POLACY W UK

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Polish Express
Polish Express logo

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Polscy emigranci są mądrzy. Prawdziwego Anglika trudno spotkać. Inwazja Bośniaków. Parasolkowy atak. Masakra w „Poco Loco”. Pieczony nos. Kanapka z protezą. Islandzki gejzer zatokowy.

Poprzedni odcinek: Chamstwo nasze narodowe (cz. 8)

W każdą niedzielę koło południa przychodzę na kawę do coffe shopu „Poco Loco”. Bez względu na pogodę siadam na zewnątrz przy jednym z czterech stolików. Tu spotykam starych znajomych i poznaję nowych. O tej porze High Street na Acton, gdzie znajduje się kawiarnia, panuje spory ruch. Chodniki są zatłoczone ludźmi, którzy biegają po sklepach lub zwyczajnie spacerują. Podobnie było i tym razem.

Właśnie usiadłem przy stoliku, zamówiłem kawę i przyglądałem się ludziom, wyławiając z tłumu charakterystyczne postacie. Kilkanaście metrów ode mnie, koło budki telefonicznej, przechadzał się nerwowo jakiś mężczyzna, który niemal bez przerwy przeszukiwał swoje kieszenie. Zachowywał się tak, jakby coś zgubił. Zapalając papierosa straciłem go na moment z oczu, ale po chwili zobaczyłem go znów - stał przede mną i coś mówił, ale nic nie słyszałem, bo na ulicy panował okropny zgiełk. Kiedy ucichło poprosiłem, żeby powtórzył to, co ma do powiedzenia. Okazało się, że chciał kupić ode mnie papierosa. Dziwne, ponieważ obok był sklep, w którym mógł kupić całą paczkę. Na biednego też nie wyglądał - sama marynarka z czarnej, prążkowanej krepy musiała kosztować ze 300 funtów, podobnie jak spodnie z cienkiej popielatej flaneli czy buty. Za jedwabny, bordowy krawat musiał dać co najmniej osiem dych. Tacy faceci nie tylko mają na papierosy, ale posiadają w portfelach po kilkanaście kart kredytowych i raczej nie włóczą się na piechotę po niezbyt prestiżowych miejscach.

Poczęstowałem go papierosem, nie biorąc oczywiście żadnych pieniędzy. Kiedy usiadł koło mnie stwierdziłem, że dzień wcześniej musiał być zdecydowanie bardziej elegancki - przy bliższym przyjrzeniu się jego osobie uznałem bowiem, że nie tylko twarz, ale i garderobę ma nieźle wymiętą. Opowiedział mi, że był na jakimś przyjęciu, na którym się upił, a na dodatek pokłócił z gospodarzami i postanowił wrócić do domu. Nie ryzykował jazdy samochodem ze względu na swój stan i wyruszył na piechotę przysypiając, od czasu do czasu, na przystankach. W samochodzie zostawił portfel i telefon. Widząc, że obok stoją oparte moje kule zapytał, co się stało. Opowiedziałem mu o swoim wypadku, ten z kolei opowiedział mi o swoim, podobnym. Rozmowa potoczyła się żywo.

 

Okazało się, że Allan nie lubi emigrantów, szczególnie tych kolorowych. Do Polaków już się przekonał, bo poznał wielu mądrych ludzi znad Wisły, a poza tym Polacy walczyli o Anglię, w przeciwieństwie do innych. Allan jest producentem filmowym, tak przynajmniej wynikało z wizytówki, którą mi wręczył. Ma 56 lat, mieszka w apartamentowcu na Paddington, jest fanem Led Zeppelin, Pink Floyd i Erica Claptona. Sam też grywa na gitarze i fortepianie. Oznajmiłem mu, że ja również. Wyraźnie się ucieszył i powiedział, że zaprosi mnie do siebie, abyśmy sobie pomuzykowali. Ponarzekał na to, że Londyn jest nazbyt kosmopolityczny, że coraz trudniej spotkać prawdziwego Anglika, że mój angielski jest archaiczny, co prawda nie z czasów Ryszarda Lwie Serce, lecz z lat 50., że już się tak nie mówi, i że on będzie mnie uczył prawdziwego angielskiego. Wziął ode mnie numer telefonu i ruszył w dalszą drogę. To, co wydarzyło się za chwilę było rodem z burlesek Bustera Keatona, z tą różnicą, że Keatonów było dwóch.

Po odejściu Allana do mojego stolika przysiadła się dwójka starszych osobników, poruszających się - podobnie jak ja - o kulach. Mieli na głowie wysokie czapki z „misia”, podobne do tych, jakie noszą jeszcze chłopi w zapadłych, bośniackich wioskach. Różnili się jednak ode mnie tym, że nie tylko byli starsi, lecz również i tym, że cierpieli na jakieś schorzenie zaburzające koordynację ciała. Wykonywali mnóstwo dziwacznych ruchów, wyrzucając ręce to w bok, to w górę, wykręcali głowy, kiwając nimi na wszystkie strony. Towarzyszyły temu grymasy, jakby za każdym razem zjadali po całej cytrynie. Ponieważ nie wypuszczali z rąk swoich kul, toteż co jakiś czas któremuś z ludzi przechodzących obok dostawało się po plecach, po nogach, a nawet po głowie.

 

W pewnym momencie jedna z kul dostała się pomiędzy szprychy wózka dziecięcego, pchanego przez kobietę odzianą w burkę i z zasłoniętą twarzą. Niewiele brakowało, by z powodu zablokowanych kół wypadło z wózka dziecko. Reakcja kobiety była natychmiastowa - zaczęła okładać winowajców parasolką, przy okazji i mnie się trochę oberwało. Po tym incydencie owi dwaj inwalidzi, w nieznanym mi bełkotliwym narzeczu, zamówili kawę. I wtedy się zaczęło. Ten, który siedział bliżej mnie podnosząc filiżankę do ust wykonał nagle gwałtowny ruch i kawa, zamiast trafić tam gdzie powinna, wylała mu się na twarz. Pomimo tego pozostała ona kamienna. Niezrażony przykładał co jakiś czas filiżankę do ust, choć nic już w niej nie było. Jego towarzysz, kto wie czy nie brat, bo bardzo podobny z wyglądu, postanowił zapalić papierosa. Wyjmując paczkę z kieszeni uderzył ręką w chybotliwy stolik, co spowodowało, że również i jego filiżanka straciła swoją zawartość. Ten również nie przejął się tą stratą. Długo zmagał się z wyjęciem papierosa z paczki, którego konsekwentnie chciał włożyć do ust. Było to tym trudniejsze, że na rękach miał grube, sztywne rękawice, zdaje się, że narciarskie i wcale nie zamierzał ich zdjąć. Udało mu się wreszcie, więc zaczął szukać zapalniczki. Opis szukania zająłby kilka stron, więc pominę. Podałem mu ogień. Niestety, osobnik ów nagle się pochylił przez co, zamiast papierosa, podpaliłem mu nos, a już na pewno wszystkie włoski w prawej dziurce, albowiem jeszcze przed chwilą dość krzaczasto z niej wystawały. I tu znów zadziwiająca siła spokoju, zero reakcji. Facet tylko spojrzał na mnie i najpierw pokiwał głową potakująco, później twierdząco pomrugał i wykonał jakiś grymas, który równie dobrze mógł oznaczać uśmiech, jak i epitet na „ch”. Na koniec, patrząc na mnie, powiedział: „Buuuuuuuuuuu”. Zwróciłem uwagę, że obaj „Bośniacy” - tak ich nazwałem w myślach, jeśli już porozumiewają się między sobą, to zazwyczaj właśnie przy pomocy „buuuuu” i „ęęęęęęch”. Nie słyszałem żadnych niuansów intonacyjnych - każde „buczenie” i „ęczenie” było wypowiadane tym samym tonem. Przypomniałem sobie, że w identyczny sposób zamawiali kawę i - jak się za chwilę okaże - kanapki.

Przyniosła je kelnerka. Popatrzyła na stolik, powiedziała: „Masakra” i wróciła do swoich obowiązków. Tymczasem „Bośniak”, któremu spaliłem nos, wprowadził do jamy ustnej zbyt duży kęs i zaczął się krztusić. Wstałem i walnąłem go w plecy. Zrobiłem to chyba bez wyczucia albo kleje do protez zębowych, których on używał, nie były najwyższej jakości, bo na talerzu, obok drugiej kanapki, znalazła się górna, sztuczna szczęka „Bośniaka”. Należę do ludzi uczynnych, ale nie do tego stopnia, by pomagać innym w zakładaniu wypadających protez zębowych. Jakby tego było mało, właściciel sztucznych zębów solidnie kichnał, co sprawiło, że treść zatok nosowych, pozostająca dotychczas na miejscu, została wydalona gwałtownie na zewnątrz, niczym islandzkie wody geotermalne. Cztery korpulentne panie, które przystąpiły właśnie do konsumpcji steków z pieczonymi ziemniakami i zestawem sałatek, siedzące co prawda za szybą, ale jednak blisko nas, przetrzymały jeszcze tę szczękę, ale kichnięcia, a ściślej jego skutków, już nie. Wybiegły z lokalu pozostawiając na stoliku ledwie napoczęty lunch. Nie muszę dodawać, że wcześniej stoliki na zewnątrz również zostały opuszczone przez konsumentów. Ja, widząc eskalację wydalania przez organizm „Bośniaka” zbędnych treści, wyobraziłem sobie czegóż to jeszcze mógłby się pozbywać. Wolałem nie czekać. Wróciłem do domu, bez ochoty na jedzenie czegokolwiek. W korytarzu spotkałem Kamila, który powiedział mi... ale o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Janusz Młynarski

Następny odcinek: Tadek, Romek, Staszek i disco polo (cz. 10)


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

 

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK