STYL ŻYCIA

Niepijąca „sekta” (cz.67)

Polish Express
Polish Express logo

Niepijąca „sekta” (cz.67)

Za dużo słów na „f”. Jak zostałem wujkiem. Kim jest Toby i reszta? Wyzwolenie z „blantem”. Czy lubicie szmaty na głowach? Nawróciłbym, ale te dzieci...

Sabrina zadzwoni jeszcze (cz. 66) >>

Od jakiegoś czasu długie i wąskie podwórze naszego domu zostało przykryte czymś w rodzaju estakady. Górą, czyli po dachu, robotnicy wywożą gruz z pobliskiej budowy, a właściwie rozbiórki. Na samym końcu zadaszonego podwórza, zawsze w godzinach przedpołudniowych, zbiera się grupka kilku osób, w tym małych dzieci. Prawdę mówiąc nie interesowałem się tym, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że nie piją tam alkoholu. No bo jaki to sens spotykać się w takim miejscu, żeby nie pić.

Czy  to sekta jakaś?

Gdyby to byli Anglicy, to położyłbym to na karb ich wrodzonych inklinacji do bycia ekscentrycznym (tak jak, na przykład, chodzenie w japonkach po śniegu). Towarzystwo nie jest jednak białe, w każdym razie na pewno nie w kolorze bladym. Składa się z jednego mężczyzny barwy czarnej oraz czterech osobniczek w kolorze oliwkowym okutanych chustami na sposób muzułmański. Do tego stroje takie, jak noszą kobiety w Pakistanie lub Afganistanie, czyli coś w rodzaju spodni w kolorze morskim lub liliowym i takież, sięgające kolan tuniki. W pierwszej chwili uznałem, że może są to jacyś islamscy schizmatycy, którzy chcą się oderwać od wielkiej rodziny wyznawców Mahometa i omawiają sposób przeprowadzenia reform. Szybko jednak te przypuszczenia porzuciłem, ponieważ zbyt często padały tam słowa w rodzaju „f***k”, oraz „f***ing”. Mógł to być oczywiście podszyty emocjami dialog na temat prokreacji, ale mam pewność, że nie był. Z tego co podsłuchałem, dyskusja dotyczyła benefitów. Że za niskie oczywiście. Jakoś nie przyszło im do głowy, żeby pójść do pracy i mieć więcej kasy. Ale to nie mój problem, lecz Brytyjskiej Partii Narodowej i rządu JKM.

Wujek „Dżanusz”

Uczestnicy podwórkowych obrad pozdrawiają mnie już jak starego znajomego, a pałętające się tam dzieci z niewiadomych powodów wołają do mnie „uncle”. Nie lubię się zbytnio z nikim spokrewniać, ale to „wujostwo” tak mi utkwiło we łbie, że pewnego dnia zapomniałem się i kupiłem im jakieś batony oraz cukierki. Reakcja dzieciaków była niesamowita, tak się cieszyli, jakbym przyciągnął im wagon złota. W sumie spodobało mi się takie docenianie drobiazgów. Prosili mnie do siebie, ale wymówiłem się pośpiechem.

 

Pić nie piją, ale...

Godzinę później wyszedłem do sklepu kupić mąkę kukurydzianą i zapytałem Omara, kim są ci ludzie, zastrzegając, że to nie Polacy, którzy są normalni i w takich miejscach piją. Omar powiedział, że nie wie kim są, ale wie co oni tam robią. A co niby? Ano narkotyzują się.
- Tak przy dzieciach?
- Przy dzieciach - potwierdził Omar nie kryjąc oburzenia i obrzydzenia. - A nie mogę ich przegonić, bo to już nie mój teren.
Wracałem z zakupami nie zapominając o batonach i pomarańczach dla dzieciaków. Tym razem skorzystałem z ich zaproszenia i podszedłem do nich. Przedstawiłem się, oni też, ale zapamiętałem tylko imię Murzyna - Tobias („mów mi Toby”). Kobiety miały jakieś trudne, więc przyswoić nie mogłem, ale buzie miały prześliczne, jak niemal wszystkie dziewczyny z tamtych stron.
Zauważyłem, że wszystkie paliły. I to nie tylko tytoń. Toby właśnie zgrabnie nabił krótką, pękatą fajeczkę, rozbuchał i podał ją mnie. Odmówiłem, ale dziewczyny nie. Pochłaniały „chmury” fachowo, jak stare blanciary. Toby się trochę zdziwił, ale wytłumaczyłem mu, że częstowanie mnie haszem to marnotrawstwo. Próbowałem wielokrotnie i nic. Zawsze zazdrościłem tym, którzy czuli to i owo, widzieli głębiej, słyszeli wyraźniej, tworzyli ciekawej albo przynajmniej się zamroczyli. Ze mną nic się nigdy nie działo, poza tym, że czasem robiłem się senny. Ale może akurat było niskie ciśnienie atmosferyczne? Wyjaśnienie było wystarczające. Toby wyraził tylko wątpliwość, czy aby towar, którego próbowałem, nie był jakiś badziewiasty. Odpowiedziałem, że na wszystkich działał, tylko nie na mnie. Popatrzył na mnie z podziwem.

Jamajczyk i Pakistanki

Spędziłem z nimi około dwóch godzin i dowiedziałem się, że Toby jest Jamajczykiem, a one Pakistankami i muzułmankami, ale wcale nie chcą nimi być. To znaczy muzułmankami. I nie wiedzą co zrobić, żeby nie być. Toby nie jest muzułmaninem i chciałby jakoś dziewczynom pomóc wyjść z tego, ale też nie wie jak.
Dola muzułmańskich kobiet jest jednak okropna i niech nikt mi nie mówi, że jest odwrotnie. To po prostu usankcjonowane religią ubezwłasnowolnienie. Ta permanentna zależność od mężczyzny, pękaty kodeks ograniczeń, sankcji. Nie rozumiem, dlaczego to znoszą. Zapytałem jednej z nich, czy lubi nosić tę szmatę na głowie.

- Jak jest bardzo zimno - odpowiedziała.

 

Nienawidzą tych okryć, chcą się ubierać jak inne kobiety. Zazdroszczą im, że mogą odsłaniać włosy, nogi, brzuchy, pokazywać dekolty.

- Ale w Pakistanie chyba nie ma takich problemów - nie raz, nie dwa widywałem w telewizji, że kobiety chodzą tam ubrane po europejsku.

- Tylko w dużych miastach, a i to nie wszystkie.

Kobiety wszędzie są takie same

Kiedyś koleżanka, która jest pół-Arabką przekonywała mnie, że muzułmańskie kobiety pasjami wręcz uwielbiają się zasłaniać i ubierać w jakieś dziwne stroje. Jednak choć sama bardziej czuje się Arabką niż Polką, nie owija się w bele materiału, a wprost przeciwnie, i jest przy tym osobą na każdym kroku wytykającą mężczyznom ich szowinizm i chęć dominacji nad kobietami. Próbowałem jej udowodnić, że nie ma racji, wskazując, iż wiele pań z krajów islamu robi co może, by swoje stroje choć trochę „odmuzułmanić”. Ubierają więc buty na wysokim obcasie, spodnie o modnym kroju i dopasowane do ciała tuniki, niejednokrotnie malują się wyzywająco. Gdyby odpowiadało im motanie się w tkaniny, to nie próbowałyby się z nich wymotać. Zawsze w odpowiedzi słyszałem, że nie jestem muzułmańską kobietą, więc nie mogę wiedzieć co one czują i co lubią. A ja uważam, że kobiety bez względu na kraj pochodzenia i religię są do siebie podobne. Prawdę mówiąc to chętnie bym je przyjął pod swój dach i zajął się ich konwersją, tylko te dzieci - nawet benefity nie przekonałyby mnie.
Towarzystwo zadomowiło się chyba już tam na dobre, bo nawet swój kącik umeblowało. Jest mały, odrapany stolik i pięć ogrodowych krzeseł. I w ten oto sposób – niepostrzeżenie - w ciemnym zaułku powstaje mały tygielek kulturowy - jamajsko-pakistańsko-polski.

Cdn.

Janusz Młynarski

Sabrina zadzwoni jeszcze (cz. 66) >>

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK