ROZRYWKA

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Polish ExpressPolish Express logo

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia. Studia w pralni. Nagła ewakuacja Rumunów. Bumerang, czyli Viorica. Taniec mamuta. Sesja fotograficzna.

Poprzedni odcinek: Acton, handlowa pustynia (cz. 54) >>

Znów zdenerwował mnie landlord, czyli Omar i znów poszło o przeterminowany towar. Nie jadam białego chleba, chyba że nie mam już wyjścia. I właśnie nie miałem - brakowało mi sił, żeby późnym wieczorem iść do „Morrisona”, zrobiłem więc zakupy u Omara. Chleb, nawiasem mówiąc - polski, był całkiem nieźle spleśniały, ale odczułem to dopiero po zjedzeniu drugiej kromki, widocznie pierwsza nie była spleśniała. Odniosłem ten chleb zgłaszając pretensje do jego jakości. Omar odpowiedział, że pleśń w niczym nie przeszkadza i na dowód tego przyniósł mi ser pleśniowy.
- Ludzie to jedzą i bardzo im smakuje. Nikt nie narzeka - to była odpowiedź Omara na moją reklamację.
Swego czasu kupiłem u niego ogórki, które nazajutrz się rozpłynęły. Kiedy zjawiłem się u niego z pretensjami, poinformował mnie, że takie ogórki są najlepsze, bo wyszły z nich wszystkie chemikalia.

Wybrałem się do pralni, jako że pralka jest nadal nieczynna, w związku z czym oddałem się studiowaniu treści tabliczek na ścianie. Kiedyś, w Polsce, jeszcze za czasów komunistycznych, pełno było takich napisów. Były więc tabliczki z ostrzeżeniami, żeby m.in. nie pluć, a jeśli już pluć, to nie na podłogę tylko do spluwaczek, nie palić, nie siedzieć, nie fotografować, stać w kolejce, wchodzić na wezwanie lub że wstęp, tu czy tam, jest zabroniony itp.

W pralni przy Churchfield Road tabliczek z prośbami i groźbami było tak wiele, że nie było spod nich widać na jaki kolor pomalowane są ściany. Sporo więc było tabliczek informujących o tym, że w tym pomieszczeniu jest pralnia. Taki szyld na zewnątrz zapewne nikogo nie dziwi, ale wewnątrz? Chyba trudno pomylić miejsce, w którym widać pralki i to, że ludzie z nich korzystają, z cegielnią, sklepem spożywczym czy zakładem szewskim. Kolejne napisy informowały o tym, które pralki są małe, które średnie, a które duże. Może to i słusznie, bo gdyby nie te tabliczki, to klienci mogliby mylić małe z największymi. Naliczyłem też sporo napisów, które ostrzegały takich, co to np. gdzie indziej coś sobie wyprali, a tu przyszli tylko odwirować.
Gdy wróciłem do domu okazało się, że pralka już działa. Myślałem, że Omar się zlitował, wezwał fachowca. Ale tak nie było - to Sławek, sąsiad z parteru, ją naprawił. Chyba nie ma rzeczy, której nie potrafiłby zreperować.

 

„Romanian Internet Cafe”, na którą się zanosiło w moim pokoju, odeszła w inny byt. Dwa dni po tym wieczorze, kiedy to nawiedziła mnie cała rumuńska familia łącznie z niejakim Vladem, zobaczyłem przed drzwiami pokoju Luciny i Viorela całe stado różnych toreb, worków i walizek. Zza drzwi dobiegał rumuńskojęzyczny gwar. Zapukałem i wszedłem do środka. Było gęsto od papierosowego dymu i znajdowali się tam wszyscy Rumuni, jakich znam, z wyjątkiem Nicolae i Eleny Ceausescu oraz Vlada Draculi. Byłem ciekaw skąd te bagaże na korytarzu. Ano stąd, że Lucina z Viorelem się wyprowadzają, a to oznacza, że będę miał spokój z nimi i całą resztą. Znaleźli podobno jakiś pokój na Brent Cross, co prawda nieco droższy, ale dwa razy większy, o co zresztę nietrudno, ponieważ każdy pokój jest dwa razy większy od tego, w którym mieszkali dotychczas. Z kolei Viorica znalazła pracę, też gdzieś w tamtych okolicach, jako niańka, z zakwaterowaniem i wyżywieniem. Wpadłem w jakąś euforię, poczułem, że kocham wszystkich ludzi, a szczególnie naród pochodzący z terenów dawnej Dacji. Stałem się nagle przesadnie uczynny, próbując wynieść na zewnątrz jak najwięcej toreb w jak najkrótszym czasie. Przeprowadzka ta odkryła we mnie głęboko dotychczas skrywane pokłady czułości, bo nigdy nikogo tak czule nie żegnałem. Odjechali obiecując, że będą ze mną w stałym kontakcie, ale ja miałem nadzieję, że nie mówią prawdy i szybko o mnie zapomną.

Na górę wbiegłem z prędkością światła i pierwsze co zrobiłem, to wyrzuciłem do śmieci karty, z których wróżyłem Rumunkom. Posiedziałem chwilę w fotelu, po czym udałem się do sklepu z winami, który też mam naprzeciw. Znawcą win nie jestem, odróżniam jedynie czerwone od białego. Kupiłem jakieś kalifornijskie wino, oczywiście starałem się nie przepłacać. W smaku było całkiem niezłe, czyli dość mocne, albowiem przy wyborze zawsze najpierw kieruję się mocą trunku, a dopiero później całą mniej istotną resztą. Mogłem, rzecz jasna, kupić coś mocniejszego, ale chciałem tylko delikatnie podtrzymać ów stan euforii, który jeszcze trwał, natomiast po whisky euforia ta mogłaby się przerodzić w „subeuforię”.
Omar też wyglądał na szczęśliwego. Powiedział, że jeśli nawet nie będzie reflektantów na pokój zwolniony przez Lucinę i Viorela, to i tak straty będą mniejsze niż te, których doznawał za sprawą rumuńskiej pary i jej licznej familii.

Minęły dwa dni, podczas których nic szczególnego się nie wydarzyło, ale trzeciego dnia dziać się zaczęło - i to z nawiązką.
Najpierw zadzwonił telefon. Patrzę na wyświetlacz, to Viorica. Jeden sygnał i się wyłącza, i tak kilka razy. Niby to ja mam oddzwonić. Takiego wała! Ma do mnie sprawę, więc niech ona dzwoni. Wreszcie wysyła mi wiadomość. Pyta mnie o zdrowie i o to, czy jestem w domu, bo bardzo chce mnie zobaczyć. Myślę sobie: „Jak przyjdzie sama, to czemu nie?”. Odpisałem, że jestem w domu i że serdecznie zapraszam. Drzwi na dole zostawiłem otwarte, tak żebym nie musiał schodzić i wykonałem szybką kąpiel. Viorica przyszła sama. Przyjrzałem się jej dokładnie. Buzia nadal bardzo ładna, ale sylwetka już dawno przestała być wiotka. Zrobiła się pękata jak matrioszka, a biust, który i wcześniej był obfity, na tej obfitości jeszcze zyskał. Ubrała się w sweterek w kolorze purpurowym, który - choć nieco przyciasnawy - nawet jej pasował, jednak już dół prezentował się gorzej. Ale nieważne. Spytała, czy ma posprzątać, coś wyprać lub ugotować… Odpowiedziałem, że nie.

 

Mam w pokoju olbrzymie lustro, brakuje tylko poręczy, żeby pomieszczenie wyglądało jak mała sala do ćwiczeń baletowych. I właśnie przed tym lustrem stanęła Viorica przyjmując różne pozy. Poprosiła, żebym włączył jakąś muzykę. Puściłem The Cult, ale Viorica najwyraźniej nie gustowała w metalu, i to na dodatek heavy, i poprosiła o inną. Innej nie miałem, więc włączyłem radio. Na jakiejś stacji znalazłem coś dla discomaniaków i wtedy Viorica zaczęła szaleć na parkiecie. Gdyby zachowała figurę sprzed kilku miesięcy, byłoby na kogo i na co popatrzeć, ale jej podrygi przypominały taniec godowy mamuta. Tak ją wciągnął ten taniec, że zapomniała o bożym świecie a ja, żeby nie dostać ataku śmiechu, zająłem się czytaniem jakiejś gazety. Pomimo głośnej muzyki usłyszałem czyjeś kroki na schodach. Nie miałem wątpliwości, że nadchodzi Lucina albo Marica, albo obie. „Żeby tylko Viorel z Vladem nie przyszli” - przemknęło mi przez myśl i struchlały podszedłem do drzwi. Na szczęście była to tylko Lucina. Rzuciła kurtkę na fotel i poszła w ślady swojej siostry. Nie wiem skąd brały siły na to gibanie, ale tańczyły jeszcze ze dwie godziny. Próbowały mnie wciągnąć, powiedziałem jednak, że na trzeźwo nie tańczą.

Lucina oznajmiła, że musi na chwilę wyjść. Wróciła z butelką jakiegoś włoskiego sikacza i sześcioma piwami. Wino z piwem - niezły mikst. Wino miało korek zamiast zakrętki, lecz próba wepchnięcia do wewnątrz nie przyniosła pożądanego rezultatu. Przypomniałem sobie, że przecież mam scyzoryk z korkociągiem, śrubokrętem i być może nawet z piłą motorową. Kupiłem ów praktyczny przedmiot za niespełna funta w słynnym sklepie, w którym każda rzecz kosztuje właśnie tyle. Niestety, korkociąg się wyprostował i przyjął wygląd idealnie prostej szpili. Butelka alkoholu, której nie można otworzyć, u każdego normalnego człowieka powoduje nie lada stres. Nie zaprzeczam, że mnie on dotknął. Jednak prawdą jest też, co potwierdzi każdy psycholog, że stres działa również mobilizująco. To co wydarzyło się za chwilę świadczy o tym jak najdobitniej. Poszedłem po prostu na pierwsze piętro do sąsiada, pożyczyłem od niego elegancki, chromowany korkociąg i sikacza otworzyłem. Upić się nie upiłem, ale coś się musiało ze mną dziać, skoro zacząłem z nimi tańczyć. Przy okazji zrobiłem całkiem sporo zdjęć. Dziewczynom tak się spodobała ta sesja zdjęciowa, że zapowiedziały się na kolejną i to już następnego dnia. Niewykluczone, że w kolejnych odcinkach będzie można na nie popatrzeć.

Janusz Młynarski

Następny odcinek już za tydzień.

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Jak nie zdemolowałem ambasady" (cz.73)

"Jak nie zdemolowałem ambasady" (cz.73)

O tym jak nie zdemolowałem ambasady UK. Nie ma królowej, niech będzie sekretarz. Steven Mc Jakiś Tam. Mocne papiery, pewna wiza. Burak w samolocie. Jak poznałem Michaela Swana.

Pokój znikających spodni (cz. 24)

Pokój znikających spodni (cz. 24)

Śniadanie w Libanie. Zupa okularowa. Paul się zmywa. Zadyma. Nie ma drobnych dla Victorii. Pokój znikających spodni.

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Masakrowanie personaliów. Omar - rasista. Staszek nie bije słabszych. Ściany pełne gwoździ. Interwencja Romana. Wołodyjowski na czarno. Budki dla sępów na baobabach.

"Cześć kochanie" (cz. 80)

"Cześć kochanie" (cz. 80)

Polacy nie płacą. Rozbierająca wyobraźnia. Powrót Sandy. Zagadki węgierskiej ciąg dalszy. Po czym poznać morderców. Nie jestem szpiegiem. Dziewczyna już nie opuszcza głowy.

Wojna o garnek (cz. 31)

Wojna o garnek (cz. 31)

Ajn moment w łazience. Nowi w domu. Rumunia piękny kraj. Wojna o garnek. Nigeryjsko-polska Bonnie & Clyde. Podwyżki Omara.

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

Nudna Marion. „Wodnistooka” i jej udka. Czarujący Czarek.

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Hiszpan na zakręcie. Powrót ugodzonej torbą. Zcziembra borożo minto karota. Obiado de Espania. Gdzież Portugalczykom do takich imion. Co Juan ma wspólnego z saperem Wodiczką. Doda nie miałaby szans. Czy...

„Przyjaciel z Anglia” (cz.72)

„Przyjaciel z Anglia” (cz.72)

Zaproszenie od księżnej. Garnitur z pierwszej komunii. Pan Staszek i kolejka. Komu Gośka dała dupy. Rudzielec trzaska okienkiem. Co ma Roger do Marka. Odwiedził mnie mój „przyjaciel z Anglia”.

Kogo zrzucę ze schodów (cz. 51)

Kogo zrzucę ze schodów (cz. 51)

Kogo zrzucę ze schodów. Tajemnicza saszetka za biurkiem. „Bombay Bimbos”, czyli hinduskie porno. Długo po krótkich schodach. Spotkanie z torbą.

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord (cz. 21)

Landlord, podlandlord i podpodlandlord. Nieboszczyk w kuchni. Jeden z 323 języków. Brygada kuzynów. Mchy i porosty. Bez Victorii i bez Paula. Żyd, ale porządny. Internet z firmy „Cockney”....


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK