ROZRYWKA

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

Polish ExpressPolish Express logo

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

Zaproszenie do Bristolu. Nawet w Rosji się tak nie robi. Tajemniczy okrąglak na końcu mola. Witaj fortuno. Skąd wziąć worek na pieniądze. Ze spuszczoną głową, powoli. Co ma Bristol do Antarktydy.

Jak Maricn buty stracił (cz.75) >>

 

Miłość Rogera do Polski nieco osłabła kiedy poznał Nadię, młodą Rosjankę z Nowosybirska. Przyjechała do Oksfordu w ramach jakiejś wymiany międzynarodowej. Poznali się w jednym z pubów i od tego czasu Roger zaczął zaniedbywać naukę polskiego na rzecz języka naszego wielkiego sąsiada. W 1999 roku przeprowadzili się z Oksfordu do Bristolu, gdzie domy były o połowę tańsze. Roger zrezygnował z kariery paleontologa pomimo tego, że zrobił już doktorat. Zajęcie, które sobie znalazł, dawało nie mniej satysfakcji, a na pewno więcej pieniędzy - zaczął handlować używanymi książkami. Wyszukiwał je w antykwariatach, a później odsprzedawał je na targach znanych tu jako „book fairs”. Wyglądało to tak: Dwa lub trzy razy w tygodniu pakował wszystkie książki do samochodu, do tego składany regał i wyjeżdżał tam, gdzie akurat takie targi się odbywały. Minimalny zarobek to 1000 funtów tygodniowo, ale zdarzały się „złote strzały” - kiedyś kupił jakąś mapę z XVIII wieku, za którą zapłacił 70 funtów, a sprzedał ją za dwa tysiące. Takich strzałów miał więcej.
 
W 2000 roku przyjechałem na kilka miesięcy do Oksfordu i wtedy zadzwonił do mnie Roger. Zaprosił mnie na dwa tygodnie do siebie i powiedział, że po mnie przyjedzie. Kwiecień 2000 roku na Wyspach był tak potwornie zimny, że nie przypominam sobie, żebym zmarzł tak strasznie nawet zimą na Syberii, którą kilka razy w życiu odwiedziłem. Temperatura w Bristolu przekraczała co prawda zero stopni Celsjusza, ale wiał tak przeraźliwy wiatr, zacinał śnieg z deszczem, że nie szło wytrzymać. Do tego ta wilgoć, która przenikała nie tylko najcieplejszą odzież, lecz również skórę, aż do kości. Byłem tak przemarznięty, że nawet u Rogera w domu ubierałem na siebie wszystko co przywiozłem ze sobą. Tak więc miałem zazwyczaj na sobie dwa podkoszulki, sweter, marynarkę, kurtkę puchową i płaszcz, a i tak było mi zimno. Cieplej robiło mi się jedynie wówczas, kiedy przebywałem w living-roomie. Wówczas Nadia włączała gazowe ogrzewanie w kominku. Siadywaliśmy tam i wtedy zdarzało mi się zdjąć płaszcz. Tylko płaszcz, bo na zdjęcie reszty było za zimno. Od czasu do czasu do salonu wpadał Roger, który w pokoju na piętrze segregował książki i krzyczał: - O mój Boże, jaki tu upał i wyłączał ogrzewanie. Po jego wyjściu Nadia, choć nowosybirszczanka, ale marznąca podobnie jak ja, włączała ogrzewanie ponownie. Roger w ogóle zrobił się strasznie oszczędny. Wymyślił na przykład patent z termosem. Pewnego dnia stwierdził, że nie ma potrzeby gotować wody, jeśli ma się ochotę na herbatę czy kawę - wystarczy zagotować raz i przechowywać ją w termosie i stamtąd, w razie potrzby, ją brać. Miał też inny pomysł, który wybiliśmy mu z głowy. Stwierdził mianowicie, że nie ma potrzeby spłukiwać toalety po każdym skorzystaniu. Muszę przyznać, że zacząłem się wówczas poważnie zastanawiać, czy mój przyjaciel nie powinien skontaktować się z lekarzem bądź farmaceutą. Głównym argumentem, który odwiódł go od tego pomysłu było stwierdzenie Nadii, że tak to się nawet w Rosji nie robi.
 
Po kilku dniach zrobiło się znacznie cieplej, choć deszcz padał niemal bez przerwy. Właśnie obudziłem się, kiedy zapukał do mnie Roger. Spytał, czy mam ochotę wybrać się z nimi na rajd po antykwariatach. Miałem.
Odwiedziliśmy kilka w śródmieściu i Roger postanowił zajrzeć do jeszcze jednego, ale ten znajdował się w peryferyjnej dzielnicy, niedaleko morza. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ uwielbiam morze bez względu na pogodę. Ustaliliśmy, że spotkamy się za dwie godziny koło antykwariatu, w którym Roger z Nadią zamierzali poszperać. Morza, niestety, nie zobaczyłem, bo był akurat odpływ, ale zobaczyłem molo, a na jego końcu, na swoje nieszczęście - jak się niebawem okaże - jakiś duży, okrągły budynek. Choć molo było długie i zaczął wiać porywisty wiatr, który mógł mnie zeń z powodzeniem porwać, zdecydowałem, że zajrzę do owej budowli.
Ten okrąglak, jak się okazało, był wielkim salonem automatów do gier. W środku było pusto, poza kilkoma pracownikami w czarnych uniformach. Obszedłem sobie całą tę jaskinię hazardu, ale nic tu ciekawego nie znalazłem, tym bardziej, że grę na automatach uważałem za głupie i nudne zajęcie. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy zobaczyłem coś, co różniło się od pozostałych maszyn.
W przeszklonej gablocie ujrzałem pryzmę jednofuntówek ułożonych na metalowej platformie. Ta platforma poruszała się bardzo powoli - raz do przodu, raz do tyłu. Aż dziw brał, że te bezładnie poukładane monety, jedna na drugiej, nie runą. W gablocie znajdowały się wąskie otwory, akurat takie, że mieściła się w nich moneta jednofuntowa. Należało tak ją wrzucić, żeby trafić w piramidę monet. Jeśli się to udało, do szuflady poniżej wpadała garść, nieraz całkiem spora, jednofuntówek.
- To coś dla mnie - pomyślałem. - Te piramidy monet muszą runąć pod wpływem najlżejszego uderzenia.
Miałem rację, przynajmniej na początku. Wrzuciłem funta, a do szuflady wpadło dwadzieścia. Znów funt i znów kasa, tym razem osiem funtów, później 10, 14, 20, znów 20, a może trochę mniej, a później nic. Straciłem to, co wcześniej wygrałem i poszedłem do krupiera rozmienić dychę. Muszę dodać, że popełniłem potworny błąd biorąc ze sobą - z niewiadomych powodów - całą gotówkę, którą przywiozłem ze sobą do Bristolu. Było tego równe 300 funtów. Po chwili rozmieniałem drugą dychę. Przy trzeciej wpadło do szuflady siedem, ale straciłem to, plus następna dziesiątka. Przy kolejnej powiedziałem do krupiera, że rozmieniam po raz ostatni i koniec, ale on tylko machnął ręką i odpowiedział leniwie:
 
- Każdy tak mówi.
Co tu dużo gadać - straciłem wszystko, 300 funtów, a jeszcze godzinę temu zastanawiałem się, skąd wezmę torbę na tę kasę, którą wygram.
 
Przez molo szedłem ze spuszczoną głową, powoli, jak ten żołnierz z niemieckiej niewoli z wiersza Broniewskiego. A opuściłem ją niemal do kostek, kiedy zorientowałem się, że zabłądziłem. Na domiar złego zapomniałem jak nazywa się ten antykwariat i przy jakiej ulicy się znajduje. Nie pamiętałem też gdzie mieszka Roger, wiedziałem jedynie, że jest to jedna z przecznic ulicy mającej... 10 km długości! Mogłem zadzwonić do Rogera na komórkę. Mogłem! Niby jak, skoro nie miałem przy sobie swojej. Z budki? A niby za co?
Przeszedłem jakiś kilometr w nieznanym kierunku i podniosłem swój durny łeb, który zwisał gdzieś pomiędzy kolanami a stopami i zobaczyłem dwie budki telefoniczne stojące obok siebie. Poczułem się jak wycieńczony głodem facet, który w środku Antarktydy znalazł kontener z żywnością, zamknięty na solidne zamki. Zacząłem się rozglądać po okolicy w nadziei, że kogoś spotkam i poproszę o pomoc, to znaczy o 20 pensów na telefon. Żywej duszy! Do tego jeszcze wszystkie budynki w zasięgu wzroku wyglądały na opuszczone, ale nawet gdyby nie były, to nie odważyłbym się zapukać do kogoś i żebrać.
Wichura i deszcz stawały się coraz dotkliwsze, a żeby było jeszcze ciekawiej, to poryw wiatru urwał mi kaptur od kurtki, której - według sprzedawcy w sklepie żeglarskim - miało się nie imać nawet tsunami! Miałem wrażenie, że ten obrzydliwy wiatr wywiał mi przez uszy resztki mózgu. Desperacja, której uległem podsunęła mi kolejny pomysł - zapukam do jakiegoś domu, ale nie będę żebrał o dwudziestopensówkę, lecz poproszę o udostępnienie telefonu. Mieszkańcy jakby się zmówili, nikt nie otwierał. Miałem już dość, dygotałem z zimna wykonując ruchy, jak bym cierpiał na chorobę znaną pod nazwą „taniec św. Wita”. „Ogrzeję się w budce” - pomyślałem. Wszedłem do jednej z nich. Po chwili zastanowienia chwyciłem za słuchawkę zdając sobie sprawę, jak irracjonalne jest moje zachowanie, ale pomyślałem jednocześnie, że może jakimś cudem uda mi się dodzwonić... za darmo. Oczywiście nie udało się, ale na pulpicie zobaczyłem kilka zużytych kart. Miałem szczęście - na ostatniej były jeszcze jakieś impulsy. Roger bardzo się ucieszył i zapytał gdzie jestem. Pomyślałem, że to bardzo dobre pytanie, tyle, że nie znałem na nie odpowiedzi. Zapytać oczywiście też nie miałem kogo. I nagle widzę policjanta, który w czarnej kamizelce i białej koszulce z krótkim rękawem dumnie kroczy chodnikiem, przy którym stała „moja” budka. Zatrzymałem go, ale w tym momencie połączenie zostało przerwane. Dość chaotycznie opowiedziałem stróżowi prawa w czym rzecz. Policjant zadzwonił do Rogera, a ten po mnie przyjechał. Od tego czasu nie gram nawet w lotka.
 
Na tym kończę wątek wspomnieniowy i w kolejnym wydaniu o tym, co się przez dwa tygonie w „naszym angielskim domu” nazbierało.
 
Cdn.
 
 
Janusz Młynarski
 

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Pojędrnianie obwisłych policzków. Wory Luciny. Pięć lasek na tapczanie.

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

Na mojej ulicy jest wszystko. Czym zarzucają laseczki? Przełom w stosunkach polsko - węgierskich.

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

Na mojej ulicy jest wszystko. Czym zarzucają laseczki? Przełom w stosunkach polsko - węgierskich.

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

Rozmowa z Ahmedem. Czego ta Węgierka ode mnie chce? Fatygant, to Arab. Węgiersko-algierska Bonnie and Clyde. W strychowej pułapce. Nie do końca karabin.

Święta z głowy (cz. 59)

Święta z głowy (cz. 59)

Już wiem, dlaczego „kobiecy”. Święta z głowy. Jest kryzys, czy go nie ma? Kim są „Londyńczycy”? Za tydzień weselej.

Błoto na patelni (cz. 29)

Błoto na patelni (cz. 29)

Kulinarne zaćmienie mózgu. Czyje to uszy w barszczu? Jak odkurzać prysznicem. Smutna gęba narodowa. Betsy zamiast faceta.

Nienudnych świąt!

Nienudnych świąt!

Arab, grypa i bokserskie rękawice. Ahmed zakłada polski sklep. Konkurencja po polsku. To samolot, czy autobus? Jak mamusia Adrianka wychowywała.

Barachło za funta (cz. 33)

Barachło za funta (cz. 33)

Płonące karaluchy. Siedemset żabek. Fałszywe uśmiechy. Wyrzuty sumienia. Przezroczysta odzież Victorii. Szampan i afrykańskie kadzidła. Z kim sypia Lucina. Jak Turcy wygrali z Polakami. Dlaczego Anglicy...

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Pojędrnianie obwisłych policzków. Wory Luciny. Pięć lasek na tapczanie.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK