ROZRYWKA

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

Polish ExpressPolish Express logo

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

Do trzech rozpłynięć sztuka. Sny się sprawdzają. O Neilu, który nie lubi Francuzów. Po co mi dziecinne łóżeczko. Co jest niedobre dla Kemala i dla mnie. Sąsiadka mężatka? Gdzie jest klucz? Tajemnica węgierskiej szafy.

„Brzydal” chyba wyzdrowiał, bo już przestał smarować się tym białym mazidłem. To nie była kacza grypa, lecz - jak się okazało - ospa, na szczęście wietrzna. W każdym razie lepsza wietrzna niż czarna. A Węgierka zniknęła mi jeszcze dwukrotnie. Wyszła ze swojego pokoju i piętro niżej się
ROZPŁYNĘŁA! Mogłem przegapić jej wyjście raz, ale na pewno nie dwa razy.
* * *
Tradycyjna kawa, tradycyjnie u Kemala, tradycyjnie już trzecia. Przysiadł się do mnie rudawy, lekko piegowaty mężczyzna, na oko około sześćdziesiątki. Wyszedł na zewnątrz zapalić papierosa.
- Tam gorąco, tu gorąco. Nie wiem, jak te dziewczyny wytrzymują w tej kuchni.
No tak, ta sobota rzeczywiście była diabelnie upalna - przyokienny termometr pokazywał
43 stopnie Celsjusza, ale okno mam w dachu, więc może poza dachem było o kilka stopni mniej. Noc poprzedzająca ten upalny dzień była bardzo ciepła, a w moim pokoju na poddaszu była jeszcze cieplejsza - okno w dachu robi jednak swoje. Nic dziwnego, że śnił mi się wiatrak - bielutki, błyszczący z siateczką ochronną. Obracał się dostojnie i mile chłodził spocone ciało. Niestety, to był tylko sen. Obudziłem się, było potwornie duszno, a do tego jeszcze łamanie w kościach i nerwówka - to niechybny znak, że jeszcze dziś pogoda znacznie się pogorszy. Łyknąłem garść jakichś paracetamoli (chyba, bo w szufladzie z lekami walają się różne podobne do siebie tabletki) i łamanie ustąpiło. Niestety. za pomocą tego leku nie można uczynić powietrza chłodniejszym. Wszedłem pod prysznic i puściłem zimną wodę, która akurat była ciepła - widać rury nagrzały się od tych upałów, ulgi więc żadnej. Była czwarta nad ranem, ptaszki świergoliły, jakieś pijane laski się wyzywały: „It’s no mine fu***ing problem! It’s your fu***ing problem, you f***ing bitch! ”. Kwestia wygłoszona przez pijaną imprezowiczkę uświadomiła mi, że nie tylko ja mam problemy.
Mój „fu***ing problem” rozwiązałem o godzinie dziewiątej rano, kiedy za 12 funtów zakupiłem wiatraczek. Dokładnie taki, jaki widziałem we śnie. Nie obyło się oczywiście bez przygód. Okazało się, że w portfelu nie tylko nie ma gotówki, lecz również kart. Przeprosiłem pana kasjera i powiedziałem, że zjawię się za 15 minut, tylko skoczę do domu po kartę. Przekopałem cały pokój. I nic. Zgubiłem, ale kiedy i gdzie? W piątek przecież nie wychodziłem z domu dalej niż do sklepu Omara. No właśnie, do sklepu...
Oczywiście zostawiłem je wczoraj na ladzie.
- Wołałem cię, ale ty popędziłeś za tą dupiastą Janet.
Bez przesady, wcale nie pogoniłem, lecz wyszedłem szybkim krokiem. Janet, to wysoka, „właściwie” zbudowana blondynka mieszkająca w sąsiedztwie. Ubiera się w jakieś prześwitujące ciuchy i wszyscy faceci się na nią gapią. To prawda, tak się złożyło, że wyszedłem zaraz za nią, ale nie z jej powodu - pieniądze są dla mnie ważniejsze niż kobiety! Zabrałem karty i popędziłem do sklepu po wiatrak, nie tylko wiatrak zresztą, bo przy okazji kupiłem sobie leżak i dwa duże ręczniki kąpielowe (a czy są „duże ręczniki niekąpielowe?”). Jakkolwiek ręczniki okazały się ręcznikami, tak leżak, niestety, okazał się czymś zupełnie innym. Na przedmiocie tym, lub raczej w nim, można było leżeć pod warunkiem, że jest się noworodkiem, lub - co najwyżej - niemowlęciem. Było to dziecinne, składane łożeczko kempingowe. Odniosłem i wziąłem leżak, który tym razem okazał się krzesłem wędkarskim, ale na kolejną wizytę w sklepie już się nie zdecydowałem, zresztą krzesło, to prawie leżak.
Rudawy facet zapytał mnie, czy przypadkiem nie jestem Francuzem, czemu żarliwie zaprzeczyłem. Gość wyraźnie się ucieszył, a jeszcze bardziej się uradował kiedy powiedziałem mu, że jestem Polakiem. Neil jest Szkotem, mieszka na Stratford, ale co sobotę pojawia się na Acton, bo tu mieszka jego syn. Wpada na chwilę i razem wychodzą na lancz do kawiarni Kemala. Nie rozumiem, jak w taki upał można jeść „full English lunch” (dokładnie to samo, co „full English breakfast”), ale tej uwagi nie wypowiedziałem głośno. Neil był bardzo miły. Mówił, że pracuje z Polakami i bardzo ich lubi. Ma kumpla Polaka, Zibiego. Neil powiedział mi, że kiedy mieszkał w Szkocji (do Londynu przeprowadził się 25 lat temu), poznał wielu polskich weteranów II wojny światowej, głównie spadochroniarzy gen. Sosabowskiego. Jeden z nich był sąsiadem Neila. Generał Stanisław Sosabowski, to ktoś kogo uwielbiam. Okazało się, że Neilowi też doskoanle znana jest ta postać i to nie tylko z filmu „ One Brigde to Far”. Fajnie mi się z nim rozmawiało i umówiliśmy się na następną sobotę. Neil sobie poszedł, ale nie siedziałem zbyt długo sam, bo na papierosa wyszedł Kemal. Usiadł koło mnie i zaczął narzekać na upał. Nie trwało to jednak długo, bo nadeszła Węgierka. Kemal zrecenzował ją krótko, po męsku, koncentrując się na tzw. drugorzędnych cechach płciowych. Przytaknąłem i poinformowałem go, że Węgierka ma chłopaka.
- I to jest niedobre dla nas - stwierdził Kemal.
- Dla nas ??? - wyraziłem zdziwienie.
- Tak, bo ona też mi się podoba.
„Chyba nie masz szans” - pomyślałem patrząc na jego krępą postać i grube, krzywe nogi. „Ten jej koleś przynajmniej jest chudszy, ale i tak nie umywa się do mnie” - kontynuowałem w myślach. Głupia ta Węgierka - mając takiego sąsiada prowadza się z jakimś nażelowanym głupkiem. Aha, zauważyłem, że facet jest „trendy”, bo chodzi w koszulce polo z postawionym kołnierzem - albo ogląda „Eastenders”, albo zna kogoś kto ogląda i ten ktoś mu powiedział, że tam tak się noszą (o właśnie wyszedł z pokoju i gapił się na mnie, a ja udawałem, że jestem zajęty pisaniem - obyś już tu nie wrócił !).
No, ale ja się rozgadałem, a tymczasem wszyscy chcą wiedzieć, czy w „kwestii węgierskiej” wydarzyło się coś nowego? Ano wydarzyło się. Kilka dni temu, koło południa, wyszedłem z pokoju łapiąc kurs na łazienkę i wtedy zobaczyłem, że pod drzwiami sąsiadki leży koperta. Było to pismo z banku lub jakiejś innej, niesympatyczej instytucji. To już było coś, przynajmniej poznam jej imię i nazwisko, a wtedy powrzucam tu i ówdzie i dowiem się któż ona zacz. Podniosłem przesyłkę, patrzę: V. Hoka. Przypomniałem sobie, że kiedyś przyszło pismo na: „Violetta Sche...” - pamiętam tylko początek tego nazwiska. Skojarzyłem wówczas, że to chyba do tej Węgierki. Nic więc dziwnego, że „v” uznałem za pierwszą literę jej imienia, no i jeszcze fakt, że list leżał pod jej drzwiami. No tak, ale to nazwisko: Hoka - wcale się nie zagadza z tamtym. I wtedy przyszła mi do głowy myśl - przyznam - nieprzyjemna, taka mianowicie, że moja sąsiadka wyszła za mąż za tego „Żela”. Poguglowałem trochę za tym „Hoką”, ale nic. Próbowałem sobie przypomnieć to nazwisko panieńskie na „Sche”, ale za Chiny nie dało rady. Przepadło.
* * *
Wieczorem, kiedy Węgierka wróciła z pracy, podałem jej list, który położyłem wcześniej na parapecie okna w korytarzu (o, teraz Węgierka wyszła do łazienki w przezroczystej piżamie, a „Żel” jak poszedł, tak jeszcze nie wrócił). Wzięła kopertę do ręki, popatrzyła i powiedziała: - To nie do mnie, to nie jest moje nazwisko.
Hurra! - krzyknąłem w myślach. - Ten facet nie jest jej mężem!
Zadzwoniłem do brata podzielić się z nim tą radosną dla mnie nowiną, ale on wylał mi na łeb wiadro niezbyt ciepłej cieczy.
- Niekoniecznie, to Sche... coś tam, może być właśnie po mężu, albo mogła pozostać przy swoim nazwisku.
Mogła, ale ja jednak pozostałem przy swojej wersji.
Następnego dnia, Węgierka pojawiła się w domu około osiemnastej. Wraz z nią na górę wszedł Ahmed, który otworzył jej drzwi do pokoju. Przez ścianę słyszałem zaledwie strzępki rozmowy. Ahmed mówił, żeby się nie bała, że nic jej nie zginie, że tu mieszkają uczciwi ludzie, ona z kolei, że nie ma pieniędzy, że na coś ją nie stać, ale na co, to niestety, nie usłyszałem. Gdy Ahmed opuścił pokój Węgierki dogoniłem go i zapytałem co się stało, a on mi na to, że Węgierka zgubiła klucze od pokoju.
- Niech sobie dorobi duplikat - błysnąłem intelignecją.
- Mówi, że nie ma na to pieniędzy i boi się, że jak ktoś znajdzie klucze, to może dostać się do jej pokoju i ją okraść.
Dwie godziny później zaczepił mnie jej „picuś” i zapytał, czy nie znalazłem klucza. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie. Wówczas on poprosił mnie, żebym zapytał pozostałych lokatorów.
- Gdybym to ja zgubił, to bym się zapytał. Nie możesz sam tego zrobić?
- Ale to są twoi znajomi.
Popytałem, ale nikt nie znalazł.
Na drugi dzień Ahmed wymontował zamek i klamki. I tak już zostało. Drzwi z tymi dwiema dziurami i niepomalowanym miejscem wyglądały okropnie i wyglądają tak nadal, choć minął już tydzień. Tego dnia Węgierka też wróciła wcześniej, próbowała wejść do swojego pokoju, ale próby te spełzły na niczym - drzwi były zatrzaśnięte. Przpomniałem sobie, że na parapecie leży od trzech lat jakaś stara klamka. Wziąłem ją stamtąd i litościwie podałem sąsiadce, ale ona nie potrafiła jej umocować. Zrobiłem to ja. Weszła, zatrzasnęła drzwi. Minęło pół godziny, kiedy usłyszałem jakieś pukanie. Byłem przekonany, że to ktoś piętro niżej, ale to ona stukała. Zatrzasnęła się, a że nie wyjęła klamki, nie mogła się wydostać. Zeszła do kuchni, wróciła, cisza. Za godzinę znów słyszę stukanie. To znów ona. Ta sama sytuacja. Wytłumaczyłem jej jak pastuch krowie, że klamkę musi wyjmować za każdym razem i zabierać ją ze sobą. Zatrybiła, teraz ma ją zawsze przy sobie, nawet w pracy.
Muszę ze wstydem przyznać, że korciło mnie, żeby pod jej nieobecność zapuścić żurawia do jej pokoju i dowiedzieć się cóż za tajemnice skrywa jej lokum. Mogłem wziąć zwykłą łyżkę włożyć odwrotną stroną w otwór po klamce i przekręcić. Zadecydował jednak nie strach przed wpadką, lecz względy etyczne. Nie omieszkałem jednak - kochani Czytelnicy dla Was to robię, dla Was (i po części dla siebie)! - wykorzystać obecności obu dziur w drzwiach. Zobaczyłem przez nie niewiele - mój stary telewizor (kiedyś przecież mieszkałem w tamtym pokoju), dość spory bałagan, czyli walające się ciuchy, jakieś reklamówki. Mimo dość zawężonego pola widzenia udało mi się dostrzec, że na szafie stoi monstrualnych rozmiarów, nowiutka... kosiarka do trawy, niestety nie obyło się bez pewnego pechowego wypadku.
Cdn.
Janusz Młynarski

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

"Karaluchy nie chodzą do fryzjera" (cz. 98)

Na mojej ulicy jest wszystko. Czym zarzucają laseczki? Przełom w stosunkach polsko - węgierskich.

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Autoobmacywanie. Antystresowa kolejarka. Oddawanie to rzecz normalna. Co może boleć oprócz zęba. Nasłuch lepszy niż podsłuch. Seks z plastrem na ustach. Pakistański desant w kuchni. Węgierka i młoty.

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Dwaj faceci w turbanach. Gdzie jest skrzynka. Schody lecą na łeb, na szyję. Wardak rwie włosy i lamentuje. Jakiego słowa nie lubi Omar. Victoria – awanturnica. Pomagam Kamilowi. Jesteśmy złodziejami...

Rumuńskie pranie (cz. 32)

Rumuńskie pranie (cz. 32)

Rumuńskie pranie. Diabli wzięli żabki. Długas, czyli mąż. Skrzypce Victorii. Szatańska nalewka Draculi. Angielski cham. Dwa browary w 17 sekund. Lucina już tu nie pracuje.

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia. Studia w pralni. Nagła ewakuacja Rumunów. Bumerang, czyli Viorica. Taniec mamuta. Sesja fotograficzna.

Talerz dla Zbłąkanego Wędrowca

Talerz dla Zbłąkanego Wędrowca

Zaczęło się od tego, że bagażowi ze Stansted pogięli mi opakowanie od AjPada dla Michasia. Albo ci z Rębiechowa. W sumie, to nie wiem. Totalnie pogięli. Jak ja się pokażę w Koszalinie z pomiętolonym na...

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Jak niesie plazmę, to Polak. Co jest ważniejsze od Zmartwychwstania. Czy nie ma już normalnych imion. Duchy istnieją naprawdę.

Mała Polska rumuńska

Mała Polska rumuńska

Spacerując Drogą Aleksandra co chwilę spotyka się rodaka. - Po polsku tu można gwarić, a Polak zawsze znajdzie gościnę - mówią na rumuńskiej Bukowinie potomkowie naszych górników. Polacy za chlebem przyjechali...

Nagłe zniknięcie Toby’ego i Pakistanek (cz.68)

Nagłe zniknięcie Toby’ego i Pakistanek (cz.68)

Orzeł czy płatki. Siurpryza w ogrodzie. Siadaj, to nie Polska. Kobieta jak pies. Tajemnicze stwory ze słoika. Bliskie spotkanie z patrolem. Białas nie ma nic do gadania. Nowi lokatorzy. Mistrzowski rzut...

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK