ROZRYWKA

"Sześć ostatnich browarów" (cz. 93)

Polish Express
Polish Express logo

"Sześć ostatnich browarów" (cz. 93)

Najdroższe piwo na świecie. Urlop z panem Józkiem. Gdzie jest Władek Gdula. Czas kopać kartofle. Lista przebojów maryjnych i ludowych. Staszek - bezdomny historyk. Weneryczna łazienka. Węgierka gubi włosy. Be quiet! Nie daruję jej tego.

 

 
 
W poprzednim odcinku napisałem, że w dniu, w którym doszło do incydentu z Arabem - mam na myśli zdarzenie na schodach - wypiłem swoje przedostatnie piwo. Zaintrygowało to jednego z czytelników, który w tej sprawie napisał do mnie maila. Ponieważ nie wykluczam, że nie tylko jego zainteresowała ta informacja, spieszę donieść, że jest to wina lekarzy, którzy tak właśnie zdecydowali. Zakaz dotyczy również innych alkoholi z wyjątkiem wódki czystej i wina czerwonego, wytrawnego. Zalecenia te mają związek z moją trzustką, której nie chce się produkować wystarczającej ilości insuliny, co sprawiło, że poziom cukru w mojej osobistej krwi niepokojąco rósł (czasami w glukometrze brakowało skali). Wspomnianych trunków też nie mogę pić w takich ilościach jakie lubię, czyli minimum 0,7 litra na głowę za jednym posiedzeniem. Ale i tak mam szczęście, bo mogli mnie skazać na całkowitą abstynencję, co równałoby się utracie tożsamości narodowej, a przywiązałem się już do bycia Polakiem.
Nadmiar cukru w moim organizmie, którego nie da się niestety ani rozdać, ani spieniężyć sprawił, że musiałem wybrać się do Polski, by poddać się dokładnym badaniom, po których medycy mogliby wybrać sposób leczenia. Mogłem to załatwić tu, na miejscu, ale traciłbym zbyt dużo czasu na dojazdy i pomiary, których dokonuje się około dwóch godzin po każdym posiłku. Gdybym wiedział wcześniej, że cały mój urlop upłynie w szpitalu, wziąłbym tylko reklamówkę z piżamą, zamiast prawie całej szafy ubrań. Ostatnie piwo w życiu wypiłem w samolocie pewnych tanich linii lotniczych, w których napój ten jest najdroższy na świecie. No, może nie ostatnie, bo w samolocie spożyłem dwa, a w samochodzie brata, który wiózł mnie z lotniska, jeszcze cztery. Następnego dnia byłem już w szpitalu i pierwszy pomiar wykazał, że jest fatalnie, ale później było już tylko lepiej.
W ciągu tygodniowego pobytu w przemyskim szpitalu poczyniłem mnóstwo obserwacji, spojrzałem innym okiem nie tylko na polską służbę zdrowia, ale również na Polskę. Zetknąłem się też z ogromem ludzkiego cierpienia i zdałem sobie sprawę z tego, jak samotny jest człowiek w jego obliczu i jak ważna jest przy tym rodzina oraz przyjaciele.
Przemyski szpital jest pięknie położony i jak na warunki polskie, nowoczesny, w trzyosobowych salach jasno i przestronnie. Do jednej z nich właśnie trafiłem. Leżało tam dwóch mężczyzn w podeszłym wieku. Ten spod okna właściwie zbierał się do wyjścia, albowiem jego leczenie dobiegło końca i czekał, aż zabierze go rodzina. Drugi zajmował łóżko po mojej prawej stronie i jak na podeszły wiek był dość sprawny fizycznie, bo coraz to zrywał się z pościeli, podchodził do kosza na śmieci i wracał do łóżka. Jego zachowanie było o tyle zastanawiające, że do wspomnianego kosza nic nie wrzucał. To pan Józef. Energii, którą dysponował ów sędziwy pacjent mógł pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. Pan Józef nie tylko uprawiał dwumetrowe wycieczki do kosza na śmieci, ale również godzinami spacerował po długim korytarzu. Muszę jednak przyznać, że jego nieobecność bardzo mi odpowiadała, ponieważ kiedy wracał z korytarzowych wypraw, zawsze mnie pytał, gdzie jest Władek Gdula. Odpowiedzi na to pytanie nie znałem, ponieważ nieznana mi była osoba Władka Gduli. Pan Józef budził się już o czwartej nad ranem i nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie budził mnie. Szarpiąc mnie za ramię wypowiadał niezmiennie jedną kwestią:
- Wstawaj, kartofle trza kopać.
Nie ukrywam, że na takie dictum, zamiast kartofli, miałem ochotę kopać pana. Kilka razy zwróciłem mu uwagę, że o ile mi wiadomo, to wykopki zaczynają się około października, ale może on miał na myśli młode ziemiaki? Pan Józef - jak się okazało - mieszkał w kilku salach. Kiedy w którejś zobaczył wolne łóżko, natychmiast się tam instalował, aż wreszcie na dobre przeniósł się do innej. Wpadł któregoś dnia do mnie i zapytał, czy mam ochotę napić się dobrej wody. Na odczepnego powiedziałem, że tak. Wtedy odkręcił kran w umywalce i powiedział: - Proszę bardzo.
Innym razem przyszedł i zaczął pakować moje rzeczy do swojej torby, ale pielęgniarka wyjaśniła mu, że pomylił pokoje. Nie było go łatwo przekonać. Na szczęście dla mnie i dla personelu oraz pozostałych pacjentów, pan Józek pewnego dnia opuścił szpital. Jego miejsce zajął inny staruszek, który sypiał godzinę dziennie albo w ogóle. Szczyt jego aktywności przypadał na porę pomiędzy północą a szóstą nad ranem. Wówczas to prowadził głośne rozmowy z nieobecnymi członkami rodziny. Około drugiej zaczynał śpiewać pieśni maryjne, a od czwartej do szóstej pieśni ludowe z rejonu Podkarpacia. I tak na okrągło. Następnego dnia, również wieczorem, do wrzaskliwego staruszka dołączył inny, ten jednak był agresywny. Kiedy zbliżał się do niego ktoś z personelu, niezmiennie wrzeszczał:
- Spie... k...
A jeśli była to osoba płci męskiej, wówczas zamieniał „k” na „ch”.
Przez trzy dni byłem w sali sam, czwartego dnia dołączył do mnie elegancki starszy pan, poruszający się sprężystym, żwawym krokiem. Wyglądał na 70 lat, a okazało się, że ma o 21 lat więcej! To pan Tomasz, kresowiak, który opowiedział mi mnóstwo ciekawych historii z przeszłości. W nocy dołączył Staszek, 64-letni bezdomny, który zgłosił się do szpitala, bo czuł, że zapada w śpiączkę cukrzycową. Po wstrzyknięciu insuliny poczuł się na tyle dobrze, że wstał z łóżka i sięgnął do reklamówki skąd wyjął prawie całą tabliczkę czekolady. Zanim zdążyłem mu przeszkodzić, pochłonął ją całą.
- Człowieku, nie wolno ci jeść czekolady!
- Nie chciałem, żeby się zmarnowała.
Nie zmrużyłem oka do rana obserwując, czy coś się z nim złego nie dzieje. Jakoś przeżył tę czekoladę.
Muszę przyznać, że Staszek mnie zaskoczył. Z panem Tomaszem rozmawiałem o wojnie polsko-bolszewickiej i wtedy wtrącił się Staszek. Podpowiedział mi nazwisko jednego z polskich generałów, którego nie mogłem sobie przypomnieć. Okazało się, że dysponuje niesamowitą wiedzą zarówno z historii, jak i geografii. Fakty, daty, no dosłownie wszystko, a przy tym niewykształcony - dwie klasy przyzakładowej szkoły zawodowej! Od tego czasu prowadziliśmy nieustające rozmowy na tematy historyczne, do tego jeszcze okazało się, że Staszek świetnie zna Londyn, Paryż, Wiedeń, Berlin i wiele innych europejskich stolic. Nie, nigdy tam nie był, wszystko zna z książek i planów. Kiedy on to wszystko przeczytał?! Laptop, który dostarczył mi mieszkający w Przemyślu drugi brat, był wyposażony w mobilny internet, bo nawet w szpitalu pracowałem. Staszek coś słyszał o internecie, ale tylko słyszał. W ciągu kwadransa nauczył się podstaw obsługi komputera i jak korzystać z internetu. Nie odstępował mnie ani na krok i kiedy tylko kończyłem pracę, natychmiast przejmował sprzęt i grasował po internecie. Niesamowite! Chciałbym jakoś mu pomóc, ale jak? Do szczęścia wystarczyłby mu jeden pokoik, w którym mógłby mieszkać i czytać swoje książki. Kiedy żegnaliśmy się, dał mi na pamiątkę srebrną monetę z papieżem Janem Pawłem II.
W czwartym dniu pobytu czekałem na „wyrok” lekarzy.
- Odstępujemy od podawania insuliny, pańska trzustka produkuje ją samodzielnie, więc skończy się na tabletkach - powiedziała pani doktor.
Myślałem, że ją ucałuję, ale nie uczyniłem tego, bo pani doktor jest niepaląca i mogłaby dostać mdłości na skutek bliższego zetknięcia ze mną.
Jeszcze spotkanie z bardzo miłą panią dietetyczką i koniec! To znaczy nie całkiem. Muszę zmienić swoje życie. Koniec z jedzeniem raz dziennie - muszę jadać sześć razy dziennie o jednakowych porach i trzy razy dziennie mierzyć sobie poziom glukozy. No i dobrze, może się wreszcie zorganizuję?
 
* * *
Syf! Nie lubię tego słowa, ale nic innego nie przyszło mi na myśl, kiedy zobaczyłem łazienkę po powrocie do „naszego angielskiego domu”. Tak, to nie było nigdy! Nie będę opisywał jak wyglądała muszla, by nie odbierać czytelnikom apetytu, umywalka była szara, pokryta czarnymi zaciekami, podobnie było z posadzką, która „nominalnie” ma kolor kremowy. W brodziku pełno włosów. Wyszedłem stamtąd z torsjami i udałem się prosto do Węgierki. Miałem ochotę zrobić z niej szczotkę do mycia sedesów. Miała wielkie szczęście, że jej nie było w pokoju.
Nie było wyjścia, włożyłem gumowe rękawice i wszystko polałem mocnym bleachem. Po dwóch godzinach przystąpiłem do „odkażania” łazienki. Węgierka przyszła około północy, a po chwili przylazł ten Arab. Coś tam głośno mówił do niej swoim tubalnym, niemiłym głosem. Walnąłem pięścią w ścianę i krzyknąłem:
- Be quiet at once!
Ucichli i już cały czas mówili szeptem. Postanowiłem, że nie podaruję Węgierce zaświnionej łazienki i holu. I nie podarowałem, o czym już za tydzień.
 
Cdn.
 
Janusz Młynarski

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne. Przeprowadzam Victorię. Korzyści z Paula i nowej sąsiadki. Gołe baby na płytach. Padaczka z kokluszem. Awantura o szafki. Spacer niezbyt romantyczny.

Latający pracownik „Overgroundu” (cz. 19)

Latający pracownik „Overgroundu” (cz. 19)

Racja Victorii. Dobry produkt musi być drogi. Komu się nie dziękuje. Marokańczyk tęskni za śniegiem. Są plemiona, gdzie baby mają duże tyłki. Sklerotyczne wycieczki. Latający pracownik „Overgroundu”.

Barachło za funta (cz. 33)

Barachło za funta (cz. 33)

Płonące karaluchy. Siedemset żabek. Fałszywe uśmiechy. Wyrzuty sumienia. Przezroczysta odzież Victorii. Szampan i afrykańskie kadzidła. Z kim sypia Lucina. Jak Turcy wygrali z Polakami. Dlaczego Anglicy...

Wojna o garnek (cz. 31)

Wojna o garnek (cz. 31)

Ajn moment w łazience. Nowi w domu. Rumunia piękny kraj. Wojna o garnek. Nigeryjsko-polska Bonnie & Clyde. Podwyżki Omara.

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula (cz. 28)

Victoria gorsza od Paula. Zagłuszanie czynności prokreacyjnych. Szaman śpiewa disco-afro. Kamil już tu nie mieszka. Staszek skręca skręta, Staszka skręca policja. Kąpiel w zlewie. Kuzyni się biją. Facet...

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Kolejna wyprowadzka Victorii (cz. 47)

Co się stało rankiem. Zła osobowość mojej sąsiadki. Rozmowy religijne. Jak keyboard się wygiął. Mój przyjaciel Bill.

Powrót na łono (cz. 36)

Powrót na łono (cz. 36)

Ciężka praca stewardesy i tłumacza. Jest taśma, nie ma bagażu. Serdecznie witamy z czynszem. Stukanie, skrzypienie - zagadka wyjaśniona. Dziewczyna z Nepalu. Robienie w banię.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia. Studia w pralni. Nagła ewakuacja Rumunów. Bumerang, czyli Viorica. Taniec mamuta. Sesja fotograficzna.

Nienudnych świąt!

Nienudnych świąt!

Arab, grypa i bokserskie rękawice. Ahmed zakłada polski sklep. Konkurencja po polsku. To samolot, czy autobus? Jak mamusia Adrianka wychowywała.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK