wasze sprawy

Strzeż się Terri F.!

Polish Express
Polish Express logo

Strzeż się Terri F.!

Pewna Brytyjka wpadła na pomysł, jak darmowo wykorzystać nadmiar polskich rąk do pracy. Wychodzi na tym całkiem nieźle, tyle, że pracownicy o tym, iż pracują społecznie, dowiadują się dopiero po kilku tygodniach. To kolejny artykuł „ku przestrodze”.

 

 
 
Grażyna Amrosz-Łomnicka mieszka w Świdniku koło Lublina. Mieszka teoretycznie, bo od wielu lat pracuje za granicą jako opiekunka osób w podeszłym wieku. Ma wyższe wykształcenie, stosowne kwalifikacje i zna języki obce. Pracowała w wielu krajach europejskich, ale nie tylko, bo zarabiała na chleb również w Stanach Zjednoczonych. Tam przebywała najdłużej, bo aż siedem lat. Do tego wszystkiego z każdego miejsca pracy ma znakomite referencje. Dysponując takimi atutami można śmiało iść do którejkolwiek agencji pracy, z niemal stuprocentową pewnością, że praca znajdzie się natychmiast. Po siedmioletnim pobycie na saksach w USA Grażyna wróciła do rodzinnego Świdnika, ale - jak mówi - nie dorobiła się żadnych kokosów. Gros zarobków wysyłała do Polski, część pochłaniały opłaty za mieszkanie i wszystko co z tym związane, a część przeznaczała na pomoc córce. Tymczasem dolar marniał z miesiąca na miesiąc, więc tym samym za każdym razem musiała wysyłać coraz więcej. Kiedy wróciła do Polski uznała, że rzeczywistość zastana przez nią w kraju nie nastraja do odpoczynku. Mogłaby pracować w szkole, ale po opłaceniu wszystkiego niewiele by jej z tych zarobków zostało. Decyzję podjęła w ciągu miesiąca - będzie szukać jakiejś pracy za granicą. Skontaktowała się z pewną agencją, która pośredniczy w zatrudnianiu opiekunek dla osób starszych. Po interview, które wypadło pomyślnie, znalazła się w bazie danych, a niebawem znalazła się i praca. W Wielkiej Brytanii.
 
Grażyna leci na Wyspy
Osoba, która chciała ją zatrudnić, mieszkanka Londynu Terri F., zadzwoniła do Grażyny i szczegółowo wypytała ją o kwalifikacje. Poinformowała co wejdzie w zakres jej czynności i od kiedy ma rozpocząć pracę. Umówiły się na 17 maja br. Tego dnia Grażyna miała lądować na Heathrow, a Terri miała na nią czekać. Czekała. Natychmiast pojechały do miejsca pracy Grażyny, czyli do domu Terri, na Balmoral Gardens, na West Ealing. Pierwsze wrażenie Grażyny po zobaczeniu domu było nie najlepsze. Wszechobecny brud, zapuszczona łazienka, kilkudziesięcioletnie - z wyglądu - wykładziny, które od czasu ich zakupu nie widziały odkurzacza, prawie zupełny brak mebli. Zapuszczony, zachwaszczony ogród pełen rupieci. Umowa zawarta z Terri opiewała na 200 funtów tygodniowo plus wyżywienie i mieszkanie, czyli osobny pokój. Obowiązki: całodobowa opieka nad 93-letnią matką chlebodawczyni. Podopieczna nie tylko była osobą zniedołężniałą, lecz cierpiała również na demencję starczą. Grażyna nie miała jednak okazji jej poznać, ponieważ staruszki nie było w domu. Terri wyjaśniła, że jej matka przebywa obecnie w domu opieki społecznej i że przyjedzie do domu za tydzień. Powiedziała Grażynie, żeby sobie odpoczęła, coś zjadła, zaaklimatyzowała się i że za tydzień będzie mogła przystąpić do pracy. Grażyna przypomniała sobie, że od rana nic nie jadła, więc udała się do lodówki, ale oprócz półek nie było tam nic. Musiała pójść do sklepu i kupić sobie coś do jedzenia za własne pieniądze.
 
Terri bywa rzadko
Jeszcze wtedy nie wiedziała, że na wikcie Terri nie tylko nie przytyje, ale wręcz przeciwnie. Minął tydzień, ale podopieczna nie pojawiła się, co Grażynę trochę zdziwiło.
- Owszem, zdarzały się takie sytuacje w poprzednich miejscach pracy, że podopieczni przebywali w domach opieki, ale wówczas ich rodziny woziły mnie tam już od pierwszego dnia, żeby się te osoby do mnie przyzwyczaiły i dopiero po kilku dniach opiekowałam się nimi już w domu - mówi Grażyna.
Staruszka, która miała pojawić się w niedzielę, pojawiła się dopiero we wtorek i nie przwiozła ją córka, lecz ambulans z domu opieki społecznej. Córka pojawiła się kilka godzin później.
- Nie wyobrażam sobie, jak można było nie odebrać własnej matki - dziwi się Grażyna, która później dowiedziała się, że Terri nie tylko jej nie odebrała, lecz również nie odwiedzała matki podczas jej pobytu w domu opieki. W domu przy Balmoral Gardens też pojawiała się rzadko, ale była - często teoretycznie - w kontakcie telefonicznym.
Wyglądało to tak: Grażyna wysyłała SMS na jej numer, a ta oddzwaniała albo tego samego dnia, albo następnego. I wówczas przywoziła żywność, jakieś środki czystości, ale nie działo się to regularnie i zbyt często. Gdyby nie zaradność Grażyny, jej podopieczna przymierałaby głodem.
 
Czekając na przelew z USA
Kiedy przyszło do wypłaty, Terri nie pojawiła się w umówionym terminie. Spóźniła się o trzy dni. Wypłatę tę trudno jednak określić takim mianem, jeśli wziąć pod uwagę kwotę wymienioną w umowie. Za tydzień pracy zamiast 200 funtów, Grażyna otrzymała tylko 50. Terri tłumaczyła, że na razie nie ma więcej, bo jej córka, która studiuje w Bristolu, miała jakieś niespodziewane wydatki. Później Terri przez dwa, trzy dni się nie pojawiała, po czym wpadała na chwilę zostawiając jakieś symboliczne zakupy. Tymczasem znów zaistniał problem z wypłatą. Terri nie zapłaciła za kolejny tydzień i następny również. Na SMS-y Grażyna odpowiadała, że jutro, że za dwa dni, za trzy albo wpadała do domu, jak po ogień i lamentowała, że musi codziennie jeździć do studiującej córki. Był już początek czwartego tygodnia darmowej pracy Grażyny, kiedy zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Był to przyjaciel Terri, z którym ona mieszka od kilu lat w innym domu. Wręczył jej kopertę mówiąc, że to wynagrodzenie za pracę. Grażyna nie posiadała się ze zdumienia, w kopercie było tylko 100 funtów. Mężczyzna powiedział, że na razie mają kłopoty finansowe, ale niebawem wszystko zostanie wyrównane. Szybki SMS do Terri, a ta oddzwania i tłumaczy, że czeka na przelew pieniędzy z USA, że już niebawem mają przyjść. Grażyna podjęła decyzję - jeśli w ciągu tygodnia nie otrzyma wszystkich pieniędzy, wyjeżdża do Polski. O swojej decyzji poinformowała swoją pracodawczynię. Zadzwoniła też do agencji opowiadając o wszystkim co ją spotkało. Pracownik agencji zadzwonił do Terri i po rozmowie z nią oddzwonił do Grażyny, namawiając ją, by jeszcze została choć tydzień, że pracodawczyni obiecała, iż wszystko wyrówna. Grażyna przebukowała bilet. Ale w kolejnym tygodniu też się nic nie wydarzyło. W ub. sobotę rano Grażyna była już na lotnisku z pustym portfelem po pięciu tygodniach pracy dla Terri.
Sąsiedzi z Balmoral Gardens potwierdzają, że Grażyna nie była pierwszą Polką, która pracowała u Terri za darmo, lecz czwartą lub piątą z kolei, a rekordzistką była Halina P., która po trzech miesiącach darmowej pracy wróciła do Polski. Jak mówią sąsiedzi, Terri nie płaci za nic i nikomu. Tak więc wraz z Grażyną, Haliną i innymi oszukanymi apelujemy - strzeżcie się Terri z Balmoral Gardens!
 

Janusz Młynarski

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK