ROZRYWKA

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Polish ExpressPolish Express logo

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Wróżka z Acton. Kebabowy macho. Wąż Eskulapa i ja. To nie zamek, to dom się wali! Bliskie spotkanie ze schodami i tapczanem. Piętaszek i farba na kaca. Nieoceniona pomoc Vioricy.

Poprzedni odcinek: Pożycz 200 funtów (cz. 38) >>

Przez dwa dni miałem trochę spokoju, żadna z sióstr nie zachodziła do mnie, dzięki czemu mogłem się wyspać, ale trzeciego dnia znów wpadła do mnie Viorica.
- Dżioani, tak się za tobą stęskniłam - mówiła zdyszana stawiając na biurku - bo nie mam stołu - talerz z czymś do jedzenia.
- A to dla ciebie, bo pewnie jesteś głodny.
Zapewne byłbym wzruszony tą troskliwością, ale ten sam talerz, z tą samą zawartością przebywał w lodówce przynajmniej trzy dni. Wyglądało to średnio apetycznie, ponadto byłem przekonany, że jeśli Viorica za czymś się stęskniła, to raczej za 200 funtami, które niezbyt chętnie jej obiecałem, niż za mną. Powiedziałem, że nie jestem głodny, bo przed chwilą właśnie jadłem obiad - jeśli dwa jamajskie piwa zasługują na taką nazwę.

- To zjesz w nocy albo jutro.

Jutro tym bardziej nie, bo czterodniowy ryż z jakimiś dodatkami mógłby dość drastycznie zrujnować mi żołądek.
Viorica z Luciną mieszkają w domu właściciela kebabo-chickeno-fish & chips baru, w którym ta druga pracuje. Mają tam podobno jakiś pokój, za który właściciel, Turek, żąda codziennie zapłaty oraz depozytu. To właśnie te 200 funtów ma załatwić sprawę opłat za pokój.

Viorica w niczym nie przypominała skrajnie zasmuconego dziewczęcia sprzed kilku dni. Śmiała się, żartowała, próbowała nawet robić u mnie jakieś porządki, ale ja zrażony tą dość obcesową prośbą o pożyczkę byłem pewien, że ta jej uczynność nie jest bezinteresowna. Niebawem w moim pokoju zrobiło się gwarno, bo przyszła Lucina i Marina. Znów to przeklęte wróżenie z kart. Najpierw powróżyłem Lucinie. Tylko raz, bo spieszyła się do pracy. Z Mariną było nieporównanie gorzej, bo dla niej musiałem położyć karty kilka razy. Zamęczała mnie pytaniami w rodzaju: „czy kobiety, które plotkują na jej temat, są Angielkami, czy Rumunkami?” albo „jak ma na imię młody brunet, którego niebawem pozna?”. Kiedy przyglądałem się kolejnemu układowi kart, zadzwonił telefon Vioricy. Facet, który do niej dzwonił mówił po angielsku, ale akcent miał bardziej niż „strong”. Polecił jej, by natychmiast wróciła. Wtedy Viorica odpowiedziała, że Lucina właśnie wyszła i niebawem tam dotrze.

- To nie Lucina, to ty masz wracać! - wykrzyczał macho z kebab-baru.
Viorica poderwała się natychmiast i wyszła z pokoju. Będąc już na schodach wrzasnęła:
- Dżioani, nie zapomnij o mnie.
„Nie zapomnij o kasie dla mnie!” - tak byłoby znacznie precyzyjniej.
Tymczasem Marina czuła się już jak u siebie. Wyciągnęła się na tapczanie, podparła ręką głowę i poprosiła, żebym podał jej torebkę - miała w niej papierosy. Zapaliła i zażyczyła sobie, żebym kontynuował wróżenie. O, nie! Powiedziałem, że już jestem zbyt zmęczony. Poleżała jeszcze chwilę i wyszła.
Nazajutrz siedziałem sobie w fotelu oglądając jakiś reportaż z Afryki i nagle kątem oka zauważyłem, że ktoś się skrada. Nie zdążyłem zobaczyć kto, ponieważ ten ktoś zaszedł mnie od tyłu i zasłonił mi oczy. To była Viorica. Wpakowała mi się na kolana i od razu zaszczebiotała:
- Masz już pieniądze?

Zsunąłem ją z kolan i posadziłem na tapczanie. Byłem ciekaw o co chodziło z tym facetem, który wczoraj tak bardzo i tak nagle jej potrzebował. No i ta jej dyspozycyjność - tak prędko się zerwała...
Próbowała mnie przekonać, że to nic ważnego, ja jednak dostrzegłem szansę wykręcenia się od pożyczki i mówię:
- Jak to nic ważnego? Jakiś facet sobie ot tak dzwoni a ty biegniesz jak szalona?Zabrzmiało to jak wymówka i dokładnie o to mi chodziło. Pomyśli, że jestem zazdrosny i dlatego nie zamierzam wyskoczyć z kasy. Próbowała usiąść mi na kolanach i choć nie miałem nic przeciwko temu, to jednak musiałem dalej odgrywać narzuconą sobie rolę.
- Jeśli tak pędzisz na jego każde zawołanie, to niech on ci da te 200 funtów!

Viorica przesunęła się i zaczęła się wić po mnie, jak wąż Eskulapa po bieszczadzkich połoninach. Żeby jeszcze to wicie płynęło z serca, ale ja nie miałem złudzeń. Była pewna, że jestem zazdrosny, a ja z kolei nabrałem pewności, że jest na utrzymaniu tego kolesia, który wczoraj telefonicznie ją opieprzał. Inną sprawą, która również wydała mi się podejrzana, to fakt, że od kilku dni nie pytała mnie o pracę, a ja akurat miałem dla niej ofertę od jednej Angielki, a Sławek - sąsiad z parteru - w sklepie warzywnym. Pogłaskała mnie po głowie i wyszła. Ja, zadowolony, że sprawa pożyczki przesunęła się w dość odległą przyszłość, zasnąłem.

 

Od kilku dni drzwi wejściowe do budynku nie chcą się zamykać. Coś stało się z zamkiem. Brat landlorda powiedział mi, żebym zebrał wszystkich mieszkańców i namówił do zrzutki, za którą on kupi nowy zamek. To, w co wpadłem, nie było może furią, ale na pewno niezgorszą „furyjką”. Tak ów stan moich nerwów można by określić.
- Oszalałeś?! Przecież to twój obowiązek wymieniać zamki, żarówki, szyby czy cieknące krany!

Wyszedłem wkur... na maksa. Na rogu stał Sławek, który też był zdenerwowany i - jak się okazało - miał czym. Przed chwilą rozmawiał z landlordem i wspomniał, że we wrześniu wybiera się na urlop do Polski, a ten od razu: „a zapłacisz”. „Zawsze płaciłem” - odrzekł mu Sławek i wyszedł ze sklepu. Miał cholerny żal do Omara, bo Sławek to „złota rączka” i wszystko co w domu czy sklepie szwankowało, naprawiał nie biorąc ani grosza. I teraz taki tekst. Zgodziłem się z nim, że to bezczelność. Mimo to Sławek naprawił zamek, a właściwie nie zamek, a drzwi, bo jego wymiana nic by nie dała. Okazało się, że na skutek rozbiórki budynku obok, nasz dom zaczął się lekko zapadać i przez to wypaczyły się drzwi. Za jakiś czas znów będzie z tym problem, a kto wie, może „nasz angielski dom” się zawali, oby nie z nami.

Dziś wieczorem wpadła Viorica ze świeżym, bo parującym jeszcze jedzeniem, naśmiewała się ze mnie, bo miałem twarz oklejoną plastrami i wyglądałem jak wojownik któregoś z papuaskich plemion. Plastry nie znalazły się na mojej paszczęce bez powodu - dzień wcześniej wracając z garden party miałem bliskie spotkanie z betonowymi schodami wiodącymi do mojego domu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przeszedłem bezkolizyjnie szmat drogi i musiało mnie to spotkać już u progu mojego domu. Byłem tak potwornie wycieńczony, że nawet się nie rozbierałem, zasnąłem w opakowaniu. Kiedy się obudziłem, drzwi od mojego pokoju były otwarte, widziałem jakiegoś niebiałego faceta, który zanurzał jakiś przedmiot w wiadrze, a następnie wyjmował i przeciągał po ścianie.

Dopiero po chwili zajarzyłem, że to może być malarz. I był. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego do tego malowania potrzebne były mu otwarte drzwi mojego pokoju? Odpowiedzi nie poznałem, bo malarz posługiwał się niezanym mi narzeczem. Mówił dużo, długo i bez przerwy się uśmiechał. O ile dobrze pamiętam, tak rozmawiał Robinson Crusoe z Piętaszkiem podczas pierwszego spotkania. „Mój” Piętaszek był uprzejmy pomalować nie tylko ściany, lecz również moją garderobę, którą nieopatrznie powiesiłem na poręczy schodów. Niepotrzebnie to zrobił, ponieważ odzież była względnie nowa, a poza tym odpowiadała mi kolorystycznie. Ubierając spodnie nie trafiłem w drugą nogawkę i przewróciłem się tak niefortunnie, że wpadłem za tapczan. Wpaść w moim pokoju za tapczan to sztuka nie lada, ponieważ odległość pomiędzy nim a ścianą nie jest większa niż pół centymetra. Jak to się stało, przeanalizuję w wolne, długie i słotne jesienne wieczory. Nie obyło się jednak bez pewnych korzyści, bo oprócz tego, że na skutek uderzenia głową o ścianę odkryłem kilkadziesiąt nowych gwiazd i kilkaset planet, to jeszcze do tego znalazłem banknot pięciofuntowy, książeczkę czekową i paczkę papierosów. Wiedziałem, że musi gdzieś być! Warto od czasu do czasu wpaść za tapczan.

Incydent ów sprawił, że na jakiś czas, krótki niestety, zapomniałem o głównej dolegliwości dręczącej mój organizm. A odezwała się teraz w dwójnasób. Do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie pociągnąć z wiadra kilka łyków farby, na szczęście ochota na to szybko mi przeszła. Zmusiłem się do pójścia pod prysznic i poczułem się nieco lepiej. Po szybkich zabiegach upiększających w postaci nałożenia nowych plastrów i odświeżony zacząłem znów się ubierać bacząc jednak, by ponownie nie wpaść za tapczan. I wtedy weszła Viorica.
- Dżioani, pomóc ci w czymś?

Spadła mi jak z nieba. Wykonałem na kartce spis produktów, które mogą przyspieszyć mój powrót do świata żywych i położyłem się spokojnie do łóżka.

Janusz Młynarski

Następny odcinek już w najbliższy poniedziałek

 


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

Rozmowa z Ahmedem. Czego ta Węgierka ode mnie chce? Fatygant, to Arab. Węgiersko-algierska Bonnie and Clyde. W strychowej pułapce. Nie do końca karabin.

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Autoobmacywanie. Antystresowa kolejarka. Oddawanie to rzecz normalna. Co może boleć oprócz zęba. Nasłuch lepszy niż podsłuch. Seks z plastrem na ustach. Pakistański desant w kuchni. Węgierka i młoty.

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord. Nieboszczyk w kuchni. Jeden z 323 języków. Brygada kuzynów. Mchy i porosty. Bez Victorii i bez Paula. Żyd, ale porządny. Internet z firmy „Cockney”....

79 niewidzialnych lokatorów (cz. 57)

79 niewidzialnych lokatorów (cz. 57)

79 niewidzialnych lokatorów. Indiana Jones z Churchfield Road. Węgier z „bejsbolem” na strychu. Whisky zielona i gęsta. Czym się różni Bośniak w czapce od tego bez czapki.

"Jak obrazić szczura" (cz. 79)

"Jak obrazić szczura" (cz. 79)

Rondel na głowie, nitka na biodrach. Węgierska zagadka. Noc z prostytutką Sandy.

Jak załatwić UK  (cz.65)

Jak załatwić UK (cz.65)

Sabrina - Królowa Śniegu. Spacer i głupie myśli. W japonkach przez zaspy.

Jak zostałem tyranem

Jak zostałem tyranem

Przeprosiny. Czy można tęsknić za karaluchami? Ostatnia tajemnica sąsiadki. Ja i 10. gwałcicieli.

"Nowi fatyganci czają się na sąsiadkę" (cz. 100)

"Nowi fatyganci czają się na sąsiadkę" (cz. 100)

Pożycz mi żonę na pół godziny. Brad Pitt, to on nie jest. Ślusarze zalotnicy. Dlaczego nie mogę spać z Viktorią. Bizon molestuje Viktorię.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK