ROZRYWKA

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Polish Express
Polish Express logo

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Dwaj faceci w turbanach. Gdzie jest skrzynka. Schody lecą na łeb, na szyję. Wardak rwie włosy i lamentuje. Jakiego słowa nie lubi Omar. Victoria – awanturnica. Pomagam Kamilowi. Jesteśmy złodziejami i Albańczykami. Nasz przyjaciel Jim.

Poprzedni odcinek: Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15)

Siódma rano, akurat o tej porze się budzę, ktoś puka do drzwi, jakieś głosy. Nigdy się to nie zdarza, więc nic dziwnego, że mocno zaskoczony powiedziałem: „Wejść”.
W drzwiach stało dwóch facetów w turbanach i jeden bez. Tego trzeciego znałem, bo mieszka w naszym domu i pomaga Omarowi w sklepie, ale dwóch pozostałych nigdy. Oprócz turbanów mieli brody i uśmiechali się uprzejmie. Po upewnieniu się, że nie śnię ani że nie jestem - chyba - ofiarą napadu, zapytałem o cel tej porannej wizyty. Chcieli wiedzieć, czy jest u mnie prąd. No jest, ale dwa tygodnie temu nie było i Omar był uprzejmy dać mi świeczkę. Powiedziałem mu wtedy, że uruchomienie komputera przy pomocy świeczki jest niezwykle trudne, podobnie jak telewizora i mikrofalówki. Omar uwierzył mi i wysłał jednego ze swoich licznych pobratymców zamieszkałych w czeluściach naszego domu, żeby coś z tym prądem zrobił. Wardak, bo tak miał na imię wysłannik Omara, przystąpił do szukania skrzynki z korkami. Nie było to łatwe w tym przepastnym domu. Na dobrą sprawę skrzynka mogła być wszędzie. Niby Omar tłumaczył mu, po pakistańsku, gdzie mniej więcej może się ona znajdować, ale Wardak sprawiał wrażenie zagubionego. Na parterze pod schodami były jakieś białe drzwi, w których znajdował się malutki otworek. Wardak włożył tam jeden z kilkudziesięciu kluczy, które znajdowały się w pęku wręczonym mu przez Omara. Drzwi ani drgnęły. Wardak wyszedł na chwilę na zewnątrz i zaraz wrócił uzbrojony w rurę, którą włożył pod drzwi. Gdy je podważył, otworzyły się. Niestety, nie było nam dane stwierdzić, czy jest tam to, czego szukamy, bo zawaliły się schody, które oparte były na futrynie. Mieliśmy szczęście, że nie spadły na nas. Tymczasem z Wardakiem zaczęły się dziać dziwne rzeczy – złapał się za głową i próbował wyrwać sobie włosy, kilka razy uderzył czołem w ścianę, lamentując przy tym co niemiara – nie wiadomo, czy z powodu bólu jaki sprawiło mu uderzanie głową w mur, czy dlatego, że zrujnował schody?

Co by nie rzec, brak schodów w dwupiętrowym domu to jednak pewna niedogodność, szczególnie dla mnie, mieszkającego na najwyższym piętrze. Jeśli dodać do tego brak prądu, to sytuacja staje się naprawdę niewesoła. Wardak się uspokoił i usiadł na schodach znajdujących się poniżej.
- I co teraz? - zapytał.
- Nic, trzeba naprawić schody i znaleźć tablicę z korkami.
- Jak naprawić? - Wardak był przestraszony jak dziecko, które wybiło piłką szybę sąsiadowi.
Sprawa tylko z pozoru wyglądała groźnie – zawaliła się konstrukcja podtrzymująca schody, ale one same pozostały nienaruszone. Wystarczyło je podeprzeć nowym rusztowaniem i sprawa załatwiona. Dokonali tego Roman ze Staszkiem.
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – mówi Staszek. - Samo próchno, w każdej chwili mogło komuś zwalić się na łeb i nawet zabić.
Omar rozpływał się w pochwałach i podziękowaniach.
- Dziękuję, to za mało – odpowiedział mu Roman. – Zwolnisz nas z czynszu, pomieszkamy miesiąc za darmo.
Słowo „za darmo” nie należy do ulubionych słów Omara, no chyba że to on może mieć coś za darmo. Roman szybko przedstawił mu koszty, jakie poniósłby, gdyby wziął do roboty Anglików. - A kto wie, czy oni by nie przywlekli nadzoru budowlanego – wtedy eksmisja murowana.
Dom chyba jednak jest dość solidny, skoro przetrwał trzęsienie ziemi.

Skrzynka z korkami, a właściwie z dźwigienkami, była piętro wyżej. Podniosło się dźwigienkę i prąd pojawił się w kontaktach. Wróćmy jednak do gości w turbanach. Okazało się, że byli to zaprzyjaźnieni z Omarem elektrycy. Tym razem u mnie prąd był, ale nie było go na dole, u Romana, jego współlokatorów i u Victorii. W kuchni nie działała lodówka, mikrofalówka i pralka. Zapewne dzięki tym ciemnościom karaluchy musiały mieć niezłe używanie. Z długotrwałym brakiem prądu nie mogła pogodzić się Victoria. Wracając z pracy wstępowała do Omara do sklepu i robiła mu tam awantury przy klientach, grożąc, że się wyprowadzi. Omar ją przepraszał, ale sądząc po minie, chętnie by potraktował Victorię harapem do poganiania wielbłądów. Moja czarna sąsiadka zwierzyła mi się, że chętnie zniesie brak prądu, choćby dlatego, że ma niepowtarzalną okazję do robienia awantur Omarowi, którego nie znosi.
Goście w turbanach coś naprawili, ale nie do końca, bo dziesięć minut po ich wyjściu coś huknęło na dole i znów nie było prądu, to znaczy był, ale tylko w gniazdkach. U mnie na górze wszystko w porządku, na razie prąd jest.
Sobota zapowiadała się pięknie, ale cóż z tego, skoro niskie ciśnienie czyniło mnie tak ospałym, że żadna siła nie była w stanie wyciągnąć mnie z łóżka. Ktoś zapukał do drzwi i krzyknął: „pobudka!”. Poznałem po głosie, że to Kamil. Odkrzyknąłem, żeby wszedł. Kamil ubrany był w roboczy kombinezon, trochę mnie to zdziwiło, bo w soboty nigdy nie pracował.
- Ubieraj się. Pomożesz mi.
- W życiu! Żadnych robót.
- To nie robota, pomożesz mi coś przynieść.
To coś było telewizorem „Toshiba”, płaski, bardzo duży ekran i różne bajery, na których się nie znam. Dwie ulice dalej. Były też tam jakieś meble, dywany, kwiaty. Chwyciliśmy telewizor i kiedy już oddaliliśmy się o jakieś sto metrów, usłyszeliśmy krzyk:
- Złodzieje, oddajcie mi mój telewizor!

Zatrzymaliśmy się. W naszym kierunku biegł jakiś czarny mężczyzna w skórzanej kurtce i wygrażał. Zatrzymał się zdyszany i zaczął mnie szarpać. Postawiliśmy delikatnie telewizor na ziemi i Kamil chwycił faceta za gardło. Kiedy ten się uspokoił, Kamil zwolnił uchwyt i wyjaśnił mężczyźnie, że zaszło nieporozumienie. Telewizor dość długo stał na chodniku, więc można było sądzić, że to wystawka. Właściciel wyjaśnił z kolei, że wyprowadza się i wszystko co wystawił, czekało na samochód z ekipą od przeprowadzek. Przeprosił nas i dodał, że ma uprzedzenie do Albańczyków, bo już go raz okradli. Kamil grzecznie acz zdecydowanie wyjaśnił mu, że nie jesteśmy żadnymi Albańczykami lecz Polakami. Jim, bo tak miał na imię „okradziony”, zaczął nas przepraszać i zaprosił na kawę. W domu było pusto, część rzeczy wyjechała do nowego domu. Jim jest brokerem, dobrze zarabiającym brokerem, bo właśnie kupił sobie lokum w lepszej dzielnicy. Piliśmy kawę a Jim nerwowo rozglądał się po pokoju.
- Szukasz czegoś? – zapytałem.
- Tak się rozglądam co mógłbym wam dać w prezencie. Tej „Toshiby” nie mogę, bo jest prawie nowa, ale może chcecie całkiem dobrą wieżę.
- Nic nie trzeba, naprawdę jest nam strasznie głupio, ale myśleliśmy, że to wystawka.
- Może dywan, albo lodówkę.
- Lodówkę? Jaką? – zaciekawił się Kamil.
Lodówka była przywalona dywanem. Duży „Elektroluks”.
- Eeeee, za duża – zmartwił się. - Potrzebuję małej.
- Przykro mi, nie mam mniejszej.

Nie przyjęliśmy kolejno: komputera wraz z drukarką, regału, fotela bujanego, mikrofalówki, szafki łazienkowej i stojącej lampy. Jim wyglądał na szczerze zmartwionego. Ale wypatrzyliśmy zwinięty w rulon czerwony chodnik.
- A tego akurat chciałem się pozbyć.
Z Kamilem myśleliśmy o tym samym – w naszym domu na schodach jest brzydka, szara wykładzina, ale jeśli położy się czerwony chodnik, białe poręcze, ściany, cała klatka schodowa, nabiorą zupełnie innego wyglądu. Moja kolekcja kwiatów doniczkowych wzbogaciła się o trzy. Pożegnaliśmy się serdecznie.
- Ale wstyd – denerwował się Kamil. – A najgorsze, że wziął nas za Albańczyków.
Kiedy dotachaliśmy do domu chodnik i kwiaty, w drzwiach stanął Roman.
- To jest ta twoja wypasiona „Toshiba”? Co, w chodnik ją zawinąłeś? - drwił.
- Weź mnie nie wk... – odburknął rozeźlony Kamil.
- Nie martw się, następnym razem ci się uda.

Janusz Młynarski

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Wróżka z Acton. Kebabowy macho. Wąż Eskulapa i ja. To nie zamek, to dom się wali! Bliskie spotkanie ze schodami i tapczanem. Piętaszek i farba na kaca. Nieoceniona pomoc Vioricy.

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

"Nie kacza grypa, lecz ospa" (cz. 86)

Do trzech rozpłynięć sztuka. Sny się sprawdzają. O Neilu, który nie lubi Francuzów. Po co mi dziecinne łóżeczko. Co jest niedobre dla Kemala i dla mnie. Sąsiadka mężatka? Gdzie jest klucz? Tajemnica węgierskiej...

Dom jest przepastny (cz.1)

Dom jest przepastny (cz.1)

W naszym domu, niedaleko Acton Central, oprócz karaluchów i kilku myszy, mieszka jeszcze trzech Polaków, jeden Francuz, Nigeryjka oraz bliżej nieokreślona liczba Hindusów. Dom jest przepastny, a mieszkam...

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Znów ta noga. Doktor od wózka. Ekshibicjonizm szpitalny. Umieranie z głodu i pragnienia. Ruski doktor. Plaster w rumie. Łosoś za friko. Papierosowe podróże. Czarne pielęgniarki są ciepłe. Piechota morska...

Nieskazitelni Polacy i Czech yeti (cz. 17)

Nieskazitelni Polacy i Czech yeti (cz. 17)

Victoria nie widzi przez ścianę. Co ona pieprzy? Za co matka pije? Nieskazitelni Polacy i Czech yeti.

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

"Kuchenne rodeo" (cz. 84)

Bliższe spotkania z Węgierką. Fiasko wyprawy na dach. „Procol Harum” w kuchni. „Washing - machine party”. Tajemnica węgierskiego pokoju.

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Czarne pielęgniarki są ciepłe (cz. 7)

Znów ta noga. Doktor od wózka. Ekshibicjonizm szpitalny. Umieranie z głodu i pragnienia. Ruski doktor. Plaster w rumie. Łosoś za friko. Papierosowe podróże. Czarne pielęgniarki są ciepłe. Piechota morska...

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Pojędrnianie obwisłych policzków. Wory Luciny. Pięć lasek na tapczanie.

"Jak było z prostytutką, a jak ze szczurami" (cz. 82)

"Jak było z prostytutką, a jak ze szczurami" (cz. 82)

Torba z głową w środku. Płacz zza ściany. Dziewczyna zmienia szatę. Coraz mniej tajemnic.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK