wywiady i felietony

Felieton: Real kontra... Real

Polish Express
Polish Express logo

Felieton: Real kontra... Real

Tegoroczny finałowy mecz elitarnej futbolowej Ligi Mistrzów będzie bez wątpienia wyjątkowy. Na boisko wybiegną piłkarze z… tego samego miasta.

Historia sportu notuje tego rodzaju przypadki, ale miały one miejsce w innych dziedzinach sportowej rywalizacji.

Po raz pierwszy mamy do czynienia z derbami w dyscyplinie, która na Starym Kontynencie powoli zaczyna urastać do rangi nowej religii. 24 maja w Lizbonie spotkają się piłkarze reprezentujący dwa kluby z Madrytu: Real oraz Atletico.

Dotychczas w annałach Ligi Mistrzów tylko trzykrotnie zdarzyło się, by w meczu decydującym o końcowym triumfie spotkały się drużyny z jednego kraju.

W 2003 roku AC Milan rywalizował z Juventusem Turyn, pięć lat później w finale los zetknął Manchester United i Chelsea Londyn, natomiast ostatnią edycję rozgrywek wieńczył mecz Bayern Monachium – Borusia Dortmund.

To doprawdy zdumiewające. Niemcy, Włosi, Brytyjczycy inwestują w futbol astronomiczne kwoty, miliardy liczone w najprzeróżniejszych walutach krążą niczym satelity, a tymczasem tym razem do finału Champions League przedarły się przez eliminacyjne sito kluby ze stolicy kraju, którego – delikatnie to ujmując – do finansowych potęg zaliczyć nie sposób.
Jak Dawid z Goliatem

Obydwa kluby zdają się reprezentować odmienne środowiska społeczności Madrytu. Atletico od zawsze kojarzony jest z bardziej plebejskimi obszarami miasta, Real zaś pyszni się arystokratycznymi wyznawcami. Także pod względem sportowym obydwa kluby dzieli prawdziwa przepaść.

Jeśli chodzi o ilość zdobytych tytułów mistrza kraju korzystny dla „Królewskich” bilans wynosi 32:9, w rozgrywkach o Puchar Króla 19:10 i wreszcie w Pucharze Europy 9:0.

W tabeli wszech czasów Ligi Mistrzów sporządzonej od sezonu 1992/1993 Real Madryt okupuje trzecią lokatę, ustępując pola jedynie klubom FC Barcelona i Manchester United. Atletico w tym zestawieniu figuruje pod pozycją numer 44. Także pod względem możliwości finansowych obydwa madryckie kluby znacznie od siebie odstają.

Ostatnio dziennikarze „New York Times” policzyli, iż roczny budżet Atletico to coś około zaledwie jednej czwartej dochodów Realu jedynie z kontraktów telewizyjnych oraz wpływów od klubowych sponsorów.

Kontrast przywołujący na myśl biblijnego Dawida i Goliata. Choć zaglądając im w metrykę to dużej różnicy pomiędzy nimi nie ma. Real przyszedł na świat w roku 1902, zaś Atletico zaledwie rok później.

I jeszcze jedna dosyć drastyczna różnica. Obiekt Realu, czyli stadion Santiago Bernabeu może jednorazowo pomieścić dokładnie 85,454 widzów, a mecze na stadionie rywala może śledzić z trybun „zaledwie” 50,399 kibiców.
Nie tylko „królewski” Real
Ale Madryt to niestety nie tylko jeden Real znany przede wszystkim miłośnikom piłki nożnej. Jest jeszcze jeden, który w odróżnieniu od tego piłkarskiego, przez wszelkie możliwe stołeczne elity omijany jest jak najszerszym łukiem.

A właśnie Cañada Real zdecydowanie bardziej oddaje obecną sytuację ekonomiczną kraju, gdzie bezrobocie sięga prawie dwudziestu pięciu procent!

Cañada Real to chyba najbiedniejszy zakątek naszego kontynentu, to ogromna dzielnica slumsów, przywodząca na myśl kraje trzeciego świata, nie zaś stołeczne miasto jednego z krajów członkowskich Unii Europejskiej.

Tam raczej na próżno szukać bywalców stadionu Santiago Bernabeu, na który całosezonowy karnet kosztuje 800 – 900 euro. Chociaż znając zamiłowanie mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego do futbolu głowy bym nie dał.

Ten wydaje się być niewyczerpanym wprost źródłem rozmaitych paradoksów i… nonsensów. Cañada Real to w rzeczywistości sporej wielkości miasteczko.

Jego populacja szacowana jest na około czterdzieści tysięcy mieszkańców. Zamieszkane jest zarówno przez rodowitych Hiszpanów, jak i imigrantów – głównie z Maroka.

Bieda generuje rozmaitego rodzaju społeczne patologie, dlatego trudno się dziwić, iż Cañada Real to raj dla handlarzy narkotyków i różnego rodzaju gangów.

To niestety staje się syndromem naszych dziwnych czasów, opętanych pogonią za mamoną, podczas której silniejszy bezceremonialnie obchodzi się z mniej przebojowymi jednostkami. Madryt zdaje się tego najlepszym ucieleśnieniem.

W dziwnej symbiozie funkcjonuje arystokratyczny niemal klub piłkarski Real oraz Real, który nie tylko przez władze kraju najchętniej zostałby przykryty dywanem. Hiszpanie to naprawdę specyficzna nacja. Cześć jej przedstawicieli ma w głowie tylko igrzyska, inni zaś marzą o chlebie.

 

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK