ROZRYWKA

Nieskazitelni Polacy i Czech yeti (cz. 17)

Polish Express
Polish Express logo

Nieskazitelni Polacy i Czech yeti (cz. 17)

Victoria nie widzi przez ścianę. Co ona pieprzy? Za co matka pije? Nieskazitelni Polacy i Czech yeti.

Poprzedni odcinek: Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

W kuchni się świeciło, więc jako osobnik z natury ciekawski nie omieszkałem tam zajrzeć. Jeszcze dobrze nie wsadziłem głowy w drzwi, kiedy usłyszałem głos Victorii.
- Znów kłóciłam się z landlordem.
Myślałem, że mówi to do kogoś, kto razem z nią jest w kuchni, ale nie było nikogo. Uznałem, że coś z nią nie tak skoro sama do siebie mówi. Chyba że w jej rodzinnej Nigerii rozmowy z samym sobą i na dodatek glośne są na porządku dziennym. Cóż, co kraj to obyczaj.
- Mówiłam do ciebie. Wiedziałam, że to ty - powiedziała, kiedy wyraziłem zdziwienie, że mówi sama do siebie.
Wiedziała? A niby skąd? No tak, Czarny Ląd, czarna magia, szamani... Pewnie ma zdolności paranormalne i dlatego widzi przez ściany.
- Nie widzę przez ściany, tylko słyszałam jak kuśtykasz po schodach. Tylko ty tak chodzisz w tym domu.
No, przynajmniej chód mam oryginalny. Prawdę mówiąc wcale nie chciało mi się słuchać o żadnej kłótni, bo Victoria ma spięcia z Omarem co drugi dzień. Pewnie znów poszło o sprzątanie albo coś w tym rodzaju. Akurat właśnie nie. Victoria próbowała namówić Omara, by zgodził się na pobieranie opłat za czynsz co miesiąc, a nie co tydzień, jak dotychczas. Wyliczyła bowiem, że gdy płacimy co tydzień, wychodzi nam miesięcznie więcej niż gdybyśmy płacili raz w miesiącu. Rozumie ktoś coś z tego? Bo ja nie, ale nie polemizowałem, bo nigdy nie miałem umysłu przesadnie ścisłego.

- Co ona pieprzy! - to Kamil słysząc rozmowę wszedł do kuchni. Na szczęście, powiedział to po polsku, bo w innym przypadku znów mielibyśmy konflikt, tym razem polsko-nigeryjski. Za chwilę przeszedł na angielski i próbował Victorii wytłumaczyć, że to wszystko jedno czy płaci się co tydzień, czy co miesiąc - zawsze wyjdzie 320 funtów miesięcznie. Victoria upierała się przy swoim. Kamil machnąl ręką i wyszedł, ja również, obiecując Victorii, że sprawę przemyślę. Myślałem dość długo i uznałem, że Kamil ma rację. Na drugi dzień rano, kiedy zszedłem do kuchni, by wziąć mleko z lodówki, spotkałem tam Pawła, Kamila, Victorię i Omara. Wszyscy przekonywali ją, że zmiana częstotliwości opłat nie wpłynie na ostateczną sumę. Victoria spojrzała z nadzieją na mnie:

- Jeszcze nie sprawdziłem - skłamałem, z nadzieją, że sprawa się rozmydli i pójdzie w zapomnienie.
Po wypiciu kawy wyszedłem jak najszybciej z domu i udałem się na stację, pociąg nadjechał niemal natychmiast. W wagonach było pustawo. Naprzeciw mnie siedział jakiś starszy Hindus, a z drugiej strony jakiś wygolony na łyso osobnik w twarzowym dresie. Nie musiał się odzywać, bo i tak wiedziałem, że to rodak. Ale się odezwał. Nie do mnie lecz do telefonu. Na wszelki wypadek wyjąłem notes, a nuż facet powie coś ciekawego. Słucham i notuję.
Siema, to ja. I co z tym ch...? No widzisz k..., k...s pie...y. A ja k... wiedziałem, że on nas k... wyje... Dobra, no k..., zaraz k... co to ja k... się miałem zapytać? Za ch...a k...a nie pamiętam. No czekaj k...a, no widzisz, no ja k... pie... ładnie mnie k... poje...o. Acha już wiem k...,: czy matka dalej pije. Acha k..., dobrze, to powiedz jej k..., że ja już k... nie będę dzwonił albo ch..., nic jej nie mów. Pie... ją z góry na dół. Tak? Acha, to ch... jej w paszczę. Acha... acha, a za co ona pije? Acha... dobra ch... jej w mordę. Ty, k..., ty wiesz, że ja chyba przyjade gdzieś tak k... na maj. Nie k..., kurator mi się wczoraj skończył. Nie k... wczoraj. Jak mnie nie szukają k... za tamte sprawy, to przyjade k... na dwa dni, ale do Kielc k..., bo jak mnie k... szukają, to ja pie... iść znowu do kryminału. Dobra, kończę k..., bo mi się telefon coś je...e.

Nie mogę dać gwarancji, że spisałem wszystko dokładnie - mam na myśli przerywniki, bo prawdopodobnie było ich więcej.
Kiedy wieczorem znalazłem się w domu, natychmiast popędziłem - jeśli o moim kuśtykaniu można tak powiedzieć - do siebie na górę, nie zatrzymując się w żadnych kuchniach na żadne rozmowy. Chciałem obejrzeć na BBC 2 reportaż o polskich imigrantach. Gwarancją, że będzie ciekawie i obiektywnie była osoba Tima Samuelsa, reportera brzydzącego się tanią sensacją i zwalaniem całego zła, dziejącego się na Wyspach, na cudzoziemców. Muszę jednak mu zarzucić, że nie był on tak zupełnie obiektywny, bo obraz Polaków był zbyt nieskazitelny, co notabene bardzo mnie ucieszyło. Z reportażu wynikało, że jesteśmy pracowici, uczciwi, nie pijemy. I choć nie znamy angielskiego, potrafimy się dogadać i doskonale się adaptować w obcym dla siebie kręgu kulturowym. Pokazano Polaków ciężko pracujących na farmie, zadowolonych z zarobków - 2 tys. funtow miesięcznie i trochę zmartwionych, że nieprędko przyjdzie im wrócić do Polski, bo nie bardzo jest po co. Okazało się, że jesteśmy zafascynowani brytyjską kulturą, tolerancją i wielu z nas myśli o pozostaniu na stałe. Tymczasem po to, żeby temu zapobiec, przyjechał do Wielkiej Brytanii, a dokładniej do Peterborough, prezydent Gdańska. Zachęcał on tamtejszych Polaków, żeby wracali do kraju. Niestety, nie miał żadnych konkretnych argumentów, którymi mógłby poprzeć swoją propozycję. Podczas spotkania z rodakami usłyszał, że nikt nie zamierza wracać po to, by siedzieć na zasiłku lub pracować za siedemset czy tysiąc złotych. Tim Samuels mówił o Polsce, że to kraj, który szybko się rozwija, że zaczyna brakować rąk do pracy w niektórych zawodach, że ściągamy pracowników z zagranicy i że na budowach, farmach pracuje coraz więcej Ukraińców, Białorusinów, Chińczyków i Koreańczyków, że przyjedzie ich jeszcze więcej, bo Polska jest organizatorem Euro 2012.

Reporter odwiedził również Gdańsk pokazując czyste, zadbane miasto i normalnych ludzi. Bezlitosny był natomiast wobec swoich rodaków - pokazał brytyjskich meneli i dresiarzy, którzy pałętali się w okolicach Job Center w Peterborough, pociągających piwo z puszek i narzekających na Polaków, że zabierają im pracę. Okazało się, że nie jest to prawdą, bo pracy wcale nie brakuje, tylko panom Anglikom nie bardzo chce się pracować, bo ich zdaniem siedem funtów za godzinę to zbyt nędzny zarobek. Kiedy Tim wytknął im lenistwo usłyszał w odpowiedzi, że przez Polaków tamtejsi pracodawcy płacą mniej, że Polacy pracują za... pół funta na godzinę. Tymczasem, jak powiedział właściciel farmy, Brytyjczycy nigdy nie garnęli się do ciężkiej fizycznej pracy nawet gdy proponowano im wysokie zarobki i słusznie zauważył jeden z bohaterów reportażu - Polak -że przybysze z naszego kraju wypełniają jedynie pewną lukę - pracują tam, gdzie Brytyjczycy nie mają ochoty. Na koniec Samuels udał się do jednego z parków, gdzie trochę obdarty, zmenelały i nietrzeźwy facet leżał sobie pod krzaczkiem. Zadrżałem. No tak, polski pijaczyna i wszystko co do tej pory pokazano weźmie w łeb - każdy telewidz zapamięta tę ostatnią scenę - pijanego Polaka. Ale nie, tym menelem był akurat Czech. Powiedział, że jest mu w Anglii bardzo dobrze, po czym zgarnął kupę liści pod głowę i zasnał. Znalezienie pijanego Czecha to tak, jakby spotkać mitycznego yeti. Pijani Czesi bowiem występują jedynie w trylogii Jaroslava Haszka o dobrym wojaku Szwejku.

Janusz Młynarski

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Tadek, Romek, Staszek i disco polo (cz. 10)

Tadek, Romek, Staszek i disco polo (cz. 10)

Polskie demony w angielskim domu. „Stul pysk!”. Demony czy debile? Nowi lokatorzy. Pili codziennie, teraz co drugi. Tadek, Romek, Staszek i disco polo. Victoria się skarży. Kto nie mieszkał...

"Niegłodny, ale głodny" (cz. 74)

"Niegłodny, ale głodny" (cz. 74)

Niegłodny, ale głodny. Marian i polskie obyczaje ludowe. Jak kompromitowałem Polaków. Ile razy trzeba nas prosić? Nocna wyprawa Mariana. Silnik i maluch zamiast bankietu.

Głupi Dżunio (cz. 42)

Głupi Dżunio (cz. 42)

Podłoga jak po procesji. Bracia Mroczkowie i Olvier Janiak w jednej osobie. Kto chce zabić Vioricę. Omar proponuje wspólny biznes. Zabiłaś swoje dziecko!

Pożytki z palenia (cz. 44)

Pożytki z palenia (cz. 44)

Kumpel Daviesa i Coltrane’a. Jam session w 6&6. Przed Stańką i Urbaniakiem. Moja jamaszka. Dlaczego Victoria stuka w ścianę. Zaćwiczyć się na śmierć. Mike lubi bimber.

Wojna o garnek (cz. 31)

Wojna o garnek (cz. 31)

Ajn moment w łazience. Nowi w domu. Rumunia piękny kraj. Wojna o garnek. Nigeryjsko-polska Bonnie & Clyde. Podwyżki Omara.

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Laptop toaletowy. Trybuna na gwoździu. Psycholog, który nie słyszał o Freudzie. Z powodu kryzysu, pracy nie brakuje. Drugi koncert poranny.

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Przedlotniskowe obserwacje. Pół świni do kosza. Facet mnie obmacuje. Metalowe buty. Pijemy, bo nie można. Komitet powitalny. Sajgon w pokoju. Zagłada insektów. Czas na zmiany.

Pranie w Pakistanie (cz. 53)

Pranie w Pakistanie (cz. 53)

Pranie w Pakistanie. Co mają oczy do pośladków. Zaskakujące odwiedziny. Jak kupiłem Vioricy jednego buta.

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia. Studia w pralni. Nagła ewakuacja Rumunów. Bumerang, czyli Viorica. Taniec mamuta. Sesja fotograficzna.

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Masakrowanie personaliów. Omar - rasista. Staszek nie bije słabszych. Ściany pełne gwoździ. Interwencja Romana. Wołodyjowski na czarno. Budki dla sępów na baobabach.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK