ROZRYWKA

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Polish Express
Polish Express logo

"Gubić jest rzeczą ludzką" (cz. 83)

Autoobmacywanie. Antystresowa kolejarka. Oddawanie to rzecz normalna. Co może boleć oprócz zęba. Nasłuch lepszy niż podsłuch. Seks z plastrem na ustach. Pakistański desant w kuchni. Węgierka i młoty.

 

 
Zgubiłem portfel. Kasa, dokumenty, karty, czyli wszystko, co potrzebne, by w miarę sprawnie egzystować w tak policyjnym państwie jak UK. Najbardziej żałowałem tych pieniędzy, tym bardziej, że była sobota, czyli dzień zakupów na cały tydzień. Po chwili jednak zacząłem również żałować dowodu osobistego, którego wcześniej nie żałowałem, a powód owego żalu był prosty - bez dowodu nie wybiorę kasy. Jak już rozczuliłem się nad tym dowodem, to i żal zrobiło mi się kart, bo przecież po co chodzić do banku z dokumentem, wypełniać świstki, skoro prościej z bankomatu. Jak widać, z myśleniem u mnie średnio. Portfel zgubiłem w pociągu. Kiedy wsiadałem na Acton Central portfel jeszcze miałem, bo płaciłem za bilet, ale stwierdziłem jego brak pięć minut później, kiedy wysiadłem na Willesden Junction i chciałem przejść przez bramkę. Obszukałem się od stóp do głów (przy okazji stwierdziłem, że nieco przytyłem), zaglądając nawet do majtek, skarpet i butów. Nie ma.
Pani z obsługi, przyodziana w ciemnoszary kostium „Overgroundu”, przyglądała się ze sporym zainteresowaniem mojemu dziwnemu zachowaniu. Podszedłem do niej i powiedziałem, że zgubiłem portfel, a muszę się wydostać, bo umówiłem się z kolegą, który ma mi coś podać (nawiasem mówiąc, było to zgodne z prawdą - chodziło o pendrive, którego dzień wcześniej zapomniałem zabrać z redakcji). Pani się przejęła i szybko mnie wypuściła. Stanąłem po drugiej stronie i w sumie już ten pendrive miałem gdzieś. Kolejarka zapytała mnie czy pamiętam, w którym wagonie mogło się to zdarzyć. Udzieliłem precyzyjnej odpowiedzi określając miejsce co do milimetra. A pani do mnie:
- Nie denerwuj się, stań tam trochę dalej, zapal sobie papierosa. Masz papierosy? Jeśli nie masz, dam ci swoje.
No tak, jeszcze tego brakowało, żebym nie miał papierosów. Oczywiście, że miałem, to jedyna rzecz, której nie mogę nie mieć! Zapaliłem, a tymczasem pani rozpoczęła akcję mającą na celu zlokalizowanie mojego portfela. Przekazała facetowi w kasie wszystkie informacje, które jej podałem, a facet przez radiotelefon skontaktował się z załogą, czyli maszynistą.
- Już szukają - powiedział po krótkiej chwili, a po dłuższej dodał - ale nie znaleźli.
Nie szkodzi, i tak byli mili, że zajęli się czyimś portfelem. W Polsce to kolejarz czy konduktor roześmiałby mi się w twarz, policjant zresztą też, a kto wie, może by mnie jeszcze zamknął, tak na wszelki wypadek. Pani zapytała, czy zadzwonić na policję, czy sam to zrobię? Powiedziałem, że sam. Podała numer telefonu do biura rzeczy znalezionych, żebym koniecznie tam zadzwonił, ale najwcześniej za cztery dni i poprosiła, żebym się nie stresował.
- A jest sens dzwonić? - zwróciłem się do niej dziękując za okazaną pomoc.
- Oczywiście, ludzie często oddają znalezione przez siebie rzeczy. Kilka miesięcy temu pewien pasażer zgubił woreczek z dokumentami i 700 funtów. I znalazło się.
Pożegnałem się i poszedłem na spotkanie z kumplem i pendrivem. Ze stacji udaliśmy się jeszcze na kawę do brazylijskiej kawiarni. Kiedy już rozsiedliśmy się, zadzwonił mój telefon. Odebrałem. Kobiecy głos:
- Czy ty jesteś tym facetem, który zgubił portfel? Znalazłam go w pociągu.
Odpowiedź mogła być tylko jedna. Zapytałem, gdzie mogę go odebrać, ale oczywiście w tym momencie rozładowała mi się komórka. Zerwałem się i pogoniłem na stację. Zdyszany wpadłem do domu, ale ładowarkę oczywiście gdzieś szlag trafił! Z niewiadomych powodów leżała za łóżkiem. Podłączyłem i dzwonię na numer, który mi się pokazał na wyświetlaczu, ale nikt nie odbierał. I podobnie było przez dwa dni, ale trzeciego znalazczyni odebrała. Mieszka na Hackney, ale jeśli to dla mnie za daleko, to mogę przyjechać na Piccadilly, do „Trocadero”, gdzie pracuje. Nie powinienem był w takiej sytuacji wybrzydzać, ale wolałem Piccadilly, bo mam w sumie rzut beretem. Pojechałem tam następnego dnia. Postawna Afrykanka. Bez słowa podała mi portfel, a ja zacząłem rozpływać się w podziękowaniach. Poprosiłem, żeby jeszcze chwilę ten portfel przetrzymała, ja zaraz wrócę, a ona na to:
- Tylko nie waż się iść po żadne kwiaty.
- A jak mogę się odwdzięczyć?
- Nijak. Nie trzeba, to chyba normalne, że znalezione rzeczy się oddaje, szczególnie takie.
Ucałowałem ją i poszedłem napić się wina do pobliskiego pubu. Za jej zdrowie rzecz jasna. Tak, to normalne, tylko zależy gdzie? W tym roku portfel zgubiłem już cztery razy i za każdym wracał do mnie z nienaruszoną zawartością. Trzy razy w pociągu, raz w teatrze „Scala”. Raz wyskoczył za mną biały młodzieniec w dredach, który czytał w pociągu Biblię, innym razem Hindus, a właściwie Sikh w turbanie, trzeci raz to kobieta z Hackney, a w „Scali”, ktoś przyniósł do kasy. No i torbę podróżną też mi się zdarzyło zgubić.
Wróciłem akurat wtedy z Polski. Z Gatwick dojechałem na Clapham Junction i tam czekałem na przesiadkę, żeby się dostać do domu. Ponieważ było sporo czasu do odjazdu, wdałem się w rozmowę z dwiema dziewczynami, jak się okazało z Tajwanu. Nadjechał pociąg, wsiedliśmy, usiedliśmy, dziewczyny szczebiotały, ja - oczywiście - cały w skowronkach i nagle stwierdzam, że nie mam swojej torby. Był w niej laptop, aparat fotograficzny, dokumenty i pieniądze. No, to już nie były żarty. Jakiś długowłosy młodzieniec powiedział, że opisywana przeze mnie torba stała na peronie. Pociąg jeszcze nie ruszył, więc wyskoczyłem na peron, ale torby żadnej tam nie było! Rozglądam się nerwowo wokoło. Nic. Wtedy usłyszałem:
- Hej, szukasz czegoś - to był maszynista tego pociągu.
- Torby podróżnej, czarnej.
- Jest u mnie. Proszę - to mówiąc podał mi moją zgubę.
A Tajwanki cieszyły się z tego bardziej niż ja.
 
                        * * *
 
Rozmowa dwóch młodych Polaków, podsłuchane na stacji Willesden Junction:
- A ja lubię jak mnie napie...la.
- Ja też, ale nie na full.
Jak słyszę czasownik „napie...ć”, to od razu kojarzy mi się to z bólem zęba lub z biciem kogoś. Jeśli więc faceci lubią jak ich bolą zęby albo też lubią być bici (wybór trudny, bo w sumie nie wiadomo co gorsze), to warto posłuchać, co jeszcze lubią, bo może to być ciekawe. Przepuściłem więc jeden pociąg i słucham. I co się okazało? Ano to, że oni lubią jak im muza w aucie napie...la.
 
                 * * *
 
Inwigilacja trwa. Mam na myśli szpiegowanie moich sąsiadów - Węgierki i niezidentyfikowanego etnicznie faceta, który z nią pomieszkuje. Lokatorzy kwaterujący piętro niżej widzieli ich kilka razy jak szli trzymając się za ręce, ale na ich widok szybko je puścili. Sprawa zastanawiająca, bo wynika z tego, że jednak ich coś łączy. Ale co? Systematycznie prowadzony nasłuch nie przyniósł jakichś istotnych rezultatów, choć tym razem aktywizowałem się w momencie kiedy za ścianą zapadała cisza. Owszem można „to” robić bardzo cicho, ale bezszelestnie?! Żadnych westchnień, pojękiwań w ekstazie?
Następnego dnia odbyłem konsultacje z bratem, jak zwykle w kawiarni na dole. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Może zakleja jej usta plastrem, żeby była cicho, a do tego jest perwersyjnie - zakneblowana laska, taki fetysz.
- Ale jego też nie słychać.
- Podwójna perwersja.
- No dobrze, ale nosów chyba sobie nie zaklejają?
- A dlaczego nie - poczwórna perwersja.
Doszliśmy jednak do wniosku, że nic sobie nie zaklejają, całkiem po prostu nic w tej dziedzinie nie robią, bo ja bym nie wytrzymał i przynajmniej bym spróbował.
- Może oni czytają to co piszesz i wiedzą, że podsłuchujesz - stwierdził brat.
- Nasłuchuję - poprawiłem go. Co by nie powiedzieć, „nasłuch” brzmi znacznie lepiej niż „podsłuch”.
Na drugi dzień znów udałem się do „Churchfield Caffe”. Tym razem piłem kawę samotnie, z przerwą na rozmowę z Sylwią, kelnerką, która miała krótką przerwę w pracy. I wtedy pojawił się współtowarzysz Węgierki. Był czymś zaaferowany, ale twarz miał zaciętą, jakby chciał kogoś pobić, a może nawet zabić. Przyjrzałem mu się dokładnie, szczególnie pod kątem antropologicznym - typ śródziemnomorski. Towarzyszył mu mój landlord Omar oraz jego brat. Poszli w kierunku „Morrissona”, w kierunku, co nie znaczy, że do „Morrissona”. Nie pytałem później Omara ani jego brata w jakim celu, bo oni, bezpośrednio o coś pytani, zaraz kluczą lub nabierają wody w usta. W każdym razie wyglądało to tak, jakby ten facet kogoś szukał, a oni mu w tym pomagali.
Minęło kilka dni, podczas których nic szczególnego się nie wydarzyło i wreszcie minionej niedzieli, około południa, zaczęło coś napie...ć. Okazuje się, że nie tylko ząb, nie tylko muza w aucie i nie tylko kogoś, czymś, bo napie...ć może również pralka i to tak głośno, że nawet ja u siebie na górze ją słyszałem. Prawdę mówiąc to jeszcze nie wiedziałem, że to pralka, dźwięk przypominał bowiem warkot wczesnego śmigłowca lub jedenastu młotów pneumatycznych. Postanowiłem, że sprawdzę co jest przyczyną tego hałasu, zresztą i tak miałem zamiar zejść na kawę. Warkot dobiegał z kuchni, a dom drżał w posadach. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pakistańscy komandosi wykonali desant do kuchni, ale nie. To pralka, od dawna zresztą niepiorąca, a przy pralce... Węgierka. No i wreszcie...
Cdn.
 
Janusz Młynarski

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Majtki z blachy (cz. 27)

Majtki z blachy (cz. 27)

Odkurzacz połyka bieliznę. Gdzie jest przycisk. Majtki z blachy. Nie wiedziałem, że chodzisz w stringach. „Daily Mail” i Heather. Angielska babcia z polskim lotnikiem.

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

Lodówka mówi, że nie w Acapulco. Węgierskie żarcie w Meksyku. Wielkie zakupy. Faye, ale nie Dunaway. Racial abuse na High Street. „Polacy, czujcie się w UK, jak we własnym domu”. Kusząca propozycja.

Napaść z baranem w ręku (cz. 63)

Napaść z baranem w ręku (cz. 63)

Piłka na potylicy. Arab z tasakiem. Choroby laryngologiczno-psychiczne. Skutki patrzenia przez ramię. Nikt nie śmieje się tak jak Marion.

Wojna o garnek (cz. 31)

Wojna o garnek (cz. 31)

Ajn moment w łazience. Nowi w domu. Rumunia piękny kraj. Wojna o garnek. Nigeryjsko-polska Bonnie & Clyde. Podwyżki Omara.

"Niegłodny, ale głodny" (cz. 74)

"Niegłodny, ale głodny" (cz. 74)

Niegłodny, ale głodny. Marian i polskie obyczaje ludowe. Jak kompromitowałem Polaków. Ile razy trzeba nas prosić? Nocna wyprawa Mariana. Silnik i maluch zamiast bankietu.

Pech północno-wschodni (cz. 46)

Pech północno-wschodni (cz. 46)

Szmery bez powodu. Jak nie wypiłem 400 piw. Seminarium z picia i zagryzania. Bezzębna atrakcja. Komuna w londyńskim metrze. Ten kraj się kończy. Zniszczone karty. Czy Omar to talib?

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Pojędrnianie obwisłych policzków. Wory Luciny. Pięć lasek na tapczanie.

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

"Policja, czy landlord?" (cz. 88)

Rozmowa z Ahmedem. Czego ta Węgierka ode mnie chce? Fatygant, to Arab. Węgiersko-algierska Bonnie and Clyde. W strychowej pułapce. Nie do końca karabin.

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

Siedziałem z sąsiadami przed domem, piliśmy piwo, tyle że - jak się później okaże - przedostatnie piwo w moim życiu.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK