ROZRYWKA

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Polish Express
Polish Express logo

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.

 

 
 
Pralka skakała po kuchni niczym byk na rodeo, ale Węgierce to nie przeszkadzało, bo spokojnie wyjmowała z torby kolejne rzeczy do prania.
- Ta pralka jest zepsuta i dlatego tak strasznie hałasuje!
Te słowa musiałem wykrzyczeć, żeby przebić się przez warkot i łomotanie. Prawdopodobnie dlatego podskoczyła ze strachu, widać nikogo się w domu o tej porze nie spodziewała. Wyłączyłem pralkę i powtórzyłem jeszcze raz, to co miałem do powiedzenia. Odpowiedzią był uroczy uśmiech. Poinformowałem ją, że po drugiej stronie ulicy jest pralnia i na razie tylko tam można załatwić problem brudnej bielizny i odzieży.
Zachowanie Węgierki nadal nie przestało być dziwne. W dalszym ciągu sprawia wrażenie permanentnie wystraszonej, unika jak może wszelkich rozmów, a jeśli uda się z nią zamienić kilka słów, to owszem - odpowiada, ale jest bardzo zmieszana. Powiedziałem jej o tej pralni i dodałem, że nowa pralka będzie dopiero w przyszłym tygodniu. Sam w to nie wierzyłem, bo od czterech miesięcy Omar ze swoim bratem Assifem, co tydzień obiecują, że pralka już, tuż, tuż, że czeka na odbiór gdzieś na Brent Cross, albo że jedzie z Manchesteru lub że jest kilka ulic dalej, ale nie ma jej czym przywieźć.
Dziewczyna nie czekała jednak na to, aż pralka przyjedzie z Manchesteru czy skądś tam i poszła do pralni. Kursowała tak kilka razy, ponieważ nie miała dużej torby, w której mogłaby zanieść wszystko za jednym razem. A ja miałem dużą torbę i mogłem jej pożyczyć, a nawet pomóc zanieść to wszystko do pralni. Oczywiście wpadłem na to, kiedy było już po wszystkim. Nasunęły mi się jednak pewne wnioski. Pierwszy to taki, że jej sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. Wywodzę to stąd, że przez pierwsze cztery tygodnie chodziła w tej samej odzieży, dopiero po upływie tego czasu zakupiła kilka rzeczy, których wcześniej nie miała. Oznaczałoby to również, że musiała niedawno przyjechać, skoro miała tak niewiele ubrań. Z drugiej jednak strony, czy to możliwe, żeby kobieta nie wzięła ze sobą walizy ciuchów? Może wyszła z założenia, że kupi sobie już na miejscu, kiedy zarobi jakieś pieniądze? A może miała, ale na skutek jakichś okoliczności straciła? Może ją okradziono tam, gdzie wcześniej mieszkała? Z drugiej jednak strony na niekorzyść tezy o jej krótkim pobycie przemawia fakt, że dość biegle posługuje się angielskim. Mogła się go nauczyć na Węgrzech, ale ona używa języka charakterystycznego dla brytyjskiej working class, czyli niezbyt wyszukanego. Nie, żeby klęła, chodzi o to, że jest to angielski „robotniczy” i wiele wskazuje na to, że nauczyła się go na miejscu.
Tego dnia miałem okazję porozmawiać z nią jeszcze dwukrotnie, ale - niestety - konwersacja dotyczyła prania i pralek, więc nie za bardzo mogłem błysnąć.
 
* * *
 
Następnego dnia, po wieczorze spędzonym w pubie, część towarzystwa udała się do mnie na coś w rodzaju „after party”. Było wesoło, głośno i bardzo późno, mimo to nie omieszkałem zagrać na gitarze podkręcając wzmacniacz na full. Sąsiadka przebywała w swoim pokoju i przez czas trwania imprezy w ogóle stamtąd nie wychodziła. Kiedy ekipa się już rozeszła, wyjrzałem przez okno w dachu i stwierdziłem, że Węgierka jeszcze nie śpi.
Niemal każdy człowiek, w tym również ja, po wypiciu pokaźnej ilości alkoholu czuje, że jest w stanie góry przenosić. Ponieważ na Acton gór nie ma, więc postanowiłem wyjść na dach, podpełznąć do okna sąsiadki i zapukać. Ot, taki kawał. Wiem, że głupi. Niestety, albo na szczęście, klapa okienna podnosi się w bardzo ograniczonym zakresie. Żeby ów zakres rozszerzyć, należałoby odkręcić cały mechanizm ograniczający ruch klapy. Do tego niezbędny jest śrubokręt i czas, ale ja nie miałem ani jednego, ani drugiego. Uznałem więc, że o wiele łatwiej zapukać mi do drzwi, choć nie będzie to już takie dowcipne. Żeby zapukać, potrzebny był mi jakiś pretekst. Nie mogłem przecież tego zrobić, a po otwarciu powiedzieć, że lubię sobie stukać w czyjeś drzwi, że takie hobby. Pretekst się znalazł - zapukam i przeproszę za hałasy. Tak też uczyniłem. To znaczy zapukałem, ale nie przeprosiłem, bo Węgierka nie otworzyła. Za pół godziny powtórzyłem czynność. Zrobiłem to następnego dnia rano. Usiadłem przy komputerze i otworzyłem drzwi. Nie minęło zbyt dużo czasu kiedy sąsiadka wyszła ze swojego pokoju kierując się do łazienki. Była jeszcze w piżamie, w kolorze morskim zresztą, a w dłoni trzymała pastę do zębów.
- Przepraszam za wczorajsze hałasy, ale jakoś nie udało się nam być ciszej. To ja.
Spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła kosmitę - na jej twarzy malowało się trudne do opisania zdumienie. W jej twarzy było również coś co mnie uderzyło - wyglądała tak, jakby przed chwilą wzięła działkę heroiny. Bez słowa weszła do łazienki, a ja zamknąłem drzwi.
 
* * *
 
Siedzę sobie w pokoju, drzwi uchylone, rozmawiam z córką przez telefon i widzę, jak po schodach kroczy wicelandlord Assif, a z nim jego kuzyn Ahmed Pogromca Szczurów. „Albo do mnie, albo do Węgierki” - pomyślałem. Tak, czy owak sprawa musi być poważna, bo fatygują się do mnie na górę wyłącznie w sytuacjach nadzwyczajnych. Jednak do mnie. Poprosiłem, żeby usiedli, że zaraz skończę, ale Assif powiedział, żebym spokojnie dokończył rozmowę, oni poczekają. Wiedziony ciekawością skończyłem rozmowę niemal natychmiast.
- Musisz zejść ze mną na dół, coś ci pokażę. To sprawa bardzo poważna - powiedział Assif, a na jego twarzy malowało się skupienie, jakie widziałem na obrazach na twarzach modlących się świętych.
O cholera, to nie żarty. Zrobiłem błyskawiczny rachunek sumienia, ale oprócz jakichś spłowiałych grzechów z dawnych czasów nie znalazłem niczego, co mogłoby być powodem owej wizyty. Może nic złego. Kiedy zbliżaliśmy się do kuchni, twarze Assifa i Ahmeda nie tracąc skupienia przybrały miny uroczyste z domieszką dumy. W kuchni było jaśniej i przestronniej. Czegoś mi brakowało. Już wiem - dwóch zepsutych pralek. O mój Boże! Czyżby!? Tak!
Pod blatem, w sąsiedztwie zlewozmywaka, w miejscu kaźni nieświętej pamięci szczurów, połyskiwała nieskalaną, najbielszą ze znanych mi bieli - pralka! To chyba o tej pralce śpiewali „Procol Harum” w „Pale shader of white” (chyba dobrze zacytowałem tytuł), antycypując oczywiście.
- Czterysta funtów. Nowa.
Assif zaznajomił mnie z instrukcją obsługi, demonstrując jej różne funkcje. Poprosił mnie też, żebym poinstruował pozostałych lokatorów. He, he, gorzej trafić nie mógł! Gdyby wiedział, że problemów nie mam jedynie z obsługą miednicy napełnionej wodą, nie zwracałby się do mnie z tym. Wszelka technika mnie przeraża. Przyznać jednak muszę, że pralka robi wszystko, przypominając koło gospodyń wiejskich: pierze, orze i gotuje, daje d... i tańcuje.
Wieczorem w kuchni odbyło się „washing - machine party”. Niemal wszyscy lokatorzy proweniencji chrześcijańskiej (muzułmanie nie piją) wzięłi udział w oblewaniu nowego nabytku. Pralka też się symbolicznie napiła, zanim straciła dziewictwo.
 
* * *
 
Pojawił się - co odnotowuję - nowy lokator, bardzo sympatyczny Syryjczyk. Pracuje w libańskiej knajpie na Oxford Street, jest tam jakimś menedżerem. Choć niepijący i muzułmanin, jest bardzo towarzyski i chętniej przebywa w towarzystwie naszym, czyli Polaków niż Pakistańczyków, bądź co bądź braci w wierze. To taka osoba, która kocha wszystkich ludzi i każdemu chciałaby pomóc.
 
* * *
 
O, zabierałem się właśnie do pisania pewnego artykułu, a tu z pokoju wychodzi Węgierka i od razu łapie za stojący w holu odkurzacz. Święto! Od sześciu tygodni, czyli od czasu kiedy tu zamieszkała, nie używała odkurzacza w ogóle, mało tego - nawet miotły! Wiem, bo mam swoje sposoby, żeby to sprawdzić. Myślałem, że uda mi się zajrzeć do jej pokoju i zobaczyć coś ciekawego, ale jak tylko weszła, to zaraz zatrzasnęła za sobą drzwi dwukrotnie przekręcając zamek. Żeby jednak swój zamiar urzeczywistnić, postanowiłem użyć jakiegoś wybiegu i wyciągnąć ją z pokoju, a przy okazji zapuścić żurawia. Pretekst był - zauważyłem, że nie zabrała z holu sztywnej rury do odkurzacza, bez której odkurzanie jest trudne, acz - oczywiście - możliwe. Wziąłem ją i zapukałem. Raz, drugi, trzeci, głośno, głośniej, jeszcze głośniej - i nic. A słyszeć musiała, bo odkurzacz nie był jeszcze włączony. No nic, może uda mi się innym razem. Ale intryguje mnie to, co za tajemnicę kryje pokój mojej sąsiadki.
Pucowała swoje lokum, aż do wieczora, ale holu i łazienki nie posprzątała, tradycyjnie zrobiłem to ja.
Kilka dni później znów doszło do pewnego, tajemniczego zdarzenia.
Cdn.
 
Janusz Młynarski

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

Jaki to język? Turkmenka u Turka. Poezja z łańcuchem i zimnym łokciem. Dlaczego Chorwaci nas nie lubią.

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

Arabskie CV. Jaka tam z ciebie projektantka. Nepalskie duchy piją piwo. Babcia D’Artagnan.

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Dwaj faceci w turbanach. Gdzie jest skrzynka. Schody lecą na łeb, na szyję. Wardak rwie włosy i lamentuje. Jakiego słowa nie lubi Omar. Victoria – awanturnica. Pomagam Kamilowi. Jesteśmy złodziejami...

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne. Przeprowadzam Victorię. Korzyści z Paula i nowej sąsiadki. Gołe baby na płytach. Padaczka z kokluszem. Awantura o szafki. Spacer niezbyt romantyczny.

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

"Co kryje węgierski worek" (cz. 90)

Arabskie CV. Jaka tam z ciebie projektantka. Nepalskie duchy piją piwo. Babcia D’Artagnan.

Majtki z blachy (cz. 27)

Majtki z blachy (cz. 27)

Odkurzacz połyka bieliznę. Gdzie jest przycisk. Majtki z blachy. Nie wiedziałem, że chodzisz w stringach. „Daily Mail” i Heather. Angielska babcia z polskim lotnikiem.

"Gdzie jest narzeczony sąsiadki" (cz. 99)

"Gdzie jest narzeczony sąsiadki" (cz. 99)

Tajemniczy rytuał Pakistańczyków. Kuzyn zdobywcy Mount Everestu. Biedni emeryci do Nepalu. Yeti istnieje naprawdę. Wszyscy jesteśmy krewnymi Viktorii.

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

Smutna biografia Rogera. Angielski wieczór w polskiej mordowni.

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne. Przeprowadzam Victorię. Korzyści z Paula i nowej sąsiadki. Gołe baby na płytach. Padaczka z kokluszem. Awantura o szafki. Spacer niezbyt romantyczny.

"Do szału jeden krok" (cz. 94)

"Do szału jeden krok" (cz. 94)

Krótki kurs węgierskiego. Kto hoduje świnie w łazience. Szczęście Araba. Kobiety myślą tylko o jednym. Intensywna noc za ścianą.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK