wiadomości

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Polish ExpressPolish Express logo

Facet mnie obmacuje (cz. 23)

Przedlotniskowe obserwacje. Pół świni do kosza. Facet mnie obmacuje. Metalowe buty. Pijemy, bo nie można. Komitet powitalny. Sajgon w pokoju. Zagłada insektów. Czas na zmiany.

Poprzedni odcinek: Kiedy wreszcie ten samolot się rozbije? (cz. 22)

Wróciłem, ale zanim to się stało musiałem wsiąść do samolotu, a żeby wsiąść do samolotu musiałem się udać na lotnisko. Na odprawie pojawiłem się w ostatniej chwili, bo nie chciało mi się siedzieć w poczekalni, w której nie można palić. Większość czasu spędziłem przed budynkiem portu lotniczego, gdzie z nudów obserwowałem ludzi.

Do kosza na śmieci podchodzi facet z dużą torbą i wyjmuje z niej słoik wypełniony czymś białym. To twaróg od mamusi. Odkręca wieczko, wyjmuje z kieszeni łyżko-nóż-widelec i wyjada jedną trzecią, reszta ląduje w koszu. Wyjmuje jakieś buraczki, zjada część i sru do kosza. Podobnie uczynił z innymi produktami. Kiedy żartobliwie zasugerowałem mu, żeby poczęstował innych, spojrzał na mnie z taką nienawiścią, że ochota do żartów mi przeszła. Tymczasem kolejka do kosza znacznie się wydłużyła. Następny kolejkowicz, który miał nadbagaż wrzucił do kosza chyba z pół świni, nie całej oczywiście, lecz w kawałkach. Powędrowały tam zamrożone na kość golonki, żeberka oraz inne części ciała zamordowanego wieprza. Kolejna osoba miała do wyrzucenia tylko sok w dużym kartonie, ale depczące jej po piętach małżeństwo z dzieckiem upychało w koszu zamrożone, mamine pyzy i pierogi. Próbowali żartować, że pracownicy służb sanitarnych opróżniających kosze nie muszą przynosić do pracy drugich śniadań. W pojemniku zabrakło już miejsca, więc reklamówki z żywnością lądowały obok niego. Nie na długo jednak, a to w związku z reakcją mieszanej pary policjantów, która tego zabroniła. Znalazło się jednak wyjście z tej sytuacji - nadwyżkę żywności, bo przeważnie jej się pozbywano, rozdawano odprowadzającym, których było całkiem sporo. Na pokładzie samolotu stewardesa ogłosiła, że nie można spożywać własnego alkoholu, w tym czasie niektórzy kończyli już drugie piwo czy pierwszą flaszkę. Zresztą ceny piwa w samolocie są naprawdę drastyczne - mała puszeczka piwa kosztuje aż trzy funty!

Zanim dotarłem do samolotu musiałem przejść kontrolę. Teraz wiem, dlaczego rzeszowskie lotnisko, zdaniem amerykańskich ekspertów, jest najbezpieczniejsze w Europie. Bo nie wystarczy przejść przez bramkę i dać bagaż do prześwietlenia - każdy pasażer jest jeszcze obmacywany przez funkcjonariusza Straży Granicznej. Kobieta przez kobietę, mężczyzna przez mężczyznę. I co na to Liga Polskich Rodzin czy pani od „Teletubisiów”?! Przecież powinno być odwrotnie. Przechodząc przez bramkę usłyszałem jakieś dzwonienie, choć wcześniej powyciągałem z kieszeni wszystkie metalowe przedmioty. Powiedziałem panu z SG, że mam w kości ramienia 12 wkrętów AOL, a w przedramieniu śródszpikową śrubę Webera oraz dwa druty Kirchnera, dzięki którym moja ręka się nie rozlatuje. Pan jednak nie kazał mi wykręcać śrub, lecz... zdjąć buty, w których nie było nic metalowego. Przeszedłem boso i nic nie zadzwoniło. Dziwne. I właśnie wtedy mnie obmacano. Funkcjonariusz robił to beznamiętnie, bez żadnego uczucia, więc proszę LPR - nie czepiajcie się ich, bo nie ma o co. Lot z Polski do UK trwał krócej niż podróż ze Stansted na Acton. Dwadzieścia minut ze stacji Acton Town do domu z ciężką walizą, na kółkach co prawda i laptopem oraz aparatem fotograficznym na ramieniu.

 

Kiedy już doszedłem do domu, najpierw wszedłem do Omara do sklepu. Akurat był, a oprócz niego jeszcze jego brat i paru kuzynów, którzy układali towar na półkach. Zaskoczyło mnie przywitanie - bardzo serdeczne, łącznie z „misiami”. Ta radość była naprawdę szczera. Dziwiłem się, bo przecież wyjeżdżając zapłaciłem z góry, więc z czego oni się cieszą. Chyba że mnie lubią. Zapytali o podróż, o to czy jestem zadowolony z urlopu, o pogodę w Polsce. Nie pozwolili mi na wnoszenie bagażu do pokoju. Sami wnieśli. Byłem im zresztą bardzo wdzięczny, bo po tych wąskich schodkach wnoszenie czegokolwiek na drugie piętro jest naprawdę wyczerpujące.

Doszedłem do wniosku, że tytuł tego serialu - „W naszym angielskim domu”, który - moim zdaniem - był dość średni, okazuje się teraz „wielowymiarowy”. To nie tylko to, że mieszkanie nabiera cech domowych, że przestaje być hotelowym pokoikiem, „spalnią”. Podczas tygodniowego pobytu w Polsce, w rodzinnym domu, bardzo często łapałem się na tym, że moje myśli często błądzą wokół „naszego angielskiego domu”, wokół jego mieszkańców, ich spraw, że przybył mi kolejny obiekt tęsknoty. Będąc tutaj tęskniłem za „naszym polskim domem”, będąc tam, za angielskim.

Ten angielski dom, gdzie dobrze się czuję, do którego lubię wracać, to Anglia, Londyn, to praca, koledzy z pracy, sąsiedzi, to Tim, Andrew, z którymi wypijam kawę w kawiarni na parterze przed wyjściem do pracy. To czarni, biali, żółci, czerwoni, brązowi, muzułmanie, katolicy, żydzi, buddyści. To naprawdę genialne miejsce, gdzie człowiek nie czuje się zagrożony jeśli chodzi o poglądy, kolor skóry czy orientację seksualną. My, Polacy, niby naród mobilny, ale jednak mocno ukorzeniony w Polsce, podobno łatwo adaptujemy się na obczyźnie, ale nie do końca. Gdziekolwiek przyjedziemy, wszędzie nam źle. Tworzymy mniejsze lub większe getta bez żadnego uzasadnienia, co jest np. zrozumiałe w przypadku ortodoksyjnych żydów czy muzułmanów. Tworzymy je ze strachu przed czymś obcym, nieznanym, nowym. A czego tu się bać. No, ale dobrze, dość tej grafomanii.

 

Przekręcam klucz w drzwiach, zaglądam do pokoju, a tam istny „sajgon”, burdel przedwyjazdowy. Wiedziałem, że zostawiłem bałagan, ale byłem przekonany, że „lajtowy”, a tymczasem trudno było wejść do pokoju, żeby się nie zabić. Za chwilę ktoś zapukał. To Kamil. Stał w drzwiach i jak zwykle przed wejściem do mojego pokoju zdejmował buty, choć nigdy ani jego, ani nikogo o to nie prosiłem. Sam zresztą też nie mam tego zwyczaju. Tyle, że podłoga zawsze u mnie lśniła przez co właśnie miał do niej taki szacunek. Pewnie z domu to wyniósł.

- Po co je zdjąłeś? - zapytałem. - Nie chcesz sobie butów wybrudzić?

- Przyniosłem ci zajeb... bigos, ale widzę, że tu się nawet widelec nie zmieści, a poza tym skończyłem koledż i w sobotę robię imprezę.

Pogratulowałem Kamilowi i podziękowałem za bigos prosząc, żeby zostawił go w kuchni w lodówce, że później się nim zajmę. A swoją drogą to nie wiedziałem, że on jakieś nauki pobiera. Kamil oczywiście, nie bigos.

Gdzieś około północy zgłodniałem, a że zapomniałem o zakupach, zdecydowałem, że zjem Kamilowy bigos. Ale w lodówce go nie było, na szczęście okazało się, że są tam jajka, które kupiłem przed wyjazdem. No to sru - jajecznica z dwunastu jaj. Obżarłem się jak - nie przymierzając - wieprz i wtedy spojrzałem na kuchenkę gazową. Stał tam garnek z bigosem! Kiedy człapałem na górę usłyszałem na dole głośne kroki. Nie musiałem się odwracać, wiedziałem, że to Paul. Już na górze przywitał się ze mną tak serdecznie, jakbym co najmniej był jego bratem, którego nie widział od lat. Miłe to, nie powiem. Głupio mi było, że złościłem się zawsze na niego. Może to jego głośne zachowanie było nieświadome? Bo przecież kiedy miałem złamaną nogę czy chorowałem, to jednak zawsze mi pomagał. To chyba ja muszę się zmienić.

Jeśli już mowa o zmianach, to odnotowuję brak karaluchów. Zniknęły z kuchni i mam nadzieję, że nie przeniosły się wyżej. Omar sprowadził profesjonalą ekipę, która wytępiła robactwo u nas i u sąsiada, od którego przyłaziły. Trochę ich szkoda, bo w sumie spędziłem z nimi sporo czasu. Kiedy powiedziałem o tym Kamilowi, poradził mi, żebym założył stowarzyszenie obrony praw karaluchów i dodał, że tu, w Anglii, nikogo to nie zdziwi. O innych zmianach już za tydzień.

Janusz Młynarski
[email protected]

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

Lodówka mówi, że nie w Acapulco. Węgierskie żarcie w Meksyku. Wielkie zakupy. Faye, ale nie Dunaway. Racial abuse na High Street. „Polacy, czujcie się w UK, jak we własnym domu”. Kusząca propozycja.

Pożycz 200 funtów (cz. 38)

Pożycz 200 funtów (cz. 38)

Fascynacja stygnie. O czym tu rozmawiać. Skargi Vioricy. Nie dotykaj mojej siostry. Film w mojej głowie. Wróżba dla Luciny. Tajemnicze zniknięcie Vioricy. Pożycz 200 funtów.

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Prawdziwego Anglika trudno spotkać (cz. 9)

Polscy emigranci są mądrzy. Prawdziwego Anglika trudno spotkać. Inwazja Bośniaków. Parasolkowy atak. Masakra w „Poco Loco”. Pieczony nos. Kanapka z protezą. Islandzki gejzer zatokowy.

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Czołganie na tapczanie. Zimny laptop. Zapożyczenia z łaciny i nocna wizyta. Uniwersalne słowo na „k”. Nocna wizyta II. „Janusz, oni się biją!” Są głupie, ale nie wszystkie.

"Nie karabin lecz wiertarka" (cz. 89)

"Nie karabin lecz wiertarka" (cz. 89)

Narobiłem sobie smaku, ale co najgorsze, również i Czytelnikom, na jakąś niesłychaną sensację, a tymczasem okazało się, że ten „hicior” to nie karabin, lecz wiertarka i do tego jeszcze zepsuta....

Kiedy wreszcie ten samolot się rozbije? (cz. 22)

Kiedy wreszcie ten samolot się rozbije? (cz. 22)

Gdzie jest bilet. Czy jestem normalny? Tajemnicze zniknięcie paszportu, butów i spodni. Wpadam w panikę. Przeklęte kółka od walizki. Cztery pory roku na godzinę. Bilet niepotrzebny. Bomba w laptopie? Kiedy...

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Laptop toaletowy. Trybuna na gwoździu. Psycholog, który nie słyszał o Freudzie. Z powodu kryzysu, pracy nie brakuje. Drugi koncert poranny.

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Jak niesie plazmę, to Polak. Co jest ważniejsze od Zmartwychwstania. Czy nie ma już normalnych imion. Duchy istnieją naprawdę.

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

Sposób na religijne pogadanki. Susan i Berenica robią to samo. Chris, który grał z Pink Floyd. Mistyfikacja w salonie. Matki Polki mówią. Szok - Viktoria kąpie się codziennie.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK