ROZRYWKA

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

Polish ExpressPolish Express logo

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

Siedziałem z sąsiadami przed domem, piliśmy piwo, tyle że - jak się później okaże - przedostatnie piwo w moim życiu.

"Powrót sąsiadki" (cz. 91) >>

 
„Siedziałem”, to raczej niezbyt precyzyjne określenie, raczej na pół siedziałem opierając się biodrami o kamienną poręcz schodów wiodących do domu, a stopy o przeciwległą ścianę. Rozmawialiśmy o niczym, żartowaliśmy i wtedy na horyzoncie pojawiła się Węgierka wraz z nieodłącznym Alim. Szli obok siebie, Ali coś mówił, żywo przy tym gestykulując, a Węgierka kiwała potakująco głową. Kiedy zobaczyła nas, spuściła nisko głowę tak, że włosy zasłoniły jej prawie całą twarz. Nie zareagowali na chóralne „cześć”. Ali ją wyprzedził, tak, jakby chciał utorować jej drogę. Żeby jednak dostać się do domu, musiał najpierw wejść na schody i usunąć stamtąd przeszkodę w postaci mojej osoby, a ściślej moich odnóży wyciągniętych w poprzek schodów. Ruszył pewnie przed siebie, ale ja wcale nie miałem zamiaru ustępować, dopóki facet nie wypowie pewnej, grzecznościowej formułki, którą dobrze wychowany człowiek wypowiada w podobnych okolicznościach. Wiem, ktoś mógłby mi zwrócić uwagę, że dobrze wychowany człowiek zabrałby nogi bez zwracania uwagi, ale ta pewność siebie, z jaką parł Arab w moim kierunku, całkiem po prostu mnie zirytowała.
Stanął nade mną i czeka, Węgierka tymczasem opuściła głowę niemal do kostek i też czeka.
- Przepraszam - powiedziałem.
Arab spojrzał na mnie zagryzając wargi i postąpił stopień wyżej.
- Przepraszam - powtórzyłem.
Arab patrzył na mnie, zdezorientowany, jak kot z Monty Pythona.
- Powinieneś powiedzieć „przepraszam” - wyjaśniłem Arabowi cedząc słowa bardzo powoli. Ale Arab nadal nic nie kumał i gapił się na mnie jak na kosmitę.
Wolno zaciągając się papierosem patrzyłem spod oka na Węgierkę - zaczęła się telepać. „A telep się idiotko” - pomyślałem nie bez satysfakcji. Jej zachowanie, nie tylko dzisiejsze, zaczynało mnie już drażnić. Można mieć depresję, można marzyć o tym by zostać dyktatorem mody, można nawet być Węgierką, ale wypada odpowiadać na pozdrowienia, czy czasem powiedzieć „przepraszam” lub „dziękuję”. Mierząc go od stóp do głów zauważyłem, że miał na nogach obrzydliwie nowe, czerwone pumy.
Aha, to czerwone pudełko w pokoju Viktorii, to właśnie po nich.
- Powiesz „przepraszam”, czy nadal chcesz tak tkwić.
Spasował i wydusił z siebie, to długo oczekiwane przeze mnie słowo.
Leniwie podciągnąłem nogi robiąc im miejsce, pospiesznie wbiegli do domu.
- I tak się Arabów uczy kultury - stwierdził jeden z sąsiadów pociągając z puszki spory łyk piwa.
- To nie jest Arab, tylko jakiś pomieszany dziwoląg, Arabowie są kulturalni. Weź chociażby tego naszego Syryjczyka, nawet my Polacy moglibyśmy od niego uczyć się kultury - odpowiedział drugi sąsiad.
„Pedagogizacja” Araba odniosła pozytywny skutek, zaczął pierwszy mówić, a czasem nawet zapyta, czy wszystko w porządku. I bardzo dobrze. Węgierka zaś nadal zachowuje się tak, jak wcześniej. Pisząc o niej rzadko używam jej imienia, ale jakoś bardziej odpowiada mi „Węgierka” niż „Viktoria”, chyba że przestanie być taka antypatyczna. Pozostając jeszcze przy niej mam już pewność, że Arab u nie nocuje i wcześniej też u niej nocował. Tym dziwniejsze jest to codzienne, a właściwie conocne przesuwanie mebli. Zawsze w taki sam sposób. W jakimś celu muszą to robić do licha!
 
* * *
Nie cierpię przygotowań do wyjazdu, zawsze odkładam to na ostatnią chwilę. Tak było oczywiście i tym razem. Może byłoby inaczej, ale zawsze w przeddzień oraz w dniu wyjazdu dochodzi do różnych dziwnych wydarzeń - każde z nich z osobna nie jest niczym dziwnym, ale ich kumulacja właśnie w dniu wyjazdu jest zjawiskiem zdumiewającym. Dzień wcześniej przygotowałem sobie dokumenty niezbędne do podróży - portfel, w którym się znajdowały położyłem na widocznym miejscu, na biurku koło monitora. Specjalnie wybrałem popołudniowy lot, żeby mieć czas na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Niestety, w nocy dopadło mnie coś, co Niemcy określają mianem „reisefieber” - zasnąłem dopiero po kilku godzinach przewracania się z boku na bok. Ledwie zapadłem w objęcia Morfeusza, zadzwonił budzik. Zwlokłem swoją powłokę doczesną z łóżka i pierwsze, co stwierdziłem, to brak portfela na biurku. Panika, zimne poty i przekleństwa. Byłem pewien, że nikt nie wchodził w nocy do mojego pokoju w celu przywłaszczenia moich dokumentów, to moje roztargnienie, a brutalniej mówiąc skleroza. Pocieszające jest jedynie to, że zwapnienie mojego mózgu nie jest efektem zmian starczych, bo jak twierdzi moja matka, sklerozę mam od urodzenia. Podczas intensywnych poszukiwań czegoś co powinno być, a nie ma, przypomniał mi się pewien dowcip, choć wcale nie było mi do śmiechu:
Dziadek do wnuczka:
- Wnusiu, jak się nazywa ten Niemiec, co mi wszystko chowa?
- Alzheimer dziadku.
Czasem zdarza mi się zostawiać w kuchni klucze i portfel. Zazwyczaj dzieje się tak, kiedy wracam ze sklepu i przygotowuję coś do jedzenia. Spenetrowałem całą kuchnię, zaglądając również do lodówki, pralki oraz kosza na śmieci. Nigdzie. Z powrotem na górę, w łazience również nie natknąłem się na moją zgubę. Prawdę mówiąc nie byłem tym zbytnio zmartwiony, bo urlop, na który się wybierałem, nie był urlopem wypoczynkowym, lecz szpitalnym, więc żałować nie byłoby czego. Pokój po przeszukiwaniu wyglądał drastycznie. Do tego stopnia, że trudno byłoby znaleźć nie tylko portfel, lecz również biurko czy tapczan. Usiadłem zrezygnowany na krześle - przynajmniej wydawało mi się, że siadam. Jak się okazało, przesunąłem je wcześniej w inne miejsce. Nawet się zbytnio nie potłukłem, bo uderzyłem głową o miękką część tapczanu. I co z tego, że już byłem spakowany, skoro nadal nie miałem tego, co mi najbardziej do podróży potrzebne. Kopnąłem ze złością torbę i… wypadł z niej portfel. Już nie dochodziłem tego, jak on się tam znalazł, wytłumaczyłem sobie to istnieniem duchów. Duchy schowały mi klucze, które powiesiłem na wieszaku oraz ładowarkę baterii do aparatu, ale to już był najmniejszy problem - nic się nie stanie, jak drzwi zostawię otwarte, od czasu jak wyprowadzili się Rumuni przestało cokolwiek ginąć.
 
* * *
Londyn w niedzielę nie jest najlepszym miejscem do rozpoczynania podróży, nawet w środku dnia, bo o nocy nawet nie warto wspominać - metro nie jeździ w ogóle. Niby są autobusy, ale jeśli ktoś nie lubi przesiadek, to… może sobie nadal nie lubić, bo i tak jest na nie skazany. W niedzielę ja byłem tym skazańcem. Overground był łaskaw nie kursować - jakieś remonty i rozbudowa. W Internecie wyczytałem, że pociąg z Liverpool Street na lotnisko Stansted również jest uprzejmy nie kursować i zamiast niego podstawione są autobusy. Pierwszym etapem było więc dotarcie do Liverpool Street. W dzień poprzedni znalazłbym się tam w pół godziny, ale nie w niedzielę. Czekały mnie cztery przesiadki i żeby było weselej, w czterech miejscach, w których zazwyczaj mogłem kupić „travelkę”, akurat ich zabrakło - ponoć to pierwszy taki przypadek w nowożytnych dziejach dzielnicy Acton. W każdym ze sklepów właściciele Hindusi bezradnie rozkładali ręce. Zacząłem już podejrzewać ich o jakąś zmowę przeciwko białym i zastanawiałem się czy nie zgłosić tego policji, ale teraz miałem na głowie poważniejsze zmartwienia.
Sytuacja zmusiła mnie do czegoś, czego wręcz nie cierpię i - wstyd przyznać - nie bardzo potrafię. Chodzi o zakup biletu w automacie. Udałem się na przystanek autobusowy i tam, przełamując swój wstręt do urządzeń technicznych, po półgodzinnym zmaganiu się z bezduszną, ale jednak złośliwą maszyną, z biletem w ręku wsiadłem do autobusu. Zaliczyłem jeszcze trzy przesiadki, zanim dojechałem do Liverpool Street. Tam też nie czekało mnie nic dobrego. Okazało się bowiem, że nikt nie słyszał o żadnych autobusach na Stansted, podobnie jak nikt nie słyszał o „engeenering works” na interesującej mnie trasie. Świetnie. Zadałem sobie więc pytanie, które onegdaj zadał Lenin - „co robić”. Ruszyłem na stację kolejową z nadzieją, że może tam uzyskam jakieś informacje. I dobrze zrobiłem, ponieważ okazało się, że pociągi - wbrew informacji w Internecie - jednak jeżdżą i nie tylko na Stansted, ale wszędzie. To jednak nie koniec problemów - pech biletowy prześladował mnie nadal. Automaty były zepsute, a przed kasą kłębił się gęsty tłum, u konduktora - jak poinformował mnie spotkany na peronie kolejarz - też nie można było kupić biletu. Zdecydowałem, że pojadę na gapę, najwyżej zapłacę karę.
Do odjazdu pociągu pozostało około 20 minut, postanowiłem więc wykorzystać te kilka chwil na zainhalowanie się dymem tytoniowym. W tym celu udałem się na zewnątrz i przycupnąłem przy jakimś pomniku obleganym przez palaczy. Wypalenie dwóch papierosów zajęło mi 10 minut i w tym czasie zdążyłem poznać starą Filipinkę z Manili o imieniu Luz, która po pięciu minutach rozmowy zaproponowała mi małżeństwo. Dałem jej kosza, a odchodząc w kierunku stacji usłyszałem, jak molestuje jakiegoś innego faceta.
W pociągu poznałem dwie leciwe Francuzki, które były w Londynie po raz pierwszy w życiu. Stwierdziły, że nic tu ciekawego nie ma, że miasto przeraźliwie nudne, że byle francuska mieścina jest ciekawsza architektonicznie i dzieje się w niej więcej niż w stolicy Albionu. A z Paryżem, to już w ogóle Londyn równać się nie może. Trudno tak do końca się z nimi nie zgodzić. Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, przyszedł pan konduktor uprzejmie poprosił o bilet. Równie uprzejmie odpowiedziałem mu, że nie posiadam i gotów jestem zapłacić karę.
- A nie prościej kupić bilet? - zapytał. - Skoro stać cię na karę, która jest wyższa niż cena biletu, to na bilet stać cię tym bardziej.
I tym sposobem uniknąłem kary, albowiem wbrew temu co twierdził przygodny kolejarz, bilety u konduktora można kupić bez żadnego problemu.
 
Cdn.
 
Janusz Młynarski
 

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Ceny piwa w UK idą w górę - Pinta będzie droższa nawet o 71 p!

Ceny piwa w UK idą w górę - Pinta będzie droższa nawet o 71 p!

To zdecydowanie niedobra wiadomość dla wszystkich piwoszy – w ciągu następnych kilku miesięcy na Wyspach znacznie zdrożeje piwo. Podwyżki są nieuniknione, ponieważ tegoroczne upały wypaliły zboża.

Bliski koniec wątku rumuńskiego (cz. 40)

Bliski koniec wątku rumuńskiego (cz. 40)

Dlaczego wracam późno. Marina, jej boyfriend i karty. Karaluchy w standardzie. Nurkowanie w worach. Kokrołcz finiszd. Wisła Kraków - Polska dla Polaków.

Święta z głowy (cz. 59)

Święta z głowy (cz. 59)

Już wiem, dlaczego „kobiecy”. Święta z głowy. Jest kryzys, czy go nie ma? Kim są „Londyńczycy”? Za tydzień weselej.

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Toby postraszył białasa. Wypadek na konarze. Gdzie jesteś teraz moja skarpeto? Zaproszenie od Sabriny. Zdradzanie post mortem.

Majtki z blachy (cz. 27)

Majtki z blachy (cz. 27)

Odkurzacz połyka bieliznę. Gdzie jest przycisk. Majtki z blachy. Nie wiedziałem, że chodzisz w stringach. „Daily Mail” i Heather. Angielska babcia z polskim lotnikiem.

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

Jak sąsiad trafił w satelitę i nie spadł z dachu. Kemal poznaje historię Polski. Arab bije i dusi.

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Masakrowanie personaliów. Omar - rasista. Staszek nie bije słabszych. Ściany pełne gwoździ. Interwencja Romana. Wołodyjowski na czarno. Budki dla sępów na baobabach.

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Morze i miednica w miednicy. Komendantka Lucina. Jak rozjaśnić łazienkę i korytarz. Jazda po schodach na miednicy. Podstarzały kocur w akcji.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK