłopaka, który dopiero za jedenastym razem przekroczył granicę, już po akcesji Polski do Unii – opowiada Adam. - Cofali go, a on za już chwilę siedział w następnym tirze.
Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, ale nie tak dawno „tirowy przemyt” kwitł. Kierowcy autokarów również chętnie korzystali na tym procederze. Nielegalnie przewozili Polaków w toaletach, nawet w lukach bagażowych. Ludzie czatowali na parkingach pod Calais i wypatrywali okazji.
- Ja przyjechałem do Anglii w tirze Holendra. Za siebie i żonę zapłaciłem 500 funtów. Facet wziął pod plandekę 14 osób. Rachunek jest prosty. Mógł stracić licencję, może nawet auto, choć zapewne ten kurs wart był takiego ryzyka - wspomina Krzysztof.
Niektórzy decydowali się na skrajne kroki.
- Słyszałem o kobietach oferujących usługi seksualne w zamian za przyjęcie na „pokład” tira - dodaje Tadeusz.
- Ludzie potrafili ukryć się w lodówkach, by przejechać granicę - dołącza się Zbigniew.

Uwaga na autostopowiczów

Kierowcy często nie wiedzieli, że wiozą nielegalnych pasażerów. Chwila nieuwagi na parkingu i kierowca miał pod plandeką nieproszonych gości. 28-letni Paweł przywołuje anegdotę o dwóch Polakach, którzy zamiast do Anglii pojechali do Włoch. Ukryli się w jednym z tirów na parkingu w Calais. Kiedy po dwóch godzinach drogi wyjrzeli spod plandeki, ich oczom, zamiast upragnionego Dover, ukazało się malownicze włoskie miasteczko.
Paweł pochodzi z Kielc. Jego ojciec pracuje jako kierowca tira. Paweł często jeździł z nim do Wielkiej Brytanii. - Na wiadukcie, nad autostradą prowadzącą do odprawy granicznej zbierały się grupy ludzi: Polacy, Ukraińcy, Rosjanie. Widziałem, jak skakali z mostu na dach jadących tirów. Niektórzy spadali z sunących samochodów. Szczęśliwcy rozcinali plandekę i wchodzili do środka samochodu. Czekała ich jeszcze inspekcja na granicy. Celnicy często prześwietlali tiry w poszukiwaniu ukrywających się w nich ludzi. Używali czujników dwutlenku węgla, urządzeń rentgenowskich do skanowania pojazdów, przyrządów wykrywających bicie serca. Niektóre tiry przepuszczano bez szczegółowej kontroli. Przejazd przez granicę był czystą loterią - przyznaje Paweł.
- O prześwietlaniu tirów dowiedzieliśmy się niedaleko granicy. Zaryzykowaliśmy. Schowałam się za siedzenie kierowcy. Dokładnie sprawdzili całą plandekę, centymetr po centymetrze. Wstrzymałam oddech. Czułam się, jak zaszczute zwierzę. Zatrzymali się na kabinie. Wyłączyli rentgen. Stwierdzili, że wszystko jest w porządku. Nie przyszło im do głowy, że ktoś mógł wcisnąć się za fotel kierowcy. To były naprawdę straszne chwile. Czułam się, jakby w tych sekundach ważyło się całe moje szczęście. Mój chłopak czekał na mnie w Anglii. Chcieliśmy tutaj ułożyć sobie życie. Gdyby mnie wtedy zawrócili… – urywa Anna mieszkająca w Londynie już 9 rok.
Wjechałem do Wielkiej Brytanii w 2002 roku - wspomina 33-letni Robert z Lubelszczyzny. - Mój sposób? Lewe prawo jazdy na tiry. Bardzo dużo osób w ten sposób przekraczało granice. Sfałszowany dokument kupiłem w Polsce. Siedziałem w kabinie obok kierowcy i udawałem jego zamiennika. Sprawdzili paszport (świeżutki, w starym kłuł w oczy „misiek” ze Stanów), obejrzeli prawko i puścili. Od razu mogłem się starać o legalną pracę. Za możliwość godziwego życia w Anglii zapłaciłem około 350 funtów, bo tyle wziął ode mnie kierowca tira.
Niecałe dwa lata później wystarczyłoby kilkadziesiąt funtów, na bilet lotniczy. W 2004 Polak przestał być nielegalny.

Ewa Budek
[email protected]

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK