temat numeru

Formuła 1 to nie… Biblia

Polish Express
Polish Express logo

Formuła 1 to nie… Biblia

Spokojnie, bez zbędnych emocji. Tylko z pozoru powoływanie się na Biblię w odniesieniu do wyścigów samochodowych, i to tych najbardziej wyrafinowanych technologicznie, jest pozbawione sensu. Porównywanie biblijnych przekazów jest w tym wypadku jak najbardziej na miejscu. Chodzi mianowicie o znaną powszechnie przypowieść o Dawidzie i Goliacie.

 

Z tym, że Biblia powstała przed tysiącami lat, a dość długi okres dzielący nas od chwili jej napisania sprawił, że wiele z zawartych w niej przesłań jakby straciło na aktualności. Czy dziś kurduplowaty Dawid byłby w stanie rozprawić się z przerośniętym Goliatem? Oczywiście, że nie! Dziś liczy się tępa, bezwzględna siła, której wykładnią jest ilość zer zawartych w kwotach określających stan posiadania wynalazku Fenicjan, robiącego ostatnio zawrotną wręcz karierę. Świat ma dziś jednego, uniwersalnego władcę – pieniądz.

Dawid i Goliat na torze

Nic zatem dziwnego, że najbardziej spektakularnymi wyścigami na tym globie, który wydaje się obracać wokół własnej osi w coraz bardziej zwariowanym tempie, są wyścigi Formuły1. Powód prozaiczny – tam zgromadzone zostały najbardziej okazałe ilości środków płatniczych. I to w ilościach można rzec - hurtowych. Wielka kasa przekłada się w wielkie wyścigi, wspaniałe bolidy, wyrafinowane technologie. Jak każdy idylliczny obrazek ten również ma swoje słabe strony. Problem w tym, że ta gigantyczna kabza nie jest jednakowa w przypadku wszystkich uczestników „zabawy”. Dysproporcje występują i to dosyć drastyczne. Oj, drastyczne!

Dane zawarte w ostatnim opracowaniu Business Book GP zdolne są powalić na kolana każdego zwolennika zdrowego rozsądku. Tegoroczny Goliat Formuły 1, czyli zespół Scuderia Ferrari, ma do roztrwonienia przy okazji organizowanych mistrzowskich rund imponującą sumkę – 199 milionów euro. A Dawid? Za takiego może jak najbardziej uchodzić Hiszpania Racing F1 Team z budżetem wynoszącym 34 miliony tychże euro. Po zestawieniu tych dwóch kwot niczym upierdliwy natręt nurtuje nas jedno pytanie: jak u licha w tej samej kategorii wyścigów mogą rywalizować zespoły, których zasoby finansowe są nieporównywalne? Dawid współczesnej Formuły 1 szanse na pokonanie Goliata ma dokładnie takie, jak kadra Franciszka Smudy na wywalczenie Złotej Nike.

Czarny konik niczym jeleń

Jaki zatem sens ma organizowanie wyścigów, w których dopuszcza się do udziału zespoły z góry skazane, już nawet nie na porażkę, ale na blamaż w pełnym zakresie? Cóż może być fascynującego w oglądaniu na torze notorycznie dublowanych autek? To jakaś bzdura. Udział w wyścigach takich „marek” jak Marussia Virgin Racing, Team Lotus, czy wspomniany już HRT, ogranicza się jedynie do… podpisywania listy obecności. Na tym kiczowatym obrazku stanowią zaledwie tło dla tego jelenia, a właściwie czarnego konia stojącego na tylnych nogach.

Wystarczy rzucić okiem na rezultaty kilku ostatnich wyścigów, następnie przenieść wzrok na aktualną klasyfikację rywalizacji konstruktorów i wszystko staje się oczywiste, aż do bólu. Przy dzieleniu smakowitego tortu Formuły 1 liczą się zaledwie trzy, w porywach do czterech zespołów. Niektóre nie załapują się nawet na okruszki ze stołu nakrytego przez poczciwego Berniego Ecclestone, owładniętego niepochamowaną żądzą pieniądza w stopniu nie mniejszym dziś chyba niż demencją. To zrozumiałe, że pod szyldem „Formuła 1” chcemy oglądać to co najlepsze w świecie najszybszych wyścigowych jednomiejscowych kabrioletów. Tylko dlaczego w niektórych przypadkach pod odbajerowanymi, lśniącymi karoseriami kryją się konstrukcje, które mogłyby z powodzeniem stawać na starcie obok aut marki Robin Reliant?

Chapman przewraca się w grobie

Zresztą cała ta wyścigowa jedynka pełna jest paradoksów. Przykłady? Służę uprzejmie. Na liście startowej tegorocznego czempionatu figurują aż dwa teamy zawierające w swojej oficjalnej nazwie słynną firmę Lotus. Sęk w tym, że zarówno Team Lotus, jak i Lotus Renault GP ze stajnią założoną w roku 1952 przez Colina Chapmana ma tyle mniej więcej wspólnego, co Grzegorz Lato z audycją „Lato z radiem”. Obydwa „niby” Lotusy teraz w przerwach między wyścigami ciągają się po sądach. Sprawa dotarła nawet przed oblicze Wielkiego Trybunału w Londynie, a Chapmanowi pozostaje tylko przewracać się  w grobie…

Długo po tym, jak kierowcy zespołów Ferrari i McLarena zaczęli rywalizować o punkty w wyścigach Grand Prix, niejaki Dietrich Mateschitz zaczął produkować napój „pobudzający” Red Bull. Nie tak dawno zamarzył mu się własny team w „jedynce”, a że lubuje się w spełnianiu swych zachcianek - przed pięcioma zaledwie laty w stawce pojawiły się bolidy opatrzone wizerunkiem Czerwonego Byka. Tych kilka lat wystarczyło, by powalić na kolana legendarne zespoły. Dziś kierowcom Ferrari i McLarena pozostaje oglądać tylne skrzydła bolidów Red Bulla. Ciśnienie zawarte we wszystkich wyprodukowanych puszkach tego napoju jest niczym w zestawieniu z tym, jakie mają teraz szefowie upokorzonych ekip. Dostawać srogie baty od jakiś tam napojów? To policzek wymierzony w dumę ikon samochodowych wyścigów.
Wszystkie te paradoksy nie są jednak w stanie zmącić kreowanego przez media wizerunku Formuły 1. Piękno sportu tkwi w triumfie rywala z góry skazanego na porażkę. Jednak szybciej w Polsce powstanie sieć autostrad, niż HRT pokona Ferrari w walce o którąś tam z Wielkich Nagród.

Jerzy Kraśnicki
 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK