ROZRYWKA

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Polish Express
Polish Express logo

Do czego naprawdę służy czajnik (cz. 41)

Pojędrnianie obwisłych policzków. Wory Luciny. Pięć lasek na tapczanie.

Poprzedni odcinek: Bliski koniec wątku rumuńskiego (cz. 40) >>

Jest trzecia nad ranem, nie mogę zasnąć, sięgam po kolejnego papierosa, ale zapalniczka odmawia posłuszeństwa, przekopuję wszystkie szuflady, kieszenie i co tam jeszcze. Yes! Yes! Yes! Jest! Jest! Jest! A nawet są, bo znalazłem dwie. Niestety, żadna k... nie działa! Zaglądam za tapczan, bo tam zdarzało mi się znaleźć różne przydatne rzeczy, ale wiem, że nic nie znajdę, bo Viorica wysprzątała wszystko do białej kości. W kuchni też nic do podpalania nie ma. Pardon, jest zapalniczka... ale też nie działa, nawet jednej iskry, żeby gaz w kuchence zapalić. No szlag mnie trafi! Może zapukać do kogoś? Ale nie, przecież wszyscy śpią, chyba że ktoś by się obudził. Mój wzrok padł na metalową rurę stojacą bez sensu w kącie od października zeszłego roku. Gdyby tak upadła, pewnie by się ktoś obudził. I upadła. Z moją pomocą. Odczekałem dobrą chwilę, ale nikt się nie pojawił. No cóż, skoro nikt nie reaguje, to trzeba powtórzyć. Powtórzyłem. Czekam. Yes! Yes! Yes! Na pierwszym piętrze zachrobotał zamek i po chwili na schodach rozległy się przytłumione kroki. Do kuchni wszedł zaspany Pakistańczyk. Przeprosiłem go tłumacząc, że niechcący potrąciłem rurę.
- Aha - powiedział trąc oczy i dodał: - Nie szkodzi.

Masz może zapałki? - zapytałem z nadzieją w głosie. - Albo zapalniczkę?

Oczywiście nie miał i bardzo mądrze podpowiedział mi, że mogą skorzystać z mikrofalówki. Nie zdążyłem go zapytać, jak się odpala papierosa od takiego sprzętu, bo szybko się oddalił. Mimo to zbliżyłem się do kuchenki, bo a nuż jest jakiś sposób, może Pakistańczyk nie miał na myśli posiłku, lecz papierosy i tej rady udzielił mi właśnie pod tym kątem? Hurra! Zapałki! Leżały spokojnie za mikrofalówką. Pudełko, na którym ktoś zapisał numer telefonu, lekko wilgotne, ale zapałki mogą być suche. Puste nie było, bo zanim otworzyłem, to potrząsnąłem. Zapałek było sporo, ale wszystkie spalone. No nie wszystkie - jedna była dobra, ale akurat lekko wilgotna, ale od czego jest mikrofalówka? Trzy minuty powinny wystarczyć, żeby zapałkę wysuszyć. Jest sucha jak pieprz, ale wytopiła się cała siarka. Rozglądam się za kawałkami jakiegoś drewna - prymitywne plemiona rozniecają ogień pocierając drewno o drewno. W kuchni tylko stół jest drewniany. Mógłbym potrzeć jedną nogą o drugą, stołową oczywiście. Nie, to niewykonalne. Jakieś krzemienie? Nie, najbliższy kamieniołom jest koło Tredegar w środkowej Walii. Nie, nie poddam się. Wróciłem do pokoju. Może by tak herbaty się napić... he, he, he, czajnik, he, he, he, a co jest w czajniku he, he, he, grzałka. A co się dzieje z grzałką, jeśli nie wleje się wody do czajnika? Ano rozgrzewa się do czerwoności. Zapalam papierosa i zabieram się do pisania.

Piersi na twarzy

Rano zalogowałem się pod prysznicem, a po kąpieli postanowiłem ogolić sobie paszczękę. Maszynek nie musiałem szukać, bo cały worek „bików” powiesiłem wcześniej nad lustrem, niestety gdzieś zapodział mi się krem, którym smaruję się po goleniu. Na szczęście Victoria zostawiła w łazience jakiś swój krem, więc postanowiłem go zastosować. Z tego co wyczytałem na etykietce, służył on ujędrnianiu piersi.
- Skoro dzięki niemu biust staje się jędrniejszy, to dalczego moje obwisłe policzki nie miałyby się stać równie jędrne? - tak sobie właśnie myślałem. I źle myślałem, bo nie dosyć, że się nie podniosły, to jeszcze na twarzy i na szyi wyskoczyły mi czerwone plamy - wyglądałem jak salamandra, tyle że nie czarno-pomarańczowa, lecz biało-czerwona. Polska.
Do wieczora nie wychodziłem z pokoju, czekając aż zejdą plamy. Na szczęście zeszły.

Koniec miłości

Wieszczyłem rychły koniec wątku rumuńskiego, a tymczasem zaszły nowe okoliczności, które wskazują, że będzie on nierychły. A było tak - w bankowo-holidejski poniedziałek spotkałem Lucinę, która kłóciła się z jakimś wysokim, szczupłym, krótko ostrzyżonym osobnikiem. Był to świeżo przybyły z Rumunii brat Viorela, którego poznałem dwa dni wcześniej. Lucina jazgotała, a on spokojnie malował wałkiem ścianę od czasu od czasu wypowiadając jakieś słowo lub dwa. Zapytałem co się dzieje i usłyszałem w odpowiedzi, że Lucina już znów nie jest z Viorelem. Tym razem definitywnie. Pokazała głową na dużą walizę i trzy jeszcze większe wory, w których były jakieś ubrania i buty. Nie musiałem do nich zaglądać, bo były akurat przezroczyste. Worki oczywiście.
- Zanieś to na górę - powiedziała.
- Na jaką górę? - spytałem zaskoczony.
- Do swojego pokoju.
Zgłupiałem do tego stopnia, że zaniosłem. Dopiero na górze nieco się zreflektowałem i zszedłem na parter, żeby sprawę wyjaśnić. Lucina wyjaśniła, że przeprowadza się jeszcze dzisiaj i przyjdzie wieczorem zabrać swoje rzeczy. Muszę powiedzieć, że się ucieszyłem, bo nie mam u siebie zbyt dużo miejsca. Aha, sprawa 200 funtów się rozwiązała - Viorica ma już pracę, zatrudniła się w jakimś barze na Victorii, ma tyrać przez 12 godzin dziennie, a z dojazdami wychodzi 14.

Północ

O północy ktoś zastukał do moich drzwi.
- Otwarte - krzyknąłem.
Ale nikt nie wchodził. Odstawiłem laptopa i otworzyłem. W drzwiach stała Marina, Lucina, Viorica oraz dwie nieznane mi dziewczyny. Zdjęły buty i nie pytając mnie o zgodę weszły na tapczan.
Porozkładały się tam wygodnie i Marina stwierdziła, że moje wróżby się sprawdzają, bo np. przepowiedziałem Lucinie, że czeka ją ciąża i rzeczywiście w nią zaszła.
- Naprawdę będziesz miała dziecko - zapytałem Lucinę.
- Tak.
- No a co z Viorelem, przecież rozstaliście się.
- No i co z tego, mało to ludzi się rozstaje? Poza tym nie wiem, czy urodzę to dziecko.
Położyłem karty. Walet kierowy, który w pewnych konfiguracjach oznacza ciążę przewijał się niemal za każdym razem, podobnie jak dziesiątka trefl, która oznacza podróż, daleką drogę. Lucina przyznała, że całkiem poważnie myśli o powrocie do Rumunii. Miała zamiar spędzić w Londynie rok i zarobić pieniądze na ostatni rok studiów, ale przestała już wierzyć, że znajdzie lepszą pracę. Z tej, którą ma - 100 funtów tygodniowo - wystarczy jedynie na przeżycie. O odłożeniu nie może być mowy.

Marinie musiałem wyjaśnić, że codzienne wróżenie pozbawione jest sensu, zasady są takie bowiem, że wróży się co najwyżej raz w tygodniu lub rzadziej. Udało mi się ją przekonać, ale do obsłużenia zostały jeszcze dwie dziewczyny, siostry - Anca i Halina. Też Rumunki. Halinie mógłbym wróżyć 24 godziny na dobę. Piękna osiemnastolatka. Byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby zrzuciła ze trzy kilo...
Po zakończaniu wróżenia od każdej klientki otrzymałem po paczce papierosów, jakieś napoje w puszkach (niestety, nie było to piwo). Trochę się krępowałem, ale Lucina powiedziała, że za wróżby należy się honorarium, bo inaczej będą nieważne. Marina dodała, że to nie wszystko, bo w lodówce w kuchni czeka na mnie gulasz i papryka faszerowana ryżem.
Gulasz był przepyszny, choć bardzo ostry, taki na węgierską modłę, świetna też była ta papryka. Było tego tak dużo, że wystarczyło mi na trzy dni. Dziewczyny obiecały, że będą mi przynosić swoje specjały co drugi dzień, bo w takim systemie sobie gotują. Nieźle, nie mam nic przeciwko temu.
Te conocne wizyty dziewczyn nie uszły uwadze Victorii. Częściej niż zazwyczaj wychodziła do łazienki, majstrowała przy suszarce, a od czasu do czasu pukała do mnie, by pożyczyć otwieracz do konserw lub zapytać czy nie mam żarówki, bo akurat się jej spaliła.
Na drugi dzień, kiedy odgrzewałem gulasz, Victoria przyszła do kuchni wyjąć swoje rzeczy z pralki. Widząc mnie zapytała wprost:
- Co ty robisz tam z tymi dziewczynami?
- A co można robić z dziewczynami na tapczanie? - odpowiedziałem pytaniem.
Od tego czasu Victoria patrzy na mnie z prawdziwym szacunkiem, podobnie jak Omar, któremu na podobne pytanie udzieliłem identycznej odpowiedzi.

Janusz Młynarski

Następny odcinek już w najbliższy poniedziałek

 


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Błoto na patelni (cz. 29)

Błoto na patelni (cz. 29)

Kulinarne zaćmienie mózgu. Czyje to uszy w barszczu? Jak odkurzać prysznicem. Smutna gęba narodowa. Betsy zamiast faceta.

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

Siedziałem z sąsiadami przed domem, piliśmy piwo, tyle że - jak się później okaże - przedostatnie piwo w moim życiu.

Dom jest przepastny (cz.1)

Dom jest przepastny (cz.1)

W naszym domu, niedaleko Acton Central, oprócz karaluchów i kilku myszy, mieszka jeszcze trzech Polaków, jeden Francuz, Nigeryjka oraz bliżej nieokreślona liczba Hindusów. Dom jest przepastny, a mieszkam...

Dlaczego córy islamu zasłaniają twarze?

Dlaczego córy islamu zasłaniają twarze?

Jak policjanta sikająca Polka oczarowała. Winetou i karaluchy. Majtki sąsiadki. Dziadka Viktorii rozmowy z aniołami.

Nie jestem żadnym rasistą (cz. 56)

Nie jestem żadnym rasistą (cz. 56)

Nie jestem żadnym rasistą. Kafejka znów czynna. Aresztowanie Viorela. Dowcip sponsoringowy. Nowy sąsiad. Złodziejska sieć.

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Gołąbki niepracochłonne. Przeprowadzam Victorię. Korzyści z Paula i nowej sąsiadki. Gołe baby na płytach. Padaczka z kokluszem. Awantura o szafki. Spacer niezbyt romantyczny.

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia (cz. 55)

Pleśń zdatna do spożycia. Studia w pralni. Nagła ewakuacja Rumunów. Bumerang, czyli Viorica. Taniec mamuta. Sesja fotograficzna.

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Laptop toaletowy. Trybuna na gwoździu. Psycholog, który nie słyszał o Freudzie. Z powodu kryzysu, pracy nie brakuje. Drugi koncert poranny.

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

"Paleontologia i złote strzały" (cz.76)

Zaproszenie do Bristolu. Nawet w Rosji się tak nie robi. Tajemniczy okrąglak na końcu mola. Witaj fortuno. Skąd wziąć worek na pieniądze. Ze spuszczoną głową, powoli. Co ma Bristol do Antarktydy.

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Dwa dni i cztery pory roku (cz. 62)

Laptop toaletowy. Trybuna na gwoździu. Psycholog, który nie słyszał o Freudzie. Z powodu kryzysu, pracy nie brakuje. Drugi koncert poranny.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK