wiadomości

Demon "międzyścienny" (cz. 4)

Polish Express
Polish Express logo

Demon "międzyścienny" (cz. 4)

Tygiel w kuchni. Łabędź wigilijny. Komoda na schodach. Kto odgarnia śnieg w pokoju. Tym razem ja trzaskam. Jak Paul nie utonął w muszli. Osiem tysięcy duchów mieszka w Anglii. Demon „międzyścienny”. Uwolnić złego ducha.

Poprzedni odcinek: Karaluchy lubią sie powtarzać (cz. 3)


Kuchnia w naszym domu to tygiel, w którym, tak jak w całym Londynie, mieszają się różne kultury, tu krzyżują się drogi wszystkich mieszkańców domu przy Churchfield Road. Najczęściej jednak w tej kuchni styka się kultura polska z polską, a dokładniej lubuska z mazowiecką. Wszystko za sprawą Grzegorza i Kamila, którzy najczęściej w tej kuchni przesiadują. Podobnie było dzisiaj. Zaszedłem tam by włożyć do lodówki jakąś dziwną potrawę z fasoli, kiedy Kamil zapytał mnie:

- Wierzysz w to? – i podsunął mi pod nos „Daily Mail” albo jakiś inny „daily”. Gazeta informowała o znakach zakazujących połowu ryb w kanałach rzecznych i innych zbiornikach. Proponowano, by widniały na nich polskie napisy, bo idą święta, a podczas nich - jak wiadomo - Polacy lubią się raczyć karpiami. Łabędziami chyba też, bo coś takiego sugerował autor.
- Ten głupek, co to napisał, nie ma pojęcia o wędkarstwie, bo gdyby miał, to wiedziałby, że o tej porze roku karpiowate są już w zimowym letargu i nie ma szans, żeby złowić choćby jednego. Jedyny sposób, to spuszczenie wody w stawie - tak się odławia karpie przemysłowo. Wiem, bo mój kuzyn hoduje karpie, a ja jestem wędkarzem - objaśnił fachowo Grzegorz.
To, że Polacy są w stanie spuścić wodę w brytyjskich kanałach też nie wydało się nam prawdopodobne.
- A wierzysz w to, żeby Polak zjadł łabędzia?
- Oczywiście, że nie. Nie lubimy przecież żadnych dziwactw w jadłospisie. Z drobiu, to tylko kurczaki, indyki, rzadziej kaczki, a gęsi to prawie w ogóle, a gęś jest przecież najbliższa łabędziowi.
- Aha, chciałem ci powiedzieć, że nie dostaniesz się do swojego pokoju, chyba że po drabinie... zresztą sam zobaczysz.

Zobaczyłem. Na schodach stała sporej wielkości komoda, właściwie bardziej tkwiła niż stała, ugrzęzła bowiem pomiędzy poręczą a ścianą. To Paul próbował ją donieść do swojego pokoju, ale zaklinowała się, i dalej ani rusz. Tak było przez dwa dni. Musiałem wchodzić pod drabinie, którą Omar przyniósł ze swojego sklepu – opierałem ją o komodę, i hop na drugą stronę.
- Po jaką cholerę mu szafka, skoro się wyprowadza - dziwił się Grzegorz.
Paul był nieuchwytny, przychodził kiedy wszyscy już spali, a gdy się budzili, on jeszcze spał. Po dwóch dniach „Aktor” podszedł do komody z dużym młotem i dokonał fragmentacji mebla. Znów można było swobodnie przejść, ale tą komodą Paul podpisał na siebie ostateczny wyrok:
- W poniedziałek on stąd wylatuje - zdenerwował się Omar. - Oddam mu depozyt, nie wytrzymam z nim jeszcze jednego tygodnia!

 

Dziś wyszedłem z domu o wiele poźniej niż zwykle, bo miałem coś do zrobienia. Paul jeszcze spał, bo zza ściany dobiegało mnie ciche chrapanie. Zabrałem się akurat do pisania, kiedy z pokoju mojego sąsiada dobiegł mnie odgłos kojarzący się z odgarnianiem śniegu metalową szuflą z oblodzonego chodnika. Zgrzytanie powtarzało się rytmicznie i trwało kilka minut. Czyżby Paul odgarniał śnieg w pokoju!? No, cisza wreszcie. Nie na długo - tym razem kilka skrzypnięć i łomot, jakby na podłogę spadło z dużej wysokości pudło z książkami, jeszcze odgłos rozsypujących się monet, i znów szufla. Tego już było za wiele! Otworzyłem komodę i trzasnąłem drzwiczkami, najpierw jednymi, poźniej drugimi. Powtórzyłem czynność, po czym poskrzypiałem trochę drzwiami od szafy i zaraz po tym kilka razy przejechałem drucianym wieszakiem po kaloryferze, następnie puściłem na full „Black Doga” Led Zeppelin, i to tę wersję, w której Bonham ma bardzo długie solo na perkusji. Wyłączyłem po paru minutach. Cisza, jak makiem zasiał (choć nie wiem, co ma cisza wspólnego z sianiem?). Znów dałem po garach, czekam... Nic. To znaczy, nie całkiem nic, bo ktoś pukał do moich drzwi. W drzwiach stała Chilya, czyli Victoria, moja czarnoskóra sąsiadka przez sufit lub - jak kto woli - przez podłogę.

- Dlaczego tak potwornie hałasujesz? - zapytała błyskając białymi zębami.
Przeprosiłem obiecując, że już nie będę, ale kątem oka zauważyłem, że na półpiętrze stoi jakiś osobnik w płaszczu kąpielowym i do tego chyba bez majtek.
To mój brat - wyjaśniła, choć wcale o to nie pytałem.
Może i brat, ale z tego co widziałem na fotografii, to rodzice Victorii są czarni, a ten był blady jak sufit w moim pokoju i do tego miał skośne oczy. Łudziłem się, że może jakiś stryjeczny, cioteczny, przyrodni, na święta na przykład przyjechał... W każdym razie moja podświadomość z niechęcią odnotowała, że ów „brat” był dużo młodszy ode mnie. Kiedy „rodzeństwo” zeszło na dół, postanowiłem sprawdzić, czy łazienka jest otwarta. Pchnąłem mocno drzwi i usłyszałem przytłumiony łoskot – gdyby Paul był mniejszy, bezdyskusyjnie utonąłby w muszli klozetowej, na którą wpadł wskutek mojego pchnięcia. Właśnie wychodził.

- O, przepraszam - udałem zmartwionego. - Nic ci się nie stało?
- O, nic nie szkodzi, jak się masz? Jesteś bezrobotny?
- Kto, ja? Niby dlaczego?
- Bo jesteś w domu, a nie w pracy.
- Ty też.
- Ja zaczynam pracę o pierwszej.
- A ja dzisiaj o drugiej.
- Aha - odmruknął i poprosił mnie, bym zaczekał chwilę. Wszedł do pokoju i wrócił stamtąd z kluczykiem.
- To jest drugi klucz do łazienki, dla ciebie. I pamiętaj, jak masz coś do mnie, to nie donoś landlordowi, tylko pogadaj o tym ze mną.

 

Do landlorda i tak poszedłem, bo skończyły mi się papierosy, a u niego w sklepie można kupić polskie. Nie wierzę w duchy, kosmitów i E.T., ale chciałem poznać opinię Omara na temat hałasów na moim piętrze. Chyba nie duchy, do licha ciężkiego?!
- To mogą być duchy - całkiem poważnie, bez zastanowienia stwierdził Omar i dodał - czym zresztą kompletnie mnie osłabił: - W Anglii jest osiem tysięcy duchów.
- O s i e m t y s i ę c y d u c h ó w j e s t w A n g l i i - powtórzyłem w myślach. - Czy to nie za mało, jak na 60-milionowy kraj?
- To jeszcze nic - ciągnął dalej Omar wydając resztę jakiejś klientce. - U nas, w Indiach, jest o wiele więcej - miliony, miliony duchów.
Klientka chapnęła resztę i uciekła nie oglądając się za siebie.
- Tak, tak, chociaż to bardziej demony niż duchy, czyli złe duchy - kontynuował z powagą.
- Niech to szlag trafi - pomyślałem - tylko osiem tysięcy demonów na cały Albion, jeden z nich musiał akurat trafić do chałupy przy Churchfield Road! Nawet ten „church” w nazwie go nie odstraszył!

Wróciłem na górę, grzebałem kluczem w zamku, kiedy w drzwiach swojego pokoju pojawił się Paul:
- Znów donosiłeś Omarowi?
Zaprzeczyłem wyjaśniając, że wyszedłem po papierosy i przy okazji dowiedziałem się od Omara, że to demony są winne hałasom w naszym domu.
- Demony, jakie demony?!
- No te , co się tak tłuką u nas.

Paul popukał się w czoło: Demony, demony! Nie udawaj głupka, przecież to ty się tłuczesz i jeszcze muzykę puszczasz na cały regulator. Miłego dnia! - zbiegł po schodach.
W środę w nocy uwierzyłem w duchy, kosmitów, horoskopy, Misia Uszatka, demony, Harry’ego Pottera, a nawet w to, co pisze Dan Brown.
Zauważyłem, iż rumor i pozostałe dziwne hałasy ustawały, kiedy ja zaczynałem się tłuc, a pojawiały się tylko wtedy, kiedy Paul był w domu. O demonach poczytałem sobie w Internecie. Mogło być na przykład tak: Podczas remontu domu jakiś demon zaplątał się pomiędzy dwiema płytami ścianki działowej. Dostał się tam jako byt niematerialny, ale stracił energię i zamienił się w byt materialny. Na świecie jest tylko kilka źródeł energii, z których demony mogą ją czerpać, ale na pewno nie przy Churchfield Road. „Międzyścienny” demon, biedaczek, zmaterializował się, nie może przeniknąć przez ścianę i z tego powodu tak się tłucze. Skąd jednak ta szufla i radio, o włączanie którego posądzałem Paula? Wytłumaczenie jest proste: robotnicy zapomnieli po remoncie zabrać szufli i radia. A dlaczego demon rozrabia tylko wtedy, kiedy Paul jest w domu? Ano dlatego, że Paula nie lubi.

Zapukałem w ścianę. Cisza. Jeszcze raz. Znowu cisza. - Nic do mnie nie ma - ucieszyłem się.
Uznałem, że trzeba go będzie jakoś uwolnić. Jakąś dziurę wyciąć w ścianie. Muszę pogadać o tym... z Omarem.

Janusz Młynarski

Następny odcinek: "Aktor" zabija bakterie przyprawami (cz. 5)


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Tajemnicze zniknięcie Węgierki" (cz. 85)

"Tajemnicze zniknięcie Węgierki" (cz. 85)

Ależ ze mnie detektyw. Białolica zjawa w kuchni. Kwa, kwa - choroba pakistańska. Kacza grypa. Nadpobudliwy brzydal. Ćma i ja.

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

Powrót Rumunki. Naczynia też biorą prysznic. Stado węży w kieszeni Omara. Kiedy wylecimy w powietrze? Węgierki prawie nie ma. Kobiet nie wolno bić mocno.

Bezczelne Linie Lotnicze (cz. 35)

Bezczelne Linie Lotnicze (cz. 35)

BLL - Bezczelne Linie Lotnicze. Pech łazienkowy. O rany, mój aparat? Rosemary i ja. Wesoły samolot. Polska jest ładna. Demon ruchu.

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

"Jak obrazić szczura" (cz. 79)

"Jak obrazić szczura" (cz. 79)

Rondel na głowie, nitka na biodrach. Węgierska zagadka. Noc z prostytutką Sandy.

Co mają oczy do pośladków (cz. 52)

Co mają oczy do pośladków (cz. 52)

Pranie w Pakistanie. Co mają oczy do pośladków. Zaskakujące odwiedziny. Jak kupiłem Vioricy jednego buta.

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Znów ta noga. Doktor od wózka. Ekshibicjonizm szpitalny. Umieranie z głodu i pragnienia. Ruski doktor. Plaster w rumie. Łosoś za friko. Papierosowe podróże. Czarne pielęgniarki są ciepłe. Piechota morska...

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

Smutna biografia Rogera. Angielski wieczór w polskiej mordowni.

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Polscy emigranci są mądrzy. Prawdziwego Anglika trudno spotkać. Inwazja Bośniaków. Parasolkowy atak. Masakra w „Poco Loco”. Pieczony nos. Kanapka z protezą. Islandzki gejzer zatokowy.

Powrót na łono (cz. 36)

Powrót na łono (cz. 36)

Ciężka praca stewardesy i tłumacza. Jest taśma, nie ma bagażu. Serdecznie witamy z czynszem. Stukanie, skrzypienie - zagadka wyjaśniona. Dziewczyna z Nepalu. Robienie w banię.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK