temat numeru

Uwaga! Polak w potrzebie!

Polish Express
Polish Express logo

Uwaga! Polak w potrzebie!

Czy myśleliście kiedyś Drodzy Czytelnicy jak poradzilibyście sobie, gdybyście jednego dnia stracili pracę, mieszkanie i pieniądze? Czy udałoby Wam się przeżyć na ulicy więcej niż jeden dzień? Jeśli myślicie, że to science fiction i że takie rzeczy się nie zdarzają, to bardzo się mylicie.

Święta  to zawsze czas słodkiego lenistwa. Człowiek je, pije, czasem odwiedzi przyjaciół,  ale generalnie to czas nicnierobienia. Te święta dla mnie tak właśnie wyglądały do czasu, kiedy nie zajrzałem na forum internetowe Polaków na North East.


Zdesperowana matka prosi o pomoc

„Nie wiem co mam robić, mój 22-letni syn wyjechał do pracy właśnie do Newcastle. Jest już prawie rok, pracował w myjni na czarno. Oczywiście wynajmował pokój i jakoś sobie radził, ale  przed świętami stracił  pracę, później pokój. 22 grudnia musiał opóścić kwaterę, bo nie miał pieniędzy, błąkał się po dworcach, spał na lotnisku. Okradli go: nie ma dokumentów, prawa jazdy, karty do bankomatu po prostu nic. Jest już Nowy Rok, a on dalej na ulicy. Nie mogę mu pomóc. Dzwoniłam do ambasady w Manchester i musiałby się tam dostać, ale jak bez pieniędzy? Na stopa próbował, wszystko pozamykane do dzisiaj,  poradźcie mi jak można mu pomóc. Ja nie wiem co robić, może ktoś wie gdzie mógłby zarobić chociaż na pociąg? Ja nie mam pieniedzy, żyję za marne 500 PLN  z mężem i 4-letnią córką. Nie mam pracy, nie mam skąd wytrzasnąć. Myślałam, że on będzie miał lepiej, a na święta został sam na ulicy. Znajomi albo wyjechali albo sie wypięli. Jestem załamana i nie śpię po nocach”. Ten list zrozpaczonej matki spowodował, że zacząłem myśleć jak ja bym się zachował w takiej sytuacji? Kogo prosiłbym o pomoc, do kogo bym dzwonił? Pierwsza myśl, to oczywiście rodzina w Polsce, ale większość z nas wyemigrowała  z  Polski nie dlatego, że żyło nam się tam bardzo dobrze, a wręcz przeciwnie: że to właśnie bliscy w kraju potrzebowali naszej pomocy, więc tę opcję odrzucam. Muszę radzić sobie sam.

Gra w skojarzenia

Postanowiłem wyobrazić sobie sytaucję w której znalazł się ten chłopak. Czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem to najgorszy okres do szukania pracy, więc szanse na zatrudnienie mam równe zeru. Muszę pomyśleć, kto mógłby poratować rodaka w takiej sytuacji. W mojej głowie przewijają się słowa: Polacy, pomoc, miłosierdzie. Z tych prostych skojarzeń wychodzi mi, że mógłbym zwrócić się o pomoc do polskiej parafii. Dzwonię. - Znalazłem się w trudnej sytuacji, zostałem okradziony, bez mieszkania i pięniedzy – mówię. - Oczywiście staram się poradzić sobie sam, ale czy w OSTATECZNOŚCI  mógłbym liczyć na jakąś pomoc ze strony parafii, np. w  POŻYCZENIU   pieniędzy na bilet do konsulatu w Manchester?- dopytuję. - Parafia nie jest w stanie tego zrobić, jest utrzymywana przez polski klub, proszę próbować  gdzie indziej – słyszę w odpowiedzi. - Ale mnie chodzi tylko o to, żebym dojechał do Manchesteru, to nie są  duże pieniądze - nie daję za wygraną. - Proszę dzwonić gdzie indziej – odpowiada rozmówca zdecydowanym głosem. No tak... Pierwsze skojarzenia  nie okazały się właściwe. Polacy, miłosierdzie i pomoc nie są równoznaczne z polską parafią.  Pomysł, by w polskiej parafii szukać ratunku okazał się wielką naiwnością z mojej strony...  Kolejne skojarzenia.  Polacy, pomoc, pieniądze - z tych słów wychodzi mi polski biznes. Czy ludzie, którym się powiodło pomogą rodakowi w potrzebie? Dzwonię do jednego z wielu polskich przedsiębiorców działających na tym terenie. - Muszę porozmawiać z szefem – słyszę młody dziewczęcy głos. - Ale wie Pan, u nas też jest ciężko – dodaje ze smutkiem. Kończę rozmowę , bo dziewczę o piskliwym głosie nie ma wcale zamiaru o nic pytać szefa, więc i tu nie uzyskam żadnej pomocy.Następny telefon. Tym razem do polskiego sklepu. Odbiera właścicielka. - Powinien pan przede wszystkim udać się do counsilu, ale dziś to może być trudne, bo wszystko pozamykane – mówi kobieta spokojnym, miłym głosem. - Proszę przyjechać. Myślę, że uda mi się panu pomóc - dodaje. - Bardzo dziekuję , ale winien jestem pani pewne wyjaśnienie. Jestem dziennikarzem i po przeczytaniu apelu matki o pomoc dla syna , który znalazł się właśnie w takiej sytuacji jak opisałem, postanowiłem sprawdzić na kogo rodacy mogliby liczyć w potrzebie. Chociaż dzwoniłem w wiele miejsc, tylko pani zaoferowała mi pomoc - tłumaczę. Krótka rzeczowa rozmowa w miłej atmosferze - tak właśnie wyobrażałem sobie odpowiedź na apel o pomoc i w końcu się udało . Dziękuję Pani Marzeno!

Przyjaciela poznaje się w biedzie

Ta sytuacja przypomniała mi, jak kilka lat temu dzieliłem dom z naszymi rodakami. Oprócz mnie, „na kwaterze” mieszkało  jeszcze małżeństwo: Beata i Adam oraz kolega Adama - Krzysztof. Panowie  to „koledzy od kieliszka”, jak było za co, to się piło, a jak nie było, to robiło się wszystko,żeby było. Żona Adama czasem miała serdecznie dość tej znajomości. Każdy z lokatorów pracował i wszystko było dobrze, ale przyszedł kryzys i Krzysiek stracił  pracę. Czasy takie, że o nową było trudno, mimo że chodził, pytał, to jednak nic nie znajdował. Pieniądze się skończyły i  wydawało się, że skończy się i przyjaźń, ale  postawa  Adama zrobiła na mnie niesamowite wrażenie.  Zobaczyłem wtedy na czym polega prawdziwa męska przyjaźń. Przez  pół roku Krzysiek nie musiał płacić ani za czynsz, ani za jedzenie. Wielokrotnie słychać było jak małżonkowie kłócą się z tego  powodu, jednak mimo tych awantur  Adam zdania nie zmienił. Jego dewiza życiowa  była bardzo prosta:  „trzeba być człowiekiem dla drugiego człowieka, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i Ty będziesz potrzebował pomocy”.

Epilog

Na koniec winny jestem Wam Drodzy Czytelnicy informację jak zakończyła się historia młodego chłopaka, dla którego o pomoc w tak dramatyczny sposób apelowała  matka. Otóż sprawcami wszystkich kłopotów 22-letniego Polaka okazali się  nasi rodacy. Para z którą mieszkał pod  jego nieobecnośćwystawiła  rzeczy chłopaka na zewnątrz, a służby oczyszczania miasta spiesznie zapakowały dobytek do śmieciarki i wywiozły go na wysypisko. Ponieważ  chłopak mieszkał tam „na czarno”,  to o pomoc albo się bał albo nie wiedział gdzie się zwrócić. Po apelu matki,  małżeństwo Ania i Jarek  z Newcastle zaopiekowało się chłopakiem. Nakarmili go, uprali jego ubrania, kupili mu bilet do Manchesteru i dali pieniądze na drogę. Z paszportem i biletem autobusowym już w nowym roku nasz rodak  opuścił Anglię. Jak widać na hasło „Polak w potrzebie” nie każdy reaguje tak samo, a często pomoc otrzymujemy ze strony, z której się tego nie spodziewamy. By ograniczyć do minimum niebezpieczeństwo takich sytuacji w emigracyjnym życiu, najlepszym rozwiązaniem jest zainwestowanie w przyjaźń. Tylko taką  prawdziwą, kórą poznaje się w biedzie.

Cezary Niewadzisz
 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK