POLACY W UK

Małe miasta chcą się pozbyć emigrantów

Polish Express
Polish Express logo

Małe miasta chcą się pozbyć emigrantów

W małych miastach, w których silnie kultywuje się tradycję, maleje akceptacja dla wciąż rosnącej liczby przybyszów z Europy Wschodniej, głównie Polaków. Brytyjczycy widzą realne zagrożenie dla swoich obyczajów i otwarcie pokazują niechęć.

Kłamstwo - nałóg emigranta >>

Milionerzy z przypadku >>

Z tego powodu wielu Polaków przeszło przez piekło w walce z lokalnymi mieszkańcami, w której wszystkie chwyty są dozwolone.
Wysoki odsetek emigracji to znak rozpoznawczy brytyjskich metropolii. Różnorodność języków i kultur jest w nich tak duża, że nikt nie ocenia nikogo ze względu na pochodzenie i narodowość. Najwięcej kłopotów odnotowuje się w małych miejscowościach, gdzie podejście do imigracji drastycznie się zmienia. Wyjazd poza Londyn może się okazać sukcesem, ale też w wielu przypadkach porażką. Rodowici mieszkańcy małych miast często zadają pytanie: „Skąd jesteś” i patrzą krzywym okiem zanim zdążą usłyszeć odpowiedź.

Mniejsze nie zawsze lepsze
Londyn to miejsce docelowe większości ludzi przybywających z Polski, ale niekoniecznie podejmują oni dobry wybór. Postawić pierwsze kroki w 8-milionowym mieście to jak uczyć się chodzić po lodzie. Popularność dużych metropolii wiąże się z konkurencją na rynku pracy, wysokimi cenami mieszkań i drogim transportem. Wielu Polaków sprytnie dostrzega, że życie w dużych skupiskach ludności jest zbyt kosztowne i próbuje szczęścia w mniejszych miejscowościach. Czy jest łatwiej? 25-letnia Kasia nie jest o tym przekonana - Nie obyło się bez problemów – mówi. - Poznałam wielu wspaniałych ludzi, ale też kilku silnie dało mi odczuć, że nie jestem mile widziana.
Kasia wyjechała do Exeter, małego miasteczka w Devon, w południowo - zachodniej Anglii. Pomimo swoich niewielkich rozmiarów, Exeter stało się niezwykle popularne wśród polskiej emigracji. Szacuje się, że do 100 000 populacji dołączyła grupa około 20 000 Polaków. Taki napływ ludności był szokiem dla mieszkańców tych rolniczych terenów. Zaczęli się obawiać nie tylko o swoje miejsca pracy, ale również o zanik tradycji i obyczajów. Kasia, która dostała pracę w sieci kawiarni, często musiała wysłuchiwać nieprzyjemnych pytań klientów. „Dlaczego jest was tu tak dużo?” albo „Dlaczego akurat tutaj przyjeżdżacie?” - mówili. Jej koledzy z pracy również nie kryli braku sympatii. Kasia pracowała wydajnie i uczyła się szybko. Jej menadżer, widząc potencjał, zaoferował jej awans. Została kierownikiem zmiany, a później zastępcą menadżera. Rozzłościło to innych pracowników, którzy nie chcieli być podporządkowani nowo przybyłej dziewczynie z Polski. Nie obyło się bez zazdrości i nieprzyjemnych komentarzy, takich jak ten, że dostała awans za seks z szefem. - Załamałam się – wspomina dziewczyna. – Każdy dzień w pracy kończyłam płaczem. Pewnego dnia została dłużej, aby wypełnić ważne dokumenty. Gdy zamykała drzwi i czekała na sygnał alarmu, ktoś wybiegł z ukrycia i uderzył ją znienacka butelką w tył głowy.
- Cudem uniknęłam poważnych komplikacji, bo na głowie zrobił się krwiak – wspomina. Sytuację uratował jej szef - Anglik. Przyszedł do szpitala i zaproponował jej kurs menadżerski. To była jej szansa na nowy start. Po ukończeniu 3-miesięcznych praktyk zostałam menadżerem jednej z kawiarni w Londynie – mówi wyraźnie żywszym głosem. – Jestem tu lubiana i doceniana, pracuję z ludźmi różnych narodowości i nikt z nich nie ocenia mnie za to, skąd jestem, ale za to, jaka jestem. W Exeter przeżyła trudny okres, ale nie zapomina, że spotkała tam również przyjaznych ludzi,  którym zawdzięcza swój obecny sukces.

Poza kręgiem uznania
Ania dostała się na Uniwersytet w Bath – jest to renomowana uczelnia, na którą uczęszczają dzieci z najlepszych brytyjskich rodzin. – Byłam wniebowzięta – mówi. – Ale tylko do czasu. Wielu z jej znajomych należało do grupy bogatych snobów. Stworzyli swój zamknięty krąg patrząc na takich jak Ania z góry. Bath to mała miejscowość koło Bristolu, zamieszkana głównie przez ludzi wyższej klasy. W takim miejscu trudno zbudować grupę lojalnych przyjaciół. Ani brakowało pieniędzy i zdolności językowych, więc studenci wytykali ją palcami i bawili się jej kosztem: chowali jej książki, niszczyli notatki i podawali błędne godziny wykładów. Dziewczyna wpadła w silną depresję, przez co nie ukończyła kilku egzaminów. - System pomocy dla studentów jest w Anglii na najwyższym poziomie. Dostałam wsparcie, o jakim nawet nie marzyłam – mówi dziewczyna. Uniwersytet skontaktował się z inną renomowaną uczelnią w Bristolu i Ania została przeniesiona. W Bristolu życie jest zupełnie inne, panuje tu atmosfera tolerancji i wzajemnego szacunku.
Problem, który doświadczyła Ania jest bardzo częsty na Wyspach i nie występuje tylko na poziomie uniwersyteckim. W szkołach podstawowych polskie dzieci często doświadczają braku tolerancji. Zostają rzucane „na głęboką wodę” przez bezmyślnych rodziców, którzy wyjeżdżają do małych miejscowości i zapisują dziecko do szkoły bez odpowiedniego programu nauczania. 10–letnia Jola znalazła się w klasie z 15-oma Anglikami. Nie wiedziała nawet jak powiedzieć „Cześć” po angielsku. Szybko stała się obiektem drwin ze strony innych uczniów, którzy jej problem widzieli jako powód do śmiechu. Wrzucali jej do plecaka gumy do żucia i pisali po zeszycie. Dyrektor zdecydował się wynająć prywatnego polskiego nauczyciela, aby dziewczynka nauczyła się języka. Odkryto wtedy, że rodzice przez ponad pół roku nie kupili jej nawet jednej książki do angielskiego. Dziewczynka nie znała podstawowych zwrotów. Pewnego dnia jedna z uczennic oskarżyła Jolę o pobicie. Bariera językowa nie pozwoliła jej się bronić. Smutna i wystraszona siedziała przy biurku, nie wiedząc, o co jest oskarżona. Dyrektor nie miał wyjścia i musiał ją zawiesić w prawach ucznia. Szczerze nie wierzył, że była winna, ale wszyscy inni uczniowie w klasie byli w zmowie i zeznali przeciwko niej. Jola zmieniła szkołę i powoli robi postępy w nauce języka. W nowym miejscu poznała nawet koleżankę z Polski. Długo jednak pozostaną jej w pamięci te najgorsze wspomnienia.

Nie chcemy was
Wojtek doświadczył  brak tolerancji „na własnej skórze” pracując w małej miejscowości o nazwie Sturminster Newton. Przeprowadził się tam, ponieważ dostał dobrze płatną ofertę pracy w magazynie tworzyw sztucznych. Jako jedyna osoba z zagranicy, od początku czuł się wyobcowany. Bariera językowa i brak przyjaciół sprawiły, że każdy wieczór spędzał samotnie w domu. Znajomi z pracy nie ukrywali swojej niechęci do Wojtka. Nigdy nie oferowali mu miejsca przy stoliku w lokalnej stołówce i niechętnie tłumaczyli, gdy czegoś nie rozumiał. Chłopak nie przypuszczał jednak, że posuną się jeszcze dalej, żeby się go pozbyć. Pewnego dnia z magazynu zniknęła spora część towaru. Wojtek był wydelegowany, aby zamknąć drzwi i włączyć alarm noc wcześniej. Znajomi okłamali go, że w magazynie są jeszcze pracownicy i to oni zamkną budynek. – Uwierzyłem im i dużo mnie kosztowała ta naiwność – mówi Wojtek. Został zwolniony dyscyplinarnie i musiał odejść z mieszkania, które wynajmował, ponieważ wpadł w problemy finansowe.

Wyrozumiałość z obu stron
Życie w obcym kraju jest trudne, a decyzja o zamieszkaniu w małej miejscowości może się okazać jeszcze trudniejsza. Im bardziej Polacy oddalają się od dużych miast, tym więcej czeka ich problemów na tle narodowościowym. Emigrantom często przychodzi się zmierzyć z brakiem akceptacji w kręgach ludzi, którzy w brytyjskiej kulturze się wychowali i pragną ją kultywować w niezmiennej formie. Wielu Polaków udowodniło jednak, że potrafi sobie poradzić w trudnych sytuacjach.
Wojtkowi zaoferowano po paru tygodniach kolejną pracę. Z początku się bał, ponieważ pamiętał poprzednie doświadczenia. Szybko jednak dostrzegł, że nie wszędzie jest tak samo. W swojej kolejnej pracy trafił na przyjaznych współpracowników, od których dostał dużo wsparcia. Nauczył się otaczać pozytywnymi ludźmi i unikać tych, którzy mogą sprawiać problemy. - Najważniejsze to umieć dostrzec problem i starać się go rozwiązać zanim będzie za późno – mówi. Wśród ekstremalnych przypadków, takich jak zniszczenie mienia czy pobicia są też codzienne międzyludzkie relacje, nad którymi obie strony powinny pracować. Ludzie, którzy nie czują się komfortowo w małych miejscowościach, powinni poszukać szczęścia w dużych miastach, które cechuje znacznie więcej wyrozumiałości dla emigrantów. Jest wiele innych miejsc w Wielkiej Brytanii, gdzie można znaleźć zrozumienie lokalnych mieszkańców. Przykładem może być Brighton, słynące z mieszkańców wyrozumiałych nie tylko dla mniejszości narodowych, ale i wszelkich innych odmienności. Ludzie mieszkający w takich miejscach udowadniają, że tolerancja jest możliwa i jest czynnikiem łagodzącym wszelkie konflikty.
Karolina Pysz / Fot. Thinkstock

Kłamstwo - nałóg emigranta >>

Milionerzy z przypadku >>

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK