wiadomości

Gdzie znikają Polacy?

Polish Express
Polish Express logo

Gdzie znikają Polacy?

Od 2004 roku w Wielkiej Brytanii przepadło jak kamień w wodę prawie dwa tysiące Polaków. Tylko promil z nich zostanie odnalezionych przypadkiem w lesie, rzece lub jeziorze. Reszta żyje i ma się bardzo dobrze lub bardzo źle, ale i tak lepiej niż w Polsce.

Ostatni połów Jacka >>

"Maddie - prawda kłamstwa" już w księgarniach >>

Polacy znikają w całej Europie, częściej mężczyźni. Najczęściej we Włoszech i Hiszpanii, rzadziej w Niemczech, Holandii i Wielkiej Brytanii, choć w mijającym roku na Wyspach zjawisko to przybrało na sile.

Bartek, czterdziestolatek z północnej Polski, pracował najpierw w jednym z warszawskich centrów finansowych. Zarabiał dobrze, więc była żona otrzymywała na dziecko wysokie alimenty. Do czasu, bo dla firmy przyszedł gorszy okres i zaczęło się cięcie kosztów. Niestety, zaczęto od Bartka. Nową pracę dostał szybko, ale zarabiał zdecydowanie mniej niż poprzednio. Na dodatek związał się z kobietą, z którą planował małżeństwo. Ponieważ zarabiał niewiele, zaczął wysyłać niższe alimenty. Nowy status materialny nie obchodził jednak ani byłej małżonki, ani sądu. Komornik bezpardonowo kasował mu z poborów taką kwotę, jaką płacił poprzednio.

Zniknął, bo komornik…

- Nie miałem nic przeciwko płaceniu alimentów, ale przy tych dochodach nie wyrabiałem. Przecież właściciela mieszkania, które wynajmowałem, nie obchodziło to, że zarabiam mniej niż przedtem. Tańszego mieszkania też znaleźć nie mogłem, bo moje dotychczasowe było akurat najtańsze, jakie można sobie wyobrazić.

Nękanie przez komornika stawało się coraz dotkliwsze, bo Bartek zobowiązany został również do zapłacenia jakiegoś wyrównania, jakichś kosztów i innych opłat. Pewnego dnia wszystkie te papiery podarł i wyrzucił do kosza.

- Co robisz? - zapytała go narzeczona. - Żegnam się z ojczyzną - odpowiedział. – I ty też się żegnasz.

Dwa dni później z biletami w ręku pojawili się na Okęciu. Wylądowali w Londynie, a stamtąd pojechali do Brighton. Praca w restauracji, zmywanie naczyń i sprzątanie. Zarobki dobre, do tego doszły nadgodziny. Bartek zerwał wszelkie kontakty ze znajomymi, ale tylko z tego powodu, by nie namierzyły go żadne niemiłe polskie instytucje, jak sądy, zusy czy inne prokuratury. Po pół roku milczenia młodszy brat Bartka rozpoczął poszukiwania na własną rękę. Porozsyłał ogłoszenia w Internecie. Na jedno z nich natknął się Bartek i na dobre się przestraszył - rozgłos był ostatnią rzeczą, na której mu zależało. Zadzwonił do brata, powiedział co i jak, więc brat zakończył akcję poszukiwawczą. Była żona nie robiła poważnych problemów - dostawała co miesiąc przyzwoitą kwotę pieniędzy za pośrednictwem matki Bartka.

Mija już drugi rok od wyjazdu. Jedni o Bartku zapomnieli, a ci, którym przepisy prawne zapomnieć nie pozwalają, są przekonani, że Bartek jest w Nowej Zelandii albo Australii. Matka zawsze mówi, że dokładnie nie wie, bo syn się z nikim nie kontaktuje, z nią również.

Zniknął, bo niewinny

Marcin jest poszukiwany przez policję. Mówi, że za jakieś „drobne wałki”. Że niby VAT wyłudzał, będąc członkiem zorganizowanej grupy przestępczej. Twierdzi, że to nieprawda, bo całą aferę zmontowało CBŚ. Kilku chłopaków poszło już do aresztu, ale on zdążył uciec.

- „Łosie” (funkcjonariusze CBŚ - przyp. autora) nie pomyślały o tym, żeby zastrzec mój paszport w Straży Granicznej, dzięki czemu spokojnie przyjechałem do Holandii.

Tam mieszkał i pracował wraz ze znajomymi, lecz pewnego dnia zniknął. Nikt specjalnie go nie szukał. - W Amsterdamie znika codziennie kilkanaście osób. Marcin odnalazł się w Bristolu, na Wyspach, ale nikt o tym nie wie i raczej się nie dowie, poza rodzicami. Bracia się nie dowiedzą, bo mogą wychlapać żonom, a jak te się zejdą na plotach, to zaraz cała Polska będzie wiedzieć.
Kolejny emigrant Marek też zaginął, i to przed kilkoma laty. Wyjechał do pracy w Irlandii. Popracował tam trzy miesiące i przyjechał do Anglii, bo firma, w której pracował, dostała tam wieloletni kontrakt. Do rodziny już się nie odezwał. Ma już nową. Poinformował o tym żonę, gdy dowiedział się, że pokazano jego zdjęcie w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Ale tym, że ona wzięła na jego wyjazd kredyt, i że zostawił dzieci bez środków do życia, akurat się nie przejmuje.

Zniknął, bo ambitny

Tomek jest menelem i żyje w pijackiej komunie. Kiedyś pił mało, nie palił. Teraz pije dużo, pali, a od czasu do czasu przyćpa. Wyjechał do Londynu do pracy. Jest dobrym glazurnikiem, tacy są tu w cenie. Kiedy żył normalnie, zarabiał nawet i trzy tysiące funtów miesięcznie. W Polsce też nie było mu źle. Wraz z kolegą wyciągali od czterech do pięciu tysięcy złotych miesięcznie kładąc kafelki w podwarszawskich willach. W Legionowie, w którym mieszkał, sąsiedzi i koledzy zazdrościli mu nowego samochodu, sprzętu elektronicznego, ciuchów i tego, że zawsze był przy forsie. Przed wyjazdem chwalił się, że tam dopiero się dorobi. W jeden dzień tyle, co w Polsce przez tydzień, a za trzy lata przy drodze do Warszawy miała stać willa z basenem i kortami, pomimo tego, że Tomek w tenisa grać nie umie. Z początku dzwonił do kumpli podnosząc im w organizmach poziom żółci. Aż w końcu dzwonić przestał. Do rodziców też już się nie odzywał. Poszukiwali go przez „Itakę”, „Ktokolwiek widział...”, ale bez skutku. W okresach trzeźwości Tomek obiecuje sobie, że już następnego dnia skończy z takim życiem. Wyprowadzi się ze squatu, przestanie pić i zacznie odkładać pieniądze. Jeszcze pokaże wszystkim, na co naprawdę go stać. Matka Tomka na wieść o tym, że jej syn żyje, milknie na chwilę, a później w słuchawce rozlega się łkanie. Cały czas wierzyła, że jej jedyny syn żyje, tylko coś nie pozwala mu się odezwać. Fakt zaginięcia zgłosiła na policję w Legionowie. Wszczęto poszukiwania, ale wieści z Anglii nie przychodziły żadne - ani dobre, ani złe. Jego koledzy w duchu nawet się cieszyli: - cwaniakował, cwaniakował i przestał cwaniakować.
Tomek jeszcze nie chce rozmawiać z matką. Twierdzi, że nie jest na to przygotowany psychicznie.

- Tomaszek zawsze był ambitny, nie powiodło mu się i dlatego może się wstydzić, ale najważniejsze, że żyje – komentuje jego rodzicielka.

Zniknął na przepustce

Damian wyszedł na przepustkę z więzienia. Ot, taka przerwa w odbywaniu kary za dobre sprawowanie. Z pięcioletniej kary za rozbój odsiedział dwa lata i więcej nie zamierzał. Wyjechał na paszport kolegi, który nawet niespecjalnie był do niego podobny. Nikt za nim nie płacze, on zresztą też nie ma za kim. Ojciec pijak, matka pijaczka, młodsze rodzeństwo w domu dziecka. Kumple też mieli go w nosie, kiedy siedział w kryminale. Poza jednym - tym co mu dał paszport i przynosił szlugi do kryminału. To właśnie on rozpuścił famę, że Damian nie żyje, że zabito go w Niemczech. - Tu, w Londynie, ma spokój. Handluje trochę dragami, trochę fajkami, obraca kradzionymi laptopami, komórkami. Czasem zdarzy mu się stanąć na bramce w jakimś klubie czy dyskotece, przekręcić na kasę jakiegoś naiwnego rodaka. Jeździ samochodem bez prawa jazdy i nikt mu złego słowa nie powie.

Brak danych o zniknięciach

To kilka najbardziej typowych przypadków zaginięć, które należałoby pomnożyć przez... no właśnie, przez ile? W treści artykułów o zaginięciach nie można pominąć statystyki, ale niby skąd czerpać dane, skoro żadne ze źródeł nie daje gwarancji ich prawdziwości? Swego czasu próbowali zmierzyć się z tym problemem dziennikarze „Wprost”. Zależało im na tym, by poznać liczbę zaginięć Polaków oraz sprawdzić, w jakich krajach dochodzi do nich najczęściej. Okazało się, że nikt nie prowadzi takich statystyk. Ani Komenda Główna Policji, która dysponuje jedynie ogólną liczbą zgłoszeń, ani Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którym jest podobnie. Żeby było ciekawiej, to dane KGP i MSZ różniły się między sobą dość istotnie, bo nie można chyba 50-procentowej różnicy określać jako nieistotnej. Organizacją, która dysponuje danymi na temat zaginionych Polaków z podziałem na kraje jest Fundacja „Itaka”, ale są to dane niepełne. Bo tylko część rodzin zwraca się do niej o pomoc.

Ostatni połów Jacka >>

"Maddie - prawda kłamstwa" już w księgarniach >>

Janusz Młynarski
[email protected]

Jeśli poszukujesz osoby zaginionej, to nie masz co liczyć ani na polską Komendę Główną Policji, ani Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo instytucje te nie prowadzą statystyk Polaków, którzy przepadli jak kamień w wodę poza granicami naszego kraju. Odnotowują tylko zgłoszenia i na tym koniec. Pomocna może okazać się Fundacja „Itaka”, ale i ona dysponuje jedynie danymi niepełnymi. Czasami udaje się kogoś odnaleźć za pośrednictwem telewizji.
 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK