STYL ŻYCIA

Seks, pieniądze i Vivienne Westwood

Polish Express
Polish Express logo

Seks, pieniądze i Vivienne Westwood

Ktokolwiek oglądając serial Sex and the City (Seks w wielkim mieście), sądził, że opowiada on o emocjonalnych i erotycznych perypetiach czterech dojrzałych kobiet, wybrawszy się na jego kontynuację kinową, która od paru dni jest w brytyjskich kinach, może zmienić zdanie.

Serial bardzo lubiłem. Za jego ostre, bezpretensjonalne i jurne poczucie humoru oraz umiejętność dramatycznego rozgrywania bzików, dziwactw, nerwic i frustracji naszych czasów w dowcipnej pigułce. A także za przebijającą czasem przez ten dowcip gorycz człowieka emocjonalnie zagubionego w wyścigu wielkiej metropolii.
Do najbardziej udanych składników serialu należało odwrócenie schematów kulturowych przyznających kobiecie, w życiu i w sztuce, rolę obiektu nieustającej oceny dokonywanej przez oko mężczyzny - pod kątem atrakcyjności seksualnej. Opowiadając o obyczajowo wyzwolonych i ekonomicznie samodzielnych kobietach, mścił się na mężczyznach za setki, a nawet tysiące lat takiego traktowania, wydając tym razem mężczyzn na pastwę takiej oceny spojrzenia bohaterek. Film tę dobrą tradycję serialu kontynuuje, czego kulminacją jest scena wyjęta żywcem z telewizyjnych programów Playboya, tyle że nago pod kaskadą wody stoi pieszczący mydlinami swą muskulaturę mężczyzna.

Czterej muszkieterowie Louisa Vuittona

Kobiety rzeczywiście są. Wedle starych wzorów narracyjnych w rodzaju choćby Alexandre’a Dumasa, rzeczywiście są cztery. D’Artagnanem jest główna bohaterka i narratorka, pisarka Carrie Bradshaw. Atosem - prawniczka Miranda, Portosem - kura domowa Charlotte, a Aramisem - obdarzona (albo obarczona) nadmiarem energii seksualnej Samanta. Każda z nich ma rzeczywiście problemy emocjonalne lub/oraz seksualne.
Tylko że tak naprawdę wszystkie te problemy mają charakter drugoplanowy wobec głównego wątku filmu, jakim jest celebracja towarów i marek. Nie o miłość do Mr Biga tu chodzi, ale o miłość do fetyszy luksusowych przedmiotów. Obiektem adoracji i przedmiotem pragnienia są Louis Vuitton, Armani, Oscar de la Renta, Versace, Vivienne Westwood, itd., a miłość erotyczna jest tylko środkiem wzbudzającym uwielbienie do przedmiotów, im droższych, tym lepiej. Gdyby nie tęsknota za błękitnymi butami za 500 dolarów, kochankowie by się na powrót nie zeszli. Czarnoskóra asystentka Carrie twierdzi, że przyjechała do Nowego Jorku, żeby się zakochać. Miłość ma wszędzie - na języku, bo ciągle o niej mówi, przy kluczach - w postaci breloka, itd. Faceta sobie szczęśliwie znajduje. Ale spędza on na ekranie w sumie kilka sekund, w przeciwieństwie do torebek wielkich projektantów, z którymi dziewczyna bryluje i o których mówi przez cały film.
W XIX wieku, kiedy kategorie miłości romantycznej dopiero powstały, miłość tak pojmowana była dla większości tych, którzy jej doświadczyli, uczuciem tragicznym, które stawiało pod znakiem zapytania pozycję społeczną obydwu osób i wystawiało je na wrogość całego ich otoczenia, którego zasady podważała. Obstawanie przy niej było aktem heroizmu i niosło z sobą cierpienie. W ostatnich kilkudziesięciu latach miłość romantyczna znaczy już coś zupełnie innego: kolacje w dobrych restauracjach, Moët & Chandon i drogie prezenty. Dziś kreowanie wyobrażeń miłości romantycznej to technika marketingu towarów i usług luksusowych.

Dyskretny urok telewizji

Kinowa wersja Sex and the City, bardzo dowcipna i zabawna (ale jakby mniej niż serial), jest jedną wielką, pełnometrażową reklamą drogich ciuchów, butów i dodatków, mającą za zadanie utrwalać skojarzenia między towarami a stanami emocjonalnego i erotycznego uniesienia, jak lampki działały na psy w eksperymencie Pawłowa. Każde uczucie zresztą, nie tylko miłość, jest tu natychmiast przekuwane na konsumpcję towarów i usług. Jak depresja - to wczasy w Meksyku, itd. Każda scena to rewia mody lub ujęcie z sesji dla „Vogue’a” czy katalogu luksusowego sklepu - czasem stanowczo za daleko poza granice kiczu (osuwający się po sukni ślubnej projektu Vivienne Westwood upuszczony wskutek emocjonalnego wstrząsu telefon komórkowy, oświadczyny na klęczkach w białej garderobie wielkiego mieszkania, itd.).
Czy tego nie było już wcześniej w serialu? Może i było, ale na małym ekranie nie rzucało się w oczy, a może nawet składało się po części na bezczelny urok serialu, który zmienił telewizyjny sposób opowiadania o kobiecej seksualności. W telewizji trochę sztuczności nie jest wadą tak wielką jak w kinie.
W postaci serialu ujęte to było w zwięzłą, krótką, dowcipną i dobrze skonstruowaną formę półgodzinnego odcinka, jak dobry felieton. Felieton nie musi tłumaczyć świata, wystarczy, jak dobrze rozegra i spuentuje jakiś niewielki jego wycinek, nawet wycineczek. Połączenie wielu felietonów w większą całość nie tworzy jednak powieści. Kinowa wersja Sex and the City skazana jest na sukces ze względu na masową popularność serialu i fakt, że inaczej niż inne filmowe kontynuacje lub adaptacje seriali, zrobiony jest przez tych samych twórców i w tej samej obsadzie. Jednak czasem lepiej się zastanowić, czy postacie i historie, które świetnie się czują w jakimś medium, warto wciskać do innego tylko dla zarobienia paru dolców więcej.

Jarosław Pietrzak
[email protected]

 

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK