ROZRYWKA

Pokój znikających spodni (cz. 24)

Polish ExpressPolish Express logo

Pokój znikających spodni (cz. 24)

Śniadanie w Libanie. Zupa okularowa. Paul się zmywa. Zadyma. Nie ma drobnych dla Victorii. Pokój znikających spodni.

Poprzedni odcinek: Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Idąc na zakupy do pobliskiego hipermarketu zawsze mijam libańską restaurację, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tam wstąpić, choć przecież przepadam za egzotycznymi potrawami. I właśnie w niedzielne przedpołudnie postanowiłem tam zajrzeć. Zaintrygowało mnie „traditional Lebanese breakfast”, czyli „tradycyjne libańskie śniadanie”. „Co też ci Libańczycy jadają o poranku” - myślałem.

Przede mną jakiś Anglik zamawiał tradycyjne śniadanie angielskie. „Ale idiota - pomyślałem - ma możliwość zjeść coś niezwykłego, a wpieprza te swoje jajka na bekonie i z fasolą. Ohyda”. Usiadłem sobie przy stoliku na zewnątrz. Nie czekałem długo, po chwili na moim stoliku kelner i - jak się okazało - właściciel restauracji w jednej osobie, postawił coś, co wyglądało identycznie, jak to, co zamówił Anglik. Dwa sadzone jajka, łyżka fasoli, kilka przysmażonych plasterków bekonu. Zanim ochłonąłem, facet zniknął. Zawołałem go i mówię, że to libańskie śniadanie niczym się nie różni od angielskiego. Zgodził się ze mną. Czyli to jest angielskie? Uprzejmie zaprzeczył i jeszcze uprzejmiej stwierdził, że to libańskie i poinformował, że w Libanie też jada się jajka, bekon i fasolę. Już miałem go oskarżyć o kłamstwo, bo przecież Arabowie nie jadają wieprzowiny, ale pewnie zaraz by mi odpowiedział, że katolicy też tam mieszkają i to właśnie oni jedzą bekon. No dobrze, więc może te jajka przynajmniej są libańskie? Nie. Bekon? Nie. Fasola? Nie. Talerz? Nie wiem. Łyżka? Być może. Chciałem pogadać z szefem o tym leceniu w... nie chcę mówić w co, ale okazało się, że to on jest szefem. A może Anglicy przywieźli tę potrawę z wypraw krzyżowych? Może to rzeczywiście jednak libańskie śniadanie. W menu była jeszcze „ryba po libańsku”. Byłem przekonany, że gdybym ją zamówił, postawiłby przede mną rybę z frytkami. Zamiast śniadania wypiłem dwie kawy w „Poco Loco”, gdzie wypaliłem jeszcze z pół paczki papierosów i wróciłem do domu zapominając o zakupach.

Pomidorowa na okularach

Spałem dwie godziny, a kiedy się obudziłem, postanowiłem zrobić sałatkę z ogórków, pomidorów i fety. Na kuchence stał duży, połyskujący stalą garnek i coś w nim bulgotało. Po zapachu i po garnku poznałem, że to Victoria coś gotuje.
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby do tego garnka zajrzeć. Gotowało się tam coś czerwonego i fioletowego i kiedy tak się pochylałem deliberując, co się w garnku warzy, wpadły mi do niego okulary. Dawno już miałem zanieść je do naprawy, bo są cholernie obluzowane. I masz ci los, nie miały kiedy mi spaść z nosa.

 

Chwyciłem jakąś chochlę i jakąś drewnianą łopatkę i kiedy już miałem te cholerne okulary wyjąć, weszła Victoria. Powiedziałem jej, że mieszam, żeby się nie przypaliło. Odpowiedziała, że się nie przypali, bo to jest bardzo rzadkie. „No to wychodź babo, bo mi się okulary rozgotują” - wrzeszczałem w myślach. Ale Victoria nie miała najmniejszego zamiaru. Przestałem mieszać. „A niech sobie zeżre te przeklęte okulary” - pomyślałem i już miałem wyjść z kuchni, kiedy wpadłem na pomysł, jak ją - przynajmniej na chwilę - wyciągnąć z kuchni.
- Chyba ktoś dzwoni do drzwi wejściowych - rzuciłem w jej kierunku.
- Chyba nie.
- Jednak tak.
- OK., pójdę i zobaczę.
I wyszła. Wtedy ja znów za chochlę i łopatkę i wyjąłem okulary. Kiedy wróciła, ja już opłukiwałem okulary pod strumieniem ciepłej wody.
- Wpadły ci okulary do mojej zupy?
- Nie.
Na pewno nie uwierzyła, ale nie szkodzi.

Paul się wyprowadza, Victoria zostaje

Ale to wszystko drobiazg. Pisałem wcześniej, że Paul się wyprowadza i Victoria również. Paul w lipcu, Victoria na dniach. Tymczasem okazuje się, że to Paul wyprowadza się na dniach, a Victoria w ogóle.
Paul od kilku dni przesiaduje w pokoju, prawie nie wychodzi. Kiedy spotkałem go w holu, zapytałem wprost dlaczego nigdzie nie wychodzi. Ano nie wychodzi, bo rzucił pracę i wyjeżdża na stałe do Francji. Już za kilka dni. Jego brat otworzył tam jakiś duży biznes i potrzebuje prawej ręki. Tą ręką będzie Paul. Ponadto tęskni za żoną i córkami.

Tym mnie o mało co nie zastrzelił. Jaka żona, jakie dzieci?! Przecież mieszkał tu z Polką przez rok i podobno miał wobec niej poważne plany. Byłem też ciekaw jak on, ortodoksyjny muzułmanin, mógł prowadzić podwójne życie. Paul stwierdził, że nie zdradzał swojej żony, bo jego kochanka nie była muzułmanką. Cha, cha, cha. Dobrze to sobie wymyślił. Zaprosił mnie do siebie i zaoferował laptop za 250 funtów. Dobra cena, bo kupił go dwa miesiące temu za 499. Chciał mi jeszcze sprzedać jakiegoś blendera, talerz anteny satelitarnej i jeszcze coś. Na szczęście nie miałem pieniędzy. Wróciłem do siebie z zamiarem dokończenia porządków i doszedłem do wniosku, że czas wyprasować kilka koszul, które czekają na to mniej więcej od listopada ub. roku. Zszedłem do Victorii pożyczyć żelazko i przy okazji powiedziałem jej, że Paul oddali się wcześniej niż zapowiadał. Victoria popatrzyła na mnie dziko i jak rakieta wystartowała na piętro gdzie mieszka Paul i ja. Słyszałem jak wpada do niego i krzyczy:
- Ty kłamco, mówiłeś, że dopiero w lipcu.
- Przysięgam, że nie wiedziałem wcześniej, miałem ci właśnie o tym powiedzieć.
W pierwszej chwili pomyślałem, że coś ich łączy, bo skoro Victoria tak ten wyjazd przeżywa... Ale okazało się, że nie. Chodziło o to bowiem, że Victoria zamiast wyprowadzać się na White City, mogłaby wskoczyć na jego miejsce. Siedziała u niego do drugiej w nocy. Następnego dnia to samo, a do tego biegała jak kot z pęcherzem tam i z powrotem nie wiadomo po jaką cholerę.

 

Dawaj 250 funtów albo drobne

Rano, jak zwykle przed pójściem do pracy piłem kawę w „Churchfield Caffe”. Już nie pamiętam nad czym się zamyśliłem, w każdym razie z odrętwienia wyrwał mnie głos Victorii.
- Cześć. Nie masz przypadkiem 250 funtów?
- Nie mam - odparłem zaskoczony.
- Chciałam odkupić laptopa od Paula, ale pieniądze będę miało dopiero w przyszłym tygodniu.
- Ja też.
Nawet gdybym miał, to bym jej nie pożyczył, bo Victoria jest zapominalska jeśli chodzi o kasę.
Wieczorem znów była u Paula. Rozmawiali ze dwie godziny. Nie wiem co załatwiła, bo zasnąłem.
Następnego dnia rano ktoś zapukał do moich drzwi. Nie chciało mi się wstawać, więc nie otworzyłem. Wtedy ten ktoś zaczął się tłuc do Paula, ale on też nie miał zamiaru podejść do drzwi. Znów do mnie. Zwlokłem się z łóżka. W drzwiach stała Victoria:
- Masz może funta? - zapytała.
Poszukałem tu i ówdzie. Miałem banknot pięciofuntowy i 50 pensów. Dałem jej tę drugą kwotę. Zapukała jeszcze raz do Paula. Ten co prawda otworzył, ale nie miał w ogóle drobnych. Poźniej było mi głupio, bo mogłem dać jej ten banknot, żeby rozmieniła.

Znów giną spodnie

Znowu jakieś jaja ze spodniami. Zginęły mi czarne sztruksy. Pamiętam, że powiesiłem je na fotelu. Nigdzie ich nie ma, nigdzie. Jak mogą zginąć spodnie na pięciu metrach kwadratowych? Wyszedłem na zewnątrz i przekopałem nawet worek na śmieci. To naprawdę idiotyczne. Mijają już trzy dni i nic. Podobnie głupio zniknął mi słownik, a też nie miał prawa. Skoro już o książkach mowa, to Paul robiąc porządki dał mi kilka książek, które zostały w spadku po jego dziewczynie Polce. „Biologia”, „Farmakologia”, „Londyn z bliska”, „Receptury”, „Ćwiczenie z j. angielskiego” i „Tematyczny słownik j. angielskiego”. Będzie co czytać w długie, zimowe wieczory.
W sumie to się cieszę, że Victoria będzie moją najbliższą sąsiadką. Nie będzie na pewno tak hałaśliwa jak Paul, no i jest od niego ładniejsza. Tylko to pożyczanie drobnych...

Janusz Młynarski
[email protected]

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Felieton: „Zibi” z ręką w nocniku

Felieton: „Zibi” z ręką w nocniku

Właśnie niedawno stadionowi bandyci (nie mylić z kibicami, ani pseudokibicami!) z Warszawy, podający się za fanów Legii, dopisali kolejny frapujący swą fabułą odcinek. Jednak są oni zaledwie odtwórcami...

Głupi Dżunio (cz. 42)

Głupi Dżunio (cz. 42)

Podłoga jak po procesji. Bracia Mroczkowie i Olvier Janiak w jednej osobie. Kto chce zabić Vioricę. Omar proponuje wspólny biznes. Zabiłaś swoje dziecko!

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

Lodówka mówi, że nie w Acapulco. Węgierskie żarcie w Meksyku. Wielkie zakupy. Faye, ale nie Dunaway. Racial abuse na High Street. „Polacy, czujcie się w UK, jak we własnym domu”. Kusząca propozycja.

Debil Markt – nie dla idiotów?

Debil Markt – nie dla idiotów?

Martwi mnie, a zarazem obrusza coś, co nazwałbym postępującym w narodzie naszych gospodarzy \"zautomatyzowaniem wstecznym\". O czym mówię? Ano o zwyczajnym odmóżdżeniu. Odmóżdżeniu, z jednej strony wymuszonym...

"Jak było z prostytutką, a jak ze szczurami" (cz. 82)

"Jak było z prostytutką, a jak ze szczurami" (cz. 82)

Torba z głową w środku. Płacz zza ściany. Dziewczyna zmienia szatę. Coraz mniej tajemnic.

„Little Madzia” przebiła „Big Brothera”

„Little Madzia” przebiła „Big Brothera”

Wielu z nas zapewne potwierdzi opinię, że telewizja schodzi ostatnio na psy. No bo padamy po robocie na sofę, włączamy plazmę w nadziei na dobrą rozrywkę, a tam kompletne dno!

Pech północno-wschodni (cz. 46)

Pech północno-wschodni (cz. 46)

Szmery bez powodu. Jak nie wypiłem 400 piw. Seminarium z picia i zagryzania. Bezzębna atrakcja. Komuna w londyńskim metrze. Ten kraj się kończy. Zniszczone karty. Czy Omar to talib?

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Nepalski nie na moją głowę (cz. 37)

Morze i miednica w miednicy. Komendantka Lucina. Jak rozjaśnić łazienkę i korytarz. Jazda po schodach na miednicy. Podstarzały kocur w akcji.

Tragedia w trzech aktach…

Tragedia w trzech aktach…

W zawodzie dziennikarza bywają takie dni, kiedy w głębi duszy profesjonalne traktowanie fachu łapie się za bary ze zwykłą ludzką wrażliwością. Gdy z jednej strony obowiązek nakazuje zasiąść do klawiatury,...

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Toby postraszył białasa. Wypadek na konarze. Gdzie jesteś teraz moja skarpeto? Zaproszenie od Sabriny. Zdradzanie post mortem.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK