ROZRYWKA

Packing day (cz. 49)

Polish Express
Polish Express logo

Packing day (cz. 49)

„Packing day”. Stopa na blacie. Victoria z tasakiem w ręku. Rumunki w bieli. Skąd je na to stać? Prześpij się u mnie.

Poprzedni odcinek: Czołganie na tapczanie (cz. 48) >>

Druga połowa października, to nie najlepszy miesiąc na urlop, ani na Wyspach, ani w Polsce, ale z powodów - najogólniej mówiąc - medycznych, zmuszony byłem wybrać się właśnie w tym czasie. Dzień przed wylotem, około dziewiętnastej zszedłem do sklepu i poprosiłem Omara o podlewanie kwiatów w moim pokoju. Obiecał mi, że zadba o nie. Wracając wstąpiłem do kuchni i natknąłem się na Victorię, która - jak zwykle po powrocie z pracy - warzyła swoje afrykańskie potrawy. Miała na sobie bluzkę w kolorze starego złota i czarne dżinsy - wyglądała naprawdę cudownie. Usiadłem przy stole i wtedy wszedł do kuchni jeden z Pakistańczyków, od których roi się w „naszym angielskim domu”. Bardzo miły, grzeczny, zapytał oczywiście, jak się mamy, równie grzecznie odrzekliśmy, że świetnie i facet o trudnym do wymówienia, a jeszcze trudniejszym do zapamiętania imieniu, zaczął indagować Victorię, na temat jej wyprowadzki. Z rozmowy wynikło, że interesuje się tym, ponieważ ma ochotę na jej pokój, ale ona natychmiast mu odpaliła, że ja już wcześniej zgłosiłem chęć wprowadzenia się na jej miejsce. Pakistańczyk w trakcie rozmowy wydłubywał jakąś szarą substancję spomiędzy palców u nogi trudno było tego nie zauważyć, bo oparł inkryminowaną stopę o blat stołu, na którym niektórzy mieszkańcy spożywają posiłki. Victoria widząc to, wrzasnęła, żeby zabrał kończynę ze stołu, bo nie jest to właściwe miejsce do usuwania zanieczyszczeń. Pakistańczyk przestał dłubać, ale stopy ze stołu nie zabrał. Victoria patrzyła na niego trzymając w ręku jakiś tasak. W pewnym momencie zrobiła krok w jego kierunku. Ten widząc niebezpieczne narzędzie w jej ręku zerwał się i zniknął za drzwiami. Zdziwiona zapytała, co się stało? Wskazałem na tasak nadal tkwiący w jej dłoni. Zrozumiała i wybuchnęła swoim uroczym śmiechem.
- Wcale nie zamierzałam mu tej stopy odcinać - powiedziała nieprzerywając swojego „cha, cha, cha”.

Może i nie, ale z tego co wiem, to nie takie rzeczy wyprawiało się na Czarnym Lądzie. Pośmialiśmy się jeszcze chwilę i Victoria zaczęła mówić coś o przeprowadzce, ale nie dane było nam porozmawiać, bo w drzwiach frontowych zachrobotał klucz i niebawem weszły do kuchni Lucina i Marina. Obie w białych płaszczach z cieniutkiej, białej gabardyny, widać, że nie z „Primarku”, do tego czarne jedwabne apaszki, ciemne okulary (choć przecież późne październikowe wieczory nie bywają nazbyt słoneczne), na nogach eleganckie czarne kozaczki. Perfumy, których zapach unosił się wokół nich, też pochodziły raczej z górnej półki. Przywitały się ze mną wylewnie zapowiadając się na wróżby, ale Victoria szybko wybiła im to z głów informując, że jutro wyjeżdżam do Polski. Odetchnąłem z ulgą. Rumunki poszły do pokoju Viorela, ale ani jego, ani brata tam nie było. Dla Luciny i Mariny nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody, bo okazało się, że mają klucze. Weszły tam i w kuchni zapanował spokój.

 

- Landlord jest ślepy, głuchy i do tego głupi, one przychodzą tu sobie prać, gotować, kąpać się, a przecież my za to płacimy. Dziwne jest też to, że wczoraj się bili, a dzisiaj ona do niego przychodzi. Kompletnie bez ambicji. Victoria dziwiła się też skąd u Luciny i Mariny taka konfekcja skoro jedna z nich zarabia 100 a druga 140 funtów tygodniowo. Victoria zna się na ciuchach, bo pracuje w sklepie z damską konfekcją przy Oxford Street. Według niej każda z nich miała na sobie co najmniej po 400 funtów. To prawda. Dość prędko, bo już po dwóch tygodniach Viorica zmieniła tanią chińszczyznę na ubrania znacznie lepszej jakości. Każda z nich miała po dwa lub trzy nowe telefony, choć całkiem niedawno miały tylko jeden do spółki. Przypomniałem sobie, że kiedy pakowały się u mnie przed wyjazdem do Rumunii odzież, którą upychały do walizek była wyłącznie nowa - wszystkie ciuchy miały metki. Były to różnego rodzaju spodnie damskie, sukienki spódnice i kurtki. Kilka sztuk nie udało się zmieścić więc zostały u mnie. Powiedziałem
Victorii, że jej pokażę.

-Taka kurtka, to co najmniej 120 funtów, spodnie i sukienki od 40 do 80 funtów, dziwi mnie to, że w miejscu gdzie powinny być ceny nie ma nic, ale metki świadczą o tym, że to wszystko jest nowe i ze znanych firm - mówiła przeglądając to, co wyjmowałem z szafy. - Zejdź tam i zanieś im to, bo nie wiadomo skąd te rzeczy pochodzą.
Posłuchałem mojej sąsiadki i zniosłem to wszystko na dół, powiesiłem na klamce i zwiałem szybko na górę. Byłem już spakowany, pozostało mi tylko zrobienie porządku w pokoju. Kończyłem już, kiedy zapukała Victoria. Chciała się pożegnać, bo kiedy przyjadę, to już jej nie będzie. Dała mi swój nowy adres i numer telefonu. Nie obyło się również bez tego co popularnie określa się mianem pocałunków. Minęła jakaś krótka chwila i Victoria znów zapukała.
- Najlepiej zrobisz, jak pójdziesz spać do mnie - stwierdziła.

Muszę przyznać, że skamieniałem, jak żona Lota, ale tylko na chwilę, bo Victoria dodała zaraz, że na pewno przyjdą Rumunki i będą mnie nagabywać o wróżenie.
- Naprawdę tak będzie lepiej, przynajmniej się wyśpisz.
Pomyślałem, że gdybym rzeczywiście miał się do niej przenieść na tę noc, to o zasypianiu pomyślałbym na końcu. Tym bardziej, że wylatywałem dopiero późnym popołudniem, jednak o tym na wszelki wypadek jej nie powiedziałem.

Zgodziłem się na ową propozycję z udawanym wahaniem. Zanim jednak się do niej przeniosłem wyskoczyłem na chwilę do sklepu, a właściwie sklepów, bo najpierw kupiłem u Omara bukiet kwiatów, a w innym dwie butelki wina, jakieś australijskie „semi - dry”, ponieważ Victoria wytrawnych nie lubi.
- Miałem ci te kwiaty dać jutro, ale w tej sytuacji wręczam ci je dzisiaj - powiedziałem, gdy wróciłem. Było to bezczelne kłamstwo, bo wcale o niczym takim wcześniej nie myślałem. Victorię kwiaty bardzo ucieszyły, ale wino już mniej - nazajutrz musiała iść do pracy. Przekonałem ją jednak, dzięki czemu udało nam się nie spać całą noc, a rano okazało się, że moja prawie eks-sąsiadka ma być w pracy dopiero o 14.00.
Victoria - choć wcale o to nie zabiegałem obiecała, że będzie mnie odwiedzać, głównie w weekendy, ale nie tylko.

Janusz Młynarski

Kolejny odcinek juz za tydzień


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

Rozmowa z Ahmedem. Czego ta Węgierka ode mnie chce? Fatygant, to Arab. Węgiersko-algierska Bonnie and Clyde. W strychowej pułapce. Nie do końca karabin.

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

Jaki to język? Turkmenka u Turka. Poezja z łańcuchem i zimnym łokciem. Dlaczego Chorwaci nas nie lubią.

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15)

Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15)

Victoria zakłada restaurację. Polski bar w Nigerii. Przeżyć za 30 funtów miesięcznie. Jak wypiją, to pukają. Romek się skrada na czworaka. Boją się tego, co piszę. Sąsiad skacze jak piesek. Urodziny Chrisa....

Szczur z małpą na stole (cz. 18)

Szczur z małpą na stole (cz. 18)

Mieszane wspomnienia. Po telefonie. Międzynarodowa ekipa. Nieznośna ciężkość bytu. Brytyjscy farmaceuci przesadzają. Szczur z małpą na stole. Szklankę krwi proszę. Romek i ja tracimy apetyt.

Bezczelne Linie Lotnicze (cz. 35)

Bezczelne Linie Lotnicze (cz. 35)

BLL - Bezczelne Linie Lotnicze. Pech łazienkowy. O rany, mój aparat? Rosemary i ja. Wesoły samolot. Polska jest ładna. Demon ruchu.

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

Jaki to język? Turkmenka u Turka. Poezja z łańcuchem i zimnym łokciem. Dlaczego Chorwaci nas nie lubią.

"Cześć kochanie" (cz. 80)

"Cześć kochanie" (cz. 80)

Polacy nie płacą. Rozbierająca wyobraźnia. Powrót Sandy. Zagadki węgierskiej ciąg dalszy. Po czym poznać morderców. Nie jestem szpiegiem. Dziewczyna już nie opuszcza głowy.

Stacje pełne lodu i gwiazd (cz. 50)

Stacje pełne lodu i gwiazd (cz. 50)

Znów do Polski. Terapia przeciwwrzaskowa. Jak złowiłem trzymetrowego szczupaka. “Londyńczycy” - nic głupszego. Stacje pełne lodu i gwiazd. Porno w bankomacie.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK