ROZRYWKA

"Tajemnicze zniknięcie Węgierki" (cz. 85)

Polish Express
Polish Express logo

"Tajemnicze zniknięcie Węgierki" (cz. 85)

Ależ ze mnie detektyw. Białolica zjawa w kuchni. Kwa, kwa - choroba pakistańska. Kacza grypa. Nadpobudliwy brzydal. Ćma i ja.

 

 
Z tym tajemniczym zdarzeniem to było tak. Około godziny 11 rano Węgierka zaczęła się krzątać po swoim pokoju. Myślałem, że uda się pod prysznic, ale ona zamiast do łazienki, zeszła na dół. Prawdę mówiąc, nie zdziwiło mnie to zbytnio - już zdążyłem odnotować, dzięki systematycznej inwigilacji, jej wodowstręt. Kąpie się średnio co trzy dni, nieco częściej natomiast myje zęby, ale też nie za często. Może trzyma je w szklance mocząc w jakimś preparacie? Ale nieważne. W każdym razie, słysząc jej kroki na schodach, wyszedłem do holu i popatrzyłem przez okno, żeby... no właśnie, żeby co? A nie mam najmniejszego pojęcia po co! Ale jej nie zobaczyłem. Ona zeszła, ale na zewnątrz nie wyszła, bo musiałbym ją widzieć. Z okna widać całą trasę od drzwi wejściowych aż do ulicy. Musiałaby śmignąć z prędkością światła. Zresztą trzasnęłyby drzwi. Zniknęła gdzieś w okolicach pierwszego piętra, bo tam ucichły jej kroki. Może jest w kuchni? Poszedłem i sprawdziłem, ale uczyniłem to po 20-minutowej obserwacji „przezokiennej”. W kuchni jej nie było. Zlustrowałem okolice drzwi wiodących na zewnątrz. Na pewno nie wyszła, nie ma takiej możliwości!
 
* * *
I teraz proszę zwrócić uwagę, jak to ja jestem utalentowany detektywistycznie i z czego wywiodłem swoje wnioski. Na podłodze leżała poczta. Było tego sporo, jakieś listy, ulotki. Wychodząc, musiałaby je podnieść, ale nawet gdyby tego nie zrobiła, to otwierając drzwi, przesunęłaby nimi automatycznie wszystkie te przesyłki, a one leżały sobie pod samymi drzwiami nieruszone. Jest oczywiście inna możliwość, ale każdy przyzna, że byłoby to zachowanie ze wszech miar idiotyczne i nawet Węgrzy tego nie robią - pozbierała całą pocztę zanim otworzyła drzwi, wzięła pod pachę, wyszła i ponownie wrzuciła listy przez „otwór pocztowy”. No tak, ale na taki pomysł mógłbym wpaść tylko ja, a po drugie musiałbym ją widzieć jak wychodzi. Czyli musi być w domu. Przejrzałem wszystkie zakamarki. Nikogo. Teoretycznie mogła być w pokoju któregoś z sąsiadów, ale o tej porze nie ma w domu żywej duszy, poza mną i moją ćmą (z tą ćmą też ciekawa historia, o czym później). Ale zaraz, zaraz, żywej duszy? A mały, gruby i brzydki Pakistańczyk, który kilka dni temu zaniemógł.
Była druga w nocy, przygotowywałem w kuchni herbatę, kiedy usłyszałem, że ktoś wszedł do kuchni. Nie spodziewałem się nikogo, a jeszcze stało się to tak nagle, że aż skurcz mnie złapał w gardle. Odwróciłem się i zobaczyłem jakąś postać w beżowej sutannie o twarzy pomalowanej na biało. Nie jestem strachliwy, ale naprawdę byłem bliski ataku serca. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to ten mały i brzydki. Ale po jaką cholerę się pomalował? Być może się nudził i postanowił - dla żartu - kogoś przestraszyć, a ja się akurat napatoczyłem? Albo może woli być białym, a nie stać go na takie zabiegi, jakie przechodził Michael Jackson? Nie omieszkałem, rzecz jasna, zapytać o to. „Brzydal” powiedział mi, że jest chory i musi się smarować tym białym świństwem, dlatego jest na zwolnieniu. Spytałem go, co mu dolega, a on pomachał swoimi krótkimi łapkami naśladując ruch ptasich skrzydeł i powiedział:
- Kwa, kwa.
„Kwa, kwa”? Zastanawiałem się co to za choroba, pewnie jakaś pakistańska przypadłość. Muszę powiedzieć, że poczułem się dziwnie. Mało tego, zachciało mi się kwakać i chyba nawet to zrobiłem, bo „Brzydal” odpowiedział:
- Yes, you’re right, kwa, kwa - i znów pomachał łapkami.
Nie, no co jest do licha ciężkiego?
- Chicken flu.
Aha, ptasia grypa. Ale on zaprzeczył upierając się, że jego grypa jest kurza, bo on pracuje w „Chicken Express” i tam się nią zaraził.
Aaa, czyli kury wyhodowały sobie swoją własną grypę, nie wiedziałem. No tak, ale czy nieżywa, a do tego upieczona lub usmażona w panierce istota może jeszcze na cokolwiek chorować? Zdaniem „Brzydala” tak, bo gdyby było inaczej, to nie zaraziłby się. No przecież! Proste. Już nawet nie pytałem, dlaczego kwakał, skoro nie chodziło o kaczki, lecz kurczaki. Widać kury ogłupione przez bakterie zaczynają przed śmiercią zachowywać się jak kaczki. Powiedziałem mu na koniec, że kury to też ptaki, że nie mają one swojej własnej grypy, ale pokiwał przecząco głową.
„Brzydal” jest nie tylko brzydki, ale również nadpobudliwy seksualnie (ja zresztą też, ale staram się tego po sobie nie pokazywać). Ogląda namiętnie filmy porno, a lokatorów, którzy mieszkają z żonami prosił, żeby mu je wypożyczali. Z tego co wiem, to nic z tych „pożyczek” nie wyszło. Z domów uciech nie chce korzystać, bo twierdzi, że go na to nie stać.
Oprócz mnie tylko on był w tym czasie w domu, więc Węgierka mogła być tylko u niego. Podkradłem się pod drzwi jego pokoju. Dobiegały stamtąd „charakterystyczne”, ale przytłumione odgłosy. Nie, no z takim brzydalem i do tego skąpym! I chorym na dodatek! Zacząłem się zastanawiać, czy facet ma wszystko wysmarowane tym białym mazidłem, czy tylko to, co było widać spod sutanny?
To jednak nie była Węgierka, chyba że ona działa na pilota i można przewijać to, co robi. Z pokoju „Brzydala” dobiegał bowiem charakterystyczny odgłos przewijania. Prawdopodobnie kilkakrotnie oglądał co smakowitsze sceny, poza tym słychać było „native English”, a Węgierka raczej nie jest native spikerką. Kilka godzin później wychodząc z łazienki usłyszałem jakąś rozmowę dochodzącą z zewnątrz. Wyjrzałem dyskretnie przez okno w holu. To była Węgierka i ten jej fatygant. Facet podchodził do niej, coś mówił, cofał się o kilka kroków, znów podchodził, wreszcie się pożegnali. Nieprzyjemny typ, ma w sobie coś odpychającego.
Węgierka szła po schodach powoli, dlatego zdążyłem wylać na siebie pół wiadra „Eternity” i owiać ją swoim zapachem, kiedy „przypadkowo” schodziłem na dół mijając się z sąsiadką. Poszedłem na kawę oczywiście.
- Ładny zapach - stwierdziła Sylwia przynosząc kawę.
- To mój naturalny, od urodzenia - odpowiedziałem.
* * *
A teraz ćma. Jestem dumny, bo uratowałem jej życie. Tak, ćmie.
Robiłem akurat porządki w łazience. Kiedy podniosłem klapę, by umyć wnętrze muszli, zobaczyłem, że na powierzchni wody unosi się malutka ćma, nieco większa od mola. Nie dawała oznak życia. Już ją miałem spłukać, ale doszedłem do wniosku, że niekoniecznie musi być martwa, że może uda mi się ją reanimować. Zwinąłem kawałek papieru toaletowego w rulon i przy jego pomocy wydobyłem ćmę z sedesowej topieli. Nie ruszała się w ogóle. Zacząłem delikatnie dmuchać, żeby ją osuszyć. Zlepione do tej pory skrzydełka rozpostarły się, ale nie był to odruch fizjologiczny, lecz mechaniczny - woda z nich odparowała. Włączyłem termowentylator i zacząłem ją podsuszać ciepłym powietrzem trzymając - rzecz jasna - w odpowiedniej odległości. Lekko się poruszyła. Odwróciłem ją na grzbiet, wtedy zaczęła przebierać nóżkami, próbując odzyskać normalną pozycję. Nie miało jednak biedactwo siły. Obejrzałem ja przez lupę, nie miała nic uszkodzonego. Urządziłem jej mieszkanko w małym pojemniczku na żywność, który wyścieliłem chusteczkami higienicznymi. Co jakiś czas sprawdzałem delikatnie zapałką (niezapaloną oczywiście), czy reaguje na bodźce. Reagowała i nawet dość rączo przebiegała dystansik od ścianki do ścianki, próbowała też pofrunąć, ale skrzydełka nie „działały”. Dałem jej spokój i sprawdzałem rzadziej. Zastanawiałem się, jak długo potrwa okres rekonwalescencji, czy w ogóle przeżyje? Jeśli dłużej, to czym ją odżywiać. Doszedłem do wniosku, że skoro ćmy są motylami, to muszą się odżywiać tym, czym motyle, czyli nektarem kwiatowym. I skąd ja jej ten nektar wezmę? Spała przez trzy dni, a później zaczęła sobie latać. Przez dwa następne dni nocowała już normalnie, na ścianie, aż wreszcie odleciała, pewnie coś przekąsić. A w Wikipedii przeczytałem: „Ćmy, motyle - grupa motyli prowadząca nocny tryb życia”. Cieszę się ze zdobycia tej wiedzy, bo do tej pory byłem pewien, że motyle nocne są aktywne w dzień. Per analogiam wnioskuję, że nocna zmiana pracuje w nocy, że nocne autobusy nie jeżdżą rano i w południe, no i że noc jest w nocy.
Cdn.
 
Janusz Młynarski
 

 

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

Arabskie CV. Jaka tam z ciebie projektantka. Nepalskie duchy piją piwo. Babcia D’Artagnan.

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

Lodówka mówi, że nie w Acapulco. Węgierskie żarcie w Meksyku. Wielkie zakupy. Faye, ale nie Dunaway. Racial abuse na High Street. „Polacy, czujcie się w UK, jak we własnym domu”. Kusząca propozycja.

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

Zaproszenie do Bristolu. Nawet w Rosji się tak nie robi. Tajemniczy okrąglak na końcu mola. Witaj fortuno. Skąd wziąć worek na pieniądze. Ze spuszczoną głową, powoli. Co ma Bristol do Antarktydy.

Victoria ma skaranie boskie (cz. 6)

Victoria ma skaranie boskie (cz. 6)

Nie będę się zbytnio rozpisywał o demonie, powiem tylko tyle, że przeniósł się piętro niżej i teraz Victoria ma z nim skaranie boskie.

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula. Zagłuszanie czynności prokreacyjnych. Szaman śpiewa disco-afro. Kamil już tu nie mieszka. Staszek skręca skręta, Staszka skręca policja. Kąpiel w zlewie. Kuzyni się biją. Facet...

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

Do trzech rozpłynięć sztuka. Sny się sprawdzają. O Neilu, który nie lubi Francuzów. Po co mi dziecinne łóżeczko. Co jest niedobre dla Kemala i dla mnie. Sąsiadka mężatka? Gdzie jest klucz? Tajemnica węgierskiej...

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Autoobmacywanie. Antystresowa kolejarka. Oddawanie to rzecz normalna. Co może boleć oprócz zęba. Nasłuch lepszy niż podsłuch. Seks z plastrem na ustach. Pakistański desant w kuchni. Węgierka i młoty.

Lesbijki to nie geje (cz. 11)

Lesbijki to nie geje (cz. 11)

Romek, Staszek i Tadek to wspaniali ludzie. Płaci się też za to, czego nie ma. Picie przeciwcukrzycowe i przeciwzawałowe. Plotkarz Kamil. Polacy to prawdziwi dżentelmeni. Victoria ostro, ale nie za ostro....

Coś mi wyłysiało (cz. 45)

Coś mi wyłysiało (cz. 45)

Brat mówi: idiota. Jak naciągnąć policzki. Pomnik dla Polki. Kretyni w domu Wielkiego Brata. Zdziro - dziewice z drewnianym penisem.

Sabrina zadzwoni jeszcze (cz. 66)

Sabrina zadzwoni jeszcze (cz. 66)

Koncert w Sali im. Omara. Angielka z podwójną świnką. Tylko się nie rozbieraj. Byłem górnikiem i nic o tym nie wiem. Viorica wspomina. Kiedy Omar robi się zielony jak kiwi?


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK