POLACY W UK

Koniec betonowej pułapki (cz. 14)

Polish Express
Polish Express logo

Koniec betonowej pułapki (cz. 14)

Koniec betonowej pułapki. Lewy prąd. Nocna awantura na dachu. Jestem podejrzany. Odkurzacz i karaluchy. Andrew i moje kolano.
Szybka wycieczka na Portobello. Chris, Mirko, Kieślowski i Reymont.

Poprzedni odcinek: Polskę porastają buraki (cz.13)

Roman, Tadeusz i Staszek uwolnili wreszcie swój samochód ze sprzętem z betonowej pułapki, którą zafundował im sąsiad. Za jego zgodą rozebrali mur, który uniemożliwiał wyjazd i stawiają nowy. Na własny koszt. Sąsiad bez przerwy zagląda i wtrąca swoje komentarze, a Staszek co jakiś czas pokazuje mu wyprostowany środkowy palec.

- Kazał sobie zapłacić 300 funtów za to, że wyraził zgodę, ale przyjdzie czas zemsty - mówi Staszek. - Facet ma zrobione obejście licznika i ciągnie prąd na lewo. Moim zdaniem trochę to dziwne, bo przecież mogli go postraszyć tym, że wiedzą o kradzieży prądu i nie musieliby już tego muru ponownie stawiać. Staszek uśmiechnął się tylko i powiedział: - W tym szaleństwie jest metoda.

Nie dowiedziałem się jaka, bo to na razie tajemnica.

Paweł jest bardzo zadowolony ze swojej pracy. Pracuje w sumie trzy godziny - resztę przesypia i za spanie też mu płacą. Na dobrą sprawę nie potrzebuje nawet mieszkania, bo ma przecież gdzie spać. Tak, tylko co robić z resztą dnia? Przecież nie będzie się włóczył po mieście od rana do wieczora. Kamil poradził mu, żeby znalazł dodatkową pracę, przynajmniej na pół etatu, ale Paweł się martwi, że nie będzie miał kiedy wydawać zarobionych pieniędzy. Jednego i drugiego zżera tęsknota za Polską i tylko marne perspektywy na cokolwiek zniechęcają ich do powrotu.

 

Zasnąłem gdzieś przed północą, obudziły mnie głośne rozmowy i inne hałasy. Wydawało mi się, że ktoś chodzi po dachu. I miałem rację. Asif i jeszcze jakiś inny krewny Omara przyglądali się talerzowi anteny satelitarnej. Czy nie mogli tego zrobić wcześniej? Nie, ponieważ pracują, a poza tym wcześniej tej anteny nie było. Założył ją Paul bez wiedzy landlorda i właśnie z tego powodu doszło do nocnej kłótni na dachu. Wszyscy lokatorzy, łącznie z Paulem umówili się wcześniej, że składamy się na pakiet oferowany przez jedną ze stacji TV, w którym jest Internet, telewizja i telefon. Miesięczne opłaty miały być rozłożone na wszystkich mieszkańców domu, więc każdy płaciłby grosze. Paul, którego głowa wystawała z okna w dachu mówił, że jedno nie przeszkadza drugiemu, ale Asif miał pretensje głównie o to, że Paul zamontował antenę bez wiedzy landlorda. Paul odpowiedział, że płacąc za swój pokój, płaci również za kawałek dachu, który znajduje się nad jego pokojem. Wywołało to szczery śmiech u Asifa i jego towarzysza. I w tym momecie otworzyło się okno w dachu budynku usytuowanego po przeciwnej stronie ulicy. Jakaś kobieta, którą tak jak mnie obudziły nocne hałasy, używając niezbyt wyszukanych słów, wrzaskliwie wyraziła swoją opinię o nocnych debatach na dachu. Asif odpowiedział, żeby się zamknęła
i poszła spać, bo spóźni się do pracy. Tak ją słowa Asifa rozzłościły, że zagroziła wezwaniem policji. Szybko zeszli z dachu i dalsze rozmowy prowadzili już w pokoju Paula. Stanęło na tym, że ma on usunąć antenę z dachu, bo w przeciwnym razie będzie musiał opuścić mieszkanie. Popatrzyłem na zegarek, dochodziła trzecia. Kłótnia w pokoju obok przybrała na sile. Nie wytrzymałem, wpadłem tam i zrobiłem awanturę. Wtedy Asif powiedział, że do mnie też są zastrzeżenia.

- Ciekawe jakie?!
- wybuchnąłem. - Płacę w terminie, a nawet przed, codziennie sprzątam hol i łazienkę, choć wcale nie muszę, kupując na dodatek środki czystości za własne pieniądze!

Musiałem wyglądać jak świr, bo natychmiast zamilkli. Kiedy skończyłem Asif powiedział, że jestem podejrzany o likwidowanie karaluchów przy pomocy odkurzacza. Opróżniał wczoraj worek, a tam było mnóstwo insektów i to żywych. Ale dlaczego ja? Bo mieszkam na piętrze, na którym stoi odkurzacz. To ciekawe. Rzecz jednak w tym, że karaluchy są tylko w kuchni, z której nie korzystam, właśnie ze względu na nie. Asif się zamknął, zabrał swojego kumpla czy kuzyna i poszedł do siebie. Na drugi dzień zapukał do mnie Omar - przyniósł mi paczkę papierosów i melona. Przeprosił w imieniu swoich pobratymców za nocną awanturę. OK, nie gniewam się.

Dziś o mało co nie załatwiłem sobie znów mojej nogi. Wysiadając z metra poślizgnąłem się, diabli wiedzą na czym i coś mi strzeliło w kolanie. Dowlokłem się do pobliskiego pubu i usiadłem przy jednej z ław wystawionych na zewnątrz. Z pubu wyszedł czarny, elegancko ubrany mężczyzna. Pod ciemnym płaszczem wykwintny garnitur w kolorze kawy z mlekiem. Rozmawiał przez telefon i od czasu do czasu pociągał łyk piwa z małej szklaneczki, zaciągając się co chwilę papierosem. Kiedy skończył rozmowę, spojrzał i coś zabełkotał. Poprosiłem o powtórzenie.

 

- Dlaczego jesteś taki strasznie blady? Opowiedziałem mu pokrótce o swojej nodze. Poprosił mnie do środka i kazał usiąść, a od barmanki wziął pojemnik z lodem i kilka foliowych torebek. Podciągnąłem nogawkę, kolano było sine i opuchnięte. Facet obłożył mi je torebkami z lodem i owinął kawałkiem folii. Powiedział, że za pół godziny przejdzie. I przeszło. Zapytałem go jak ma na imię.

- Ja jestem mużin - odpowiedział.

- Czy to jakieś afrykańskie imię? - zapytałem

- To nie jest imię, bo nazywam się Andrew, ale mój polski kolega mówi, że jestem mużin. Powinieneś wiedzieć, jeśli jesteś Polakiem, że czarny człowiek, to po polsku mużin.

- Murzyn - poprawiłem go.

- Tak jest: mużin.

Andrew prowadzi biznes. Sprzedaje - jak mówi - śmieci.

- Jedź ze mną, to ci pokażę swój biznes na targu na Portobello. Będziesz mógł zrobić fantastyczne zdjęcia i napisać reportaż.

Wsiedliśmy do jakiegoś średnio starego volvo i ruszyliśmy. Po kwadransie szedłem już alejką usytuowaną pod jakąś estakadą. Dominowała starzyzna, wręcz esencja starzyzny - jakieś podarte kapoty, poplamione spodnie, niemodne, sfatygowane bluzki, garnitury o kroju, który już dawno wyszedł z mody. Pudełka po cukierkach i po kawie, zardzewiałe łyżki, książki, płyty winylowe z nagraniami dawno już zapomnianych wykonawców, skorodowane żelastwo o niewiadomym przeznaczeniu, kable i kabelki, stare radia, sztuczne kwiaty. Były też nowe rzeczy, głównie tania odzież. Doszliśmy do stoiska, którego współwłaścicielem był Andrew. Po drugiej stronie stołu stał wysoki, brodaty, czarno- i długowłosy mężczyzna. Andrew mnie przedstawił. Przywitał mnie serdecznie. Byłem pewny, że to Grek lub Cypryjczyk. Jednak Grek - Chris. Na blacie oprócz płyt i zardzewiałego, pokaźnych rozmiarów świdra, były jeszcze dwie stare kolumny głośnikowe i kilka szmat - być może zasłon, być może sukienek, ale równie dobrze mogły to być narzuty na łóżka. Stół otaczały paczki z książkami, płytami, wśród ktorych stały dwie, mocno sfatygowane froterki i duży, pogięty blaszany kocioł. Chris właśnie się pakował. Pomogłem mu trochę, za co był mi bardzo wdzięczny. W tym czasie Andrew gdzieś zniknął, co mocno mnie zaniepokoiło, bo o 17.00 miałem być z powrotem na Acton. Chris powiedział, żebym się nie martwił, Andrew zaraz będzie. Rzeczywiście, zaraz nadszedł i pierwsze co zrobił, to kopnął w swój stragan. Trochę się przestraszyłem, bo myślałem, że coś mu odbiło, ale Chris wyjaśnił mi, że Andrew zawsze w ten sposób „składa” stół. Do samochodu, którym odwoził mnie Andrew do domu, wsiadł jeszcze Chris, Serb Mirko oraz jakaś mała Chinka z Hongkongu, która wysiadła dwie ulice dalej. Andrew milczał, ale Mirko z Chrisem rozmawiali o Dylanie Thomasie. Później ni z tego, ni z owego przeszli na Kieślowskiego i Wajdę („Kiezlołski” i „Łajda”), aż wreszcie zapytali mnie o polskich noblistów literackich. Znali tylko dwóch: Sienkiewicza i Miłosza. Podpowiedziałem im, że jeszcze Reymont i Szymborska.

- O tak, Zymborska, Zymborska! Bardzo ich zainteresował Reymont, o którym nigdy nie slyszeli. Pomyśłem, że skoro znają twórczość Wajdy, to musieli oglądać „Ziemię Obiecaną”. Oglądali. Dodałem już tylko, że to na podstawie powieści Reymonta. Byli zachwyceni i od poniedziałku postanowili polować na wszystko, co napisał Reymont i co zostało przetłumaczone na angielski. Zbyt wiele nie upolują. Kiedy rozmowa zaczęła się rozkręcać, byłem już przed domem, ale moi nowo poznani koledzy powiedzieli, że spotkamy się w przyszłym tygodniu i wzięli ode mnie numer telefonu. Może być ciekawie. Cdn.

Janusz Młynarski

Kolejny odcinek: Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15) >>

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK