ROZRYWKA

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

Polish ExpressPolish Express logo

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

Jak sąsiad trafił w satelitę i nie spadł z dachu. Kemal poznaje historię Polski. Arab bije i dusi.

 

 
 
Chyba wszyscy mamy dosyć tej mojej sąsiadki, tym bardziej, że od kilku odcinków dostarcza wyłącznie rozczarowań, a do tego - co najgorsze - broń na strychu okazała się zwykłą wiertarką - i to jeszcze zepsutą. Zresztą, nawet gdyby była sprawna? To co z tego? Jeszcze na dodatek Arab okazał się zwykłym Arabem, a nie terrorystą, niestety. A mogło być tak pięknie - śniady przyjaciel mojej sąsiadki miał się okazać rezydentem al Kaidy i np. przygotowywać zamach na kogoś z rodziny królewskiej, a ja miałem -oczywiście - nie dopuścić do tego. Niby część moich życzeń się spełniła, bo Arab nikogo w powietrze nie wysadził ani nie zastrzelił, no ale pobić, pobił. Co prawda nie była to osoba z rodziny królewskiej czy jakiś tutejszy VIP, lecz zwykły, prosty, człowiek - i do tego kobieta.
 
* * *
Za namową sąsiada z pierwszego piętra postanowiłem zaopatrzyć się w odbiornik telewizji satelitarnej. Akurat nie z powodu gwiazd na lodzie czy na innych mało przyczepnych powierzchniach, lecz dlatego, że zapragnąłem dostępu do pewnych programów muzycznych oraz TVP Kultura, jednej z najlepszych tego typu stacji telewizyjnych na świecie. Tuner zakupiłem u pewnego sympatycznego Irańczyka, w sklepo-zakładzie oddalonym od mojego domu zaledwie dwieście metrów. Poszedłem tam z sąsiadem, który wystąpił w charakterze eksperta. Dzięki niemu zapłaciłem za tuner 20 funtów mniej. Teraz należało się rozejrzeć za ekipą, która mi to wszystko zainstaluje. Nieoceniony sąsiad zaoferował swoje usługi.
- Po co masz płacić, ja ci to zrobię za darmo, no najwyżej browara postawisz.
Przyznałem mu rację, tym bardziej, że talerz był już na dachu - któryś z lokatorów miał kiedyś telewizję satelitarną i owa tarcza została w spadku.
Talerz jednak to nie wszystko, trzeba go przecież w odpowiedni sposób ustawić, tak żeby łapał sygnał z satelity. Sąsiad powiedział, że problem to żaden - on ustawi wszystko jak należy. Zauważyłem nieśmiało, że fachowcy używają do lokalizacji sygnału specjalnej aparatury.
- A ja mam w d... fachowców i te ich aparatury. Oni szukają pół godziny, a ja ustawiam w minutę, góra pięć - pochwalił się sąsiad.
- I to po pijaku - dodała z dumą jego dziewczyna.
Uparł się, że zaraz mi to udowodni. Chciałem poczekać, z kilku powodów - dach jest bardzo stromy, lał rzęsisty deszcz, sąsiad był już po dwóch browarach, które mu postawiłem i po wcześniejszych ośmiu, których mu nie postawiłem. Usiłowałem mu wytłumaczyć, że dachówka jest śliska, a przez to niebezpieczna. Zgodził się ze mną, ale stwierdził, że zdejmie buty i wyjdzie na dach w skarpetach, a przecież one nie są tak śliskie jak buty. Jego narzeczona uspokajała mnie, opowiadając mi różne epizody z życia swojej sympatii, kiedy to w stanie jeszcze większej „nieważkości” montował talerze na pionowych ścianach wychylając się z okna prawie do kolan. Chciałem go asekurować za pomocą liny, ale mnie wyśmiał. Zanim się obejrzałem, sąsiad był już na dachu i w ścianie deszczu łapał sygnał. Narzeczona obserwowała w tym czasie ekran.
- Jest!? - zawołał z dachu.
- Nie ma! - odkrzyknęła narzeczona i zwracając się do mnie dodała: - Nie martw się, on przekręca talerz tylko raz i od razu trafia na tego satelitę co trzeba. Chcesz Hotbirda, masz Hotbirda, chcesz Telstara czy Astera, nie ma sprawy, ale tobie musi nakręcić na Hotbirda.
- O widzisz, jest sygnał.
Sąsiad nawet nie pytał o potwierdzenie. Zszedł z dachu przemoknięty do suchej nitki, ale zadowolony.
- Widzisz Jasiu, tak się robi, a przyszliby te inżyniery za kilka dni i powiedzieliby: Panie, my w deszczu nie robimy, później by powiedzieli, że dach chujowy, że niebezpiecznie i że zasięgu nie ma, że dopłacić trzeba. No ile to trwało?
Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że dwie minuty. Bo rzeczywiście sprawdzałem z zegarkiem w ręku.
- I to po pijaku Jasiu, po pi-ja-ku! - zaakcentował. - Inżyniery zasrane!
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, sąsiad wypił co miał wypić, poinstruował mnie, jak się ów sprzęt obsługuje i poszedł, a właściwie poszli, do siebie. Tymczasem deszcz wcale nie zamierzał przestać padać, w związku z czym zrezygnowałem z zakupów i postanowiłem położyć się spać. Czułem, że sen właśnie nadchodzi, kiedy usłyszałem przenikliwy sygnał mojej komórki. Jakiś esemes. Nie chciało mi się po nią sięgać, ale zmusiłem się. Ktoś wysłał wiadomość z polskiego, nieznanego mi numeru:
„Cześć, jestem w Londynie, będę jeszcze trzy dni, czy ty nadal tu jesteś. Może byśmy się spotkali. Mieszkam w hotelu (tu pada nazwa najdroższego w Londynie hotelu). Możesz do mnie wpaść. Wojtek”.
No cóż, tak się składa, że znam kilkudziesięciu Wojtków i na dobrą sprawę każdy z nich mógł pojawić się w Londynie. Zacząłem intensywnie myśleć nad tym, którego z tych Wojtków stać, by płacić po kilkaset funtów za dobę i to przez kilka dni. No tak, tylko I., Wojtek I., właściciel firmy „I.” - kosmetycznej, sklepy firmowe na całym świecie, również w Londynie, w centrum handlowym Westfield. Super. Dawno się z nim nie widziałem, znamy się niemal od dziecka, świetnie się nam zawsze rozmawiało, szczególnie o jazzie. Wojtek zresztą sponsorował kilka edycji festiwalu Jazz Jamboree w Warszawie. No fantastycznie, pogadamy, powspominamy, napiję się dobrego, czerwonego wina, bo on jest zdeklarowanym miłośnikiem tego trunku. Odpisałem - rzecz jasna - natychmiast: „Bardzo chętnie. Kiedy?”. Odpowiedź: „Może być nawet dzisiaj. Nie mogę się doczekać”. O ho, ho! Nie widzieliśmy się, co prawda, od dwóch lat, ale żeby aż tak!? Odpisałem, że już jest późno i raczej będzie mi trudno dojechać. On mi na to, żebym wziął taksówkę. Prawdę mówiąc, nie uśmiechała mi się zbytnio jakaś nocna eskapada, choć specjalnie daleko nie miałem. Zanim zdążyłem odpisać, otrzymałem kolejną wiadomość: „Nigdy nie zapomnę twoich słodkich cycuszków”. O rany! Nie, no o co chodzi? Przecież Wojtek nigdy nie miał styczności z moją klatką piersiową! Co za brednie jakieś. To nie może być on! Albo ktoś sobie urządza kpiny, albo to pomyłka. Postanowiłem zadzwonić do faceta i zapytać, co jest grane z tymi moimi „słodkimi” itd. Nie zdążyłem, bo nadeszła kolejna wiadomość: „Edyta, nie każ mi na siebie czekać.” Szybko wykręciłem numer do owego Wojtka.
- Cześć kochanie, no nareszcie! Mogę się dzisiaj ciebie spodziewać - ćwierkał Wojtek.
- Cześć kotku, obawiam się, że nie - mówię nieśmiało.
- Przepraszam, kto mówi?
- To ja, Edytka, kochanie. Głos mi się trochę zmienił, bo zapadłam właśnie na świńską grypę.
Mój rozmówca już się nie odezwał, rozłączył się. Usiadłem w fotelu i zapaliłem papierosa, właśnie wstałem, żeby opróżnić popielniczkę, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten facet. Oto przebieg rozmowy:
- Przepraszam, czy pan jest mężem Edyty? Przepraszam, ale muszę coś wyjaśnić. Proszę nie mieć do niej pretensji, to był taki żart z mojej strony.
- Ładny mi żart! Nie widzę nic śmiesznego w tym, że pan się wypowiada na temat smaku niektórych części ciała mojej małżonki.
- Zgadzam się, że to nie najlepszy żart, ale naprawdę to tylko żart.
Facet był wyraźnie przestraszony. Odpowiedziałem mu:
- Wiem, że to żart, bo moja żona ma słone piersi.
Mój rozmówca zaczął się śmiać, prawie że histerycznie: - No widzi pan, ha, ha, ha, że żartowałem, ma słone, ha, ha, ha! Świetnie!
- Dodam jeszcze, że w ogóle nie mam żadnej żony. Wybrał pan niewłaściwy numer. Dobranoc panu.
Kiedy byłem już w łóżku, mężczyzna zadzwonił po raz kolejny przepraszając mnie za to nieporozumienie, a ja z kolei przeprosiłem jego za to, że go przestraszyłem.

 

* * *
Popijałem kawę w barze pod domem, kiedy przysiadł się Kemal, właściciel. Miał chwilę wytchnienia po oblężeniu, jakie przeżywa codziennie w porze śniadania i lanczu. Od rozmowy o pogodzie przeszliśmy na Turcję, z Turcji na Polskę, a z Polski na Litwę. Ponieważ, nie wiedzieć czemu, byłem jakoś bojowo nastawiony, więc powiedziałem mu, że Litwini są nieprzyjemni. On mi wtedy na to, że ma żonę Litwinkę, i że ona jest przyjemna. Tu się z nim zgodziłem mówiąc, że Litwinki, szczególnie te ładne, są znacznie przyjemniejsze od Litwinów. Od słowa do słowa i Kemal dowiedział się o Jagielle i dynastii Jagiellonów, unii polsko-litewskiej, o wojnach polsko- tureckich, o odsieczy wiedeńskiej, o tym, że Turcja, jako jedyna nie uznała rozbiorów Polski, o stambulskim okresie Adama Mickiewicza, o tym, że generał Józef Bem walczył pod sztandarem tureckim i przeszedł na islam i o tym, że w Turcji jest miejscowość, w której mieszkają potomkowie polskich emigrantów, a nazywa się Polonezkoy. A Kemal zrobił oczy jak dwa talerze wypełnione „full English breakfastami”. Nigdy o tym wszystkim nie słyszał.
- Więc teraz już wiesz - powiedziałem na odchodnym.

 

 * * *
 
Niestety, muszę wrócić do tematu Węgierki, której mam już serdecznie dosyć, ale nie mogę nie odnotować pewnych, związanych z nią wydarzeń.
Po awanturze, do której doszło pomiędzy nią i Arabem, kiedy to Węgierka robiła mu wyrzuty, że ją zaniedbuje, Arab spędził z nią całą noc, ale później, przez trzy dni, w ogóle go nie było (musiało być ostro). Miałem nadzieję, że już nie będę musiał oglądać jego paszczęki z nieskorygowanym zgryzem, kiedy ostatniej niedzieli, wracając z zakupów, zobaczyłem ich oboje, jak kierowali się w stronę domu. Zatrzymałem się udając, że szukam kluczy - nie chciałem się z nimi spotkać. Weszli, a ja, po chwili, za nimi. Siedział u niej długo i było stosunkowo cicho (jeśli ktoś w słowie „stosunkowo” dopatruje się dwuznaczności, to w tym przypadku słusznie). Dopiero około północy zaczęła się głośna rozmowa, później wrzaski, płacz, duszenie i bicie, o czym w szczegółach poinformuję już w następnym odcinku.
 
Cdn.
 
Janusz Młynarski

 

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Autoobmacywanie. Antystresowa kolejarka. Oddawanie to rzecz normalna. Co może boleć oprócz zęba. Nasłuch lepszy niż podsłuch. Seks z plastrem na ustach. Pakistański desant w kuchni. Węgierka i młoty.

Głupi Dżunio (cz. 42)

Głupi Dżunio (cz. 42)

Podłoga jak po procesji. Bracia Mroczkowie i Olvier Janiak w jednej osobie. Kto chce zabić Vioricę. Omar proponuje wspólny biznes. Zabiłaś swoje dziecko!

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

Do trzech rozpłynięć sztuka. Sny się sprawdzają. O Neilu, który nie lubi Francuzów. Po co mi dziecinne łóżeczko. Co jest niedobre dla Kemala i dla mnie. Sąsiadka mężatka? Gdzie jest klucz? Tajemnica węgierskiej...

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

Sposób na religijne pogadanki. Susan i Berenica robią to samo. Chris, który grał z Pink Floyd. Mistyfikacja w salonie. Matki Polki mówią. Szok - Viktoria kąpie się codziennie.

Błoto na patelni (cz. 29)

Błoto na patelni (cz. 29)

Kulinarne zaćmienie mózgu. Czyje to uszy w barszczu? Jak odkurzać prysznicem. Smutna gęba narodowa. Betsy zamiast faceta.

Latający pracownik „Overgroundu” (cz. 19)

Latający pracownik „Overgroundu” (cz. 19)

Racja Victorii. Dobry produkt musi być drogi. Komu się nie dziękuje. Marokańczyk tęskni za śniegiem. Są plemiona, gdzie baby mają duże tyłki. Sklerotyczne wycieczki. Latający pracownik „Overgroundu”.

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

"Dlaczego znikają lokatorzy" (cz. 97)

Powrót Rumunki. Naczynia też biorą prysznic. Stado węży w kieszeni Omara. Kiedy wylecimy w powietrze? Węgierki prawie nie ma. Kobiet nie wolno bić mocno.

„Aktor” zabija bakterie przyprawami (cz. 5)

„Aktor” zabija bakterie przyprawami (cz. 5)

Demona ani słychu. Męczące myślenie o porządkach. O co chodzi w krykiecie. Przyprawiona opona. Dobrze, że nie świętuję. Brat Kamila. Kurtka brata. „Aktor” zabija bakterie przyprawami. Czy jestem...

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Jak niesie plazmę, to Polak. Co jest ważniejsze od Zmartwychwstania. Czy nie ma już normalnych imion. Duchy istnieją naprawdę.

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Wróżka z Acton. Kebabowy macho. Wąż Eskulapa i ja. To nie zamek, to dom się wali! Bliskie spotkanie ze schodami i tapczanem. Piętaszek i farba na kaca. Nieoceniona pomoc Vioricy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK