ROZRYWKA

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Polish Express
Polish Express logo

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne. Przeprowadzam Victorię. Korzyści z Paula i nowej sąsiadki. Gołe baby na płytach. Padaczka z kokluszem. Awantura o szafki. Spacer niezbyt romantyczny.

Poprzedni odcinek: Pokój znikających spodni (cz. 24)

Kamil siedział w kuchni przy stole, jadł coś białego i przegryzał czymś zielonym. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że ta biała masa to ryż, a to „coś” zielonego to ugotowane liście kapusty.
- Cóż to za potrawa? - zapytałem.
- Gołąbki. Nie widzisz?
Tak się składa, że wiem jak wyglądają gołąbki, natomiast to co było na talerzu jeszcze gołąbkami nie było. Dopiero po zawinięciu ryżu w liście i podduszeniu mogłoby na to miano zasłużyć. I właśnie to mu powiedziałem.
- Nie będę się bawił w jakieś zawijanie, w końcu i tak w żołądku się to wymiesza.
Niby racja, z pierogami też tak można - zamiast bawić się w lepienie można całkiem po prostu farsz zagryzać ciastem. Albo weźmy np. taką kiełbasę - po jaką cholerę bawić się w napychanie jelita kiełbasianą treścią, skoro można ją jeść zagryzając jelitem. Albo szarlotka - można rano zjeść jabłka, a wieczorem ciasto. Jakie to proste.

Przeprowadzkowy wieczór

Niepotrzebnie zaoferowałem Victorii pomoc w przeprowadzce z parteru na „moje” piętro, do pokoju, który opuścił Paul. Miałem nadzieję, że Victoria upora się z tym wszystkim zanim wrócę, ale się nie uporała. W ogóle nic nie ruszyła. Przez pięć godzin znosiłem do jej nowego pokoju jakieś łachy, telewizor, lodówkę. Tych ubrań to ma tyle, że mogłaby obdzielić wszystkie stragany na Portobello. Pięć godzin łażenia po stromych schodach, z parteru na drugie piętro! Do tego musiałem udawać, że to dla mnie pestka. Najgorzej było z ukrywaniem zadyszki, którą dość szybko złapałem.
- Może chcesz odpocząć? - pytała Victoria co kilka minut.
- Kto, ja? Żartujesz chyba - odpowiadałem niezmiennie, choć już po godzinie byłem całkowicie wypluty i tylko obawa przed kompromitacją sprawiła, że wydobywałem z siebie jakieś ukryte rezerwy energetyczne. W pewnym momencie miałem nawet pokusę by udać, że skręciłem sobie nogę, ale powstrzymałem się. Nawet nie wiedziałem, że taki uczciwy jestem. Chociaż nie mogę powiedzieć, że nie skorzystałem na tej przeprowadzce. Pomijam już fakt, że dzięki niej moją sąsiadką jest piękna dziewczyna, że skończyło się wreszcie hałasowanie Paula.

Wieśniacka garderoba Paula

Jedną z materialnych korzyści był duży, prawie nowy telewizor, który wpadł w moje łapy, dvd i kilkadziesiąt płyt z gołymi babami i facetami, którzy razem robią wiadome rzeczy. Czekam na jakiś weekend, żeby to przejrzeć. Paul zostawił też mnóstwo prawie nowych ciuchów, niestety, wszystko za duże, bo mój sąsiad był ode mnie dwa razy tęższy i o pół głowy niższy. Dziwiliśmy się z Victorią, że facet miał tyle ciuchów, a chodził ubrany zawsze w to samo, no ale skoro pracował od rana do poźnego wieczora, to kiedy miał się stroić? Zresztą ubrania, nawet gdyby rozmiary były OK, to i tak nie odpowiadały mi stylem. Były trochę, no, jakby to powiedzieć... zbyt wieśniackie. Kiedy skończyłem tę przeprowadzkę Victorii, miałem już istną „padaczkę z kokluszem”. Nie miałem siły wejść pod prysznic, więc zaległem kompletnie wypluty na tapczanie (swoim, niestety) i zasnąłem w opakowaniu, dopiero rano zaliczyłem kąpiel.

Kto się włamał?

Po Paulu i jego polskiej dziewczynie zostały w kuchni dwie szafki. Były zamknięte na kłódki, ale Omar powiedział, że jeśli chcę z nich skorzystać, to mogę te kłódki usunąć i założyć nowe. Takie szafki to rzecz przydatna, można tam trzymać różne produkty, które nie wymagają przechowywania w niskich temperaturach. Jakieś ryże, makarony, tudzież garnki, talerze i inne płatki owsiane. Poprosiłem Kamila o pomoc. Przyszedł z dużym młotem i jak pieprznął w kłódkę, to odpadła razem z drzwiczkami. Szafka była pełna różnych dóbr spożywczych: polskich „gorących kubków”, grysików, kasz, weków - diabli wiedzą z czym, pięć litrów oleju i w ogóle pełno różnych toreb i torebek z zawartością, której nie chciało mi się sprawdzać. Z drugą szafką też poszło łatwo. Nie było w niej żadnych produktów żywnościowych lecz całe mnóstwo garnków, talerzy, sztućców, cedzaków i niewiarygodna liczba noży oraz tasaków. Tych noży było tak dużo, że przez chwilę całkiem poważnie rozważałem założenie gangu nożowników.
Nadszedł właśnie Omar i powiedział, że ta Polka już nie wróci, więc wszystko należy do mnie. No dzięki, ale po cholerę mi to żarcie i cały ten arsenał?

Awantura o szafki

Kiedy naprawiałem drzwi od szafki, do kuchni weszła uśmiechnięta Victoria, szybko jednak przestała się uśmiechać, kiedy zobaczyła mnie majstrującego przy szafce. Z autentyczną wściekłością w głosie zapytała, kto rozwalił te kłódki. Na wszelki wypadek powiedziałem, że nie wiem i że właśnie reperuję rozwalone drzwiczki. W myślach analizowałem przyczyny jej wściekłości. Czyżby to były jej szafki? Okazało się, że w pewnym sensie tak. Paul podobno przekazał jej je w spadku. Darła się jak idiotka, do tego stopnia, że przybiegli Omar i Kamil. Rozmowa między Victorią a Omarem wyglądała mniej więcej tak:
- Kto włamał się do moich szafek?!
- Przede wszystkim nie są to twoje szafki, lecz tej Polki, która tu mieszkała!
- Ale Paul dał mi te szafki.
- Nie mógł ci dać czegoś, co nie należało do niego.
- Do niego nie, ale do jego dziewczyny.
- Dobrze mówisz: „do jego dziewczyny”, a jeśli do dziewczyny, to nie do niego. Jasne?
- Nie!
- Dziewczyna Paula powiedziała mi, że mogę dysponować tymi szafkami - wyjaśniał Omar.
- Ale Paul dał mi to wszystko!
- Czy chcesz mi wmówić, że Paul jest swoją własną dziewczyną?! Powtarzam, to nie są szafki Paula. Dałem je Januszowi i koniec dyskusji.
Prawdę mówiąc dość już miałem tych szafek. Skoro przez tyle czasu obywałem się bez nich, to na cholerę mi one teraz? Powiedziałem, że rezygnuję z nich, ale Victoria też już ich nie chciała, Kamil też. Rozeszliśmy się do swoich pokoi.

Nocny naprawiacz okien

O godzinie pierwszej w nocy w drzwiach Victorii szczęknął zamek. Przyszedł do niej jakiś facet, który postanowił naprawić okno w dachu. Jej okno. Trwało do trzeciej nad ranem. Stukał młotkiem, piłował, wiercił i bardzo głośno mówił. Nie wiem czy wyszedł, czy został, bo zasnąłem.
Nastepnęgo wieczoru również nie było zbyt spokojnie - do Victorii przyszły trzy koleżanki. Mówiły bardzo głośno, więc wszystko słyszałem. Najpierw było o kosmetykach, później o ciuchach, a na końcu o facetach. Już dawno zauważyłem pewną prawidłowość: kobiety, bez względu na to skąd pochodzą, kiedy spotkają się we własnym gronie to najpierw mówią o kosmetykach, następnie o odzieży i butach, a dopiero na końcu o mężczyznach. Mężczyźni z kolei zaczynają od samochodów, później przechodzą na sport, po to by na samym końcu poświęcić czas rozmowom o kobietach. Z dyskusji w pokoju Victorii zrozumiałem niewiele, bo jej koleżanki nie były akurat „native speakerkami”. Dowiedziałem się jedynie, że jakiś Samuel jest przystojny, ma fajny samochód i za dwa tygodnie wraca do Kenii. Niech sobie wraca.

Jak nie objąłem Victorii

Przez dwa dni Victoria sprawiała wrażenie obrażonej. Na moje poranne pozdrowienia odburkiwała coś pod nosem, ale trzeciego dnia uśmiechnęła się promiennie. Wykorzystałem to i pożyczyłem od niej żelazko. Dała mi je i powiedziała, że mogę sobie wziąć w prezencie, bo ona ma jeszcze jedno.
Wieczorem spotkałem Victorię koło domu, wyglądało jakby na kogoś czekała. Zapytałem czy tak. Zaprzeczyła i zaproponowała spacer. Poszliśmy do Acton Park, było już po dwudziestej drugiej. Usiedliśmy na ławce. Zapytała jak tam w pracy. Odpowiedziałem, że dobrze. Nie chciało mi się rozmawiać, byłem zmęczony, miałem pustkę we łbie. Pomyślałem, żeby zaproponować jej wspólne opalanie w Brighton, do którego wybierałem się nazajutrz, ale powstrzymałem się od tej propozycji, bo przecież ona nie musi się opalać. Nie ma chyba nic głupszego niż proponowanie czarnej kobiecie opalanie się. Przez chwilę zastanawiałem się czy jej nie objąć, ale pomyślałem: „A po cholerę mam to robić, skoro wcale nie było zimno”. A poza tym ona nie pali, a ja na pewno śmierdziałem papierosami. Ale z drugiej strony czym niby mam śmierdzieć?

 


Po każdym odcinku tego gazetowego serialu otrzymuję sporo maili. W zdecydowanej większości są bardzo miłe i na każdy z nich odpisuję, ale trafiają się również i chamskie, półchamskie i ćwierćchamskie, na które nie odpisuję, choć pewnego dnia poniosły mnie nerwy i na jeden odpisałem. Dodam tylko, że te chamskie maile są wyłącznie anonimowe. W ćwierćchamskich mailach ich autorzy zwracają mi uwagę, że to co piszę mogłoby się równie dobrze zdarzyć gdzie indziej, że niby brak w moich tekstach „angielskości”. Jeśli „gdzie indziej” to znaczy, że np. w Białymstoku, Kłajpedzie, Ułan Bator czy w Piatigorsku. Pozwolę sobie się jednak nie zgodzić, bo nie ma w stolicy Podlasia, ani w litewskim porcie, stolicy Mongolii czy kaukaskim kurorcie domów, w których mieszkają obok siebie, Nigeryjczycy, Pakistańczycy, Polacy i Francuzi. Nikt mi nie wmówi, że w Pile, Brzesku, Tomaszowie Lubelskim czy Radzyniu Podlaskim są dzielnice, w których mieszkają razem Hindusi, Nowozelandczycy, Żydzi, Eskimosi, Arabowie i Tajowie, że ścierają się tam kultury religie, itp.


Janusz Młynarski

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

W czym zmartwychwstanę (cz. 64)

Nudna Marion. „Wodnistooka” i jej udka. Czarujący Czarek.

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

"Węgierka dość, dość, dość!" (cz. 95)

Jak sąsiad trafił w satelitę i nie spadł z dachu. Kemal poznaje historię Polski. Arab bije i dusi.

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

"Sveta po bezsennej nocy" (cz. 77)

Jaki to język? Turkmenka u Turka. Poezja z łańcuchem i zimnym łokciem. Dlaczego Chorwaci nas nie lubią.

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Słoń wałbrzyski (cz. 69)

Toby postraszył białasa. Wypadek na konarze. Gdzie jesteś teraz moja skarpeto? Zaproszenie od Sabriny. Zdradzanie post mortem.

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Przedlotniskowe obserwacje. Pół świni do kosza. Facet mnie obmacuje. Metalowe buty. Pijemy, bo nie można. Komitet powitalny. Sajgon w pokoju. Zagłada insektów. Czas na zmiany.

"Nie karabin lecz wiertarka" (cz. 89)

"Nie karabin lecz wiertarka" (cz. 89)

Narobiłem sobie smaku, ale co najgorsze, również i Czytelnikom, na jakąś niesłychaną sensację, a tymczasem okazało się, że ten „hicior” to nie karabin, lecz wiertarka i do tego jeszcze zepsuta....

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Hiszpan na zakręcie. Powrót ugodzonej torbą. Zcziembra borożo minto karota. Obiado de Espania. Gdzież Portugalczykom do takich imion. Co Juan ma wspólnego z saperem Wodiczką. Doda nie miałaby szans. Czy...

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

Co mają oczy do pośladków (cz. 52)

Co mają oczy do pośladków (cz. 52)

Pranie w Pakistanie. Co mają oczy do pośladków. Zaskakujące odwiedziny. Jak kupiłem Vioricy jednego buta.

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

"Jak Marian buty stracił" (cz.75)

Smutna biografia Rogera. Angielski wieczór w polskiej mordowni.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK