ROZRYWKA

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Polish Express
Polish Express logo

Czołganie na tapczanie (cz. 48)

Czołganie na tapczanie. Zimny laptop. Zapożyczenia z łaciny i nocna wizyta. Uniwersalne słowo na „k”. Nocna wizyta II. „Janusz, oni się biją!” Są głupie, ale nie wszystkie.

Poprzedni odcinek: Kolejna wyprowwadzka Victorii (cz. 47) >>

Minęła północ, zrobiłem sobie kawę. Nie dlatego, że byłem senny, lecz dlatego, że lubię. Ułożyłem się w poprzek tapczanu, z kołdry i poduszki zrobiłem sobie oparcie, by nie dotykać gołymi plecami ściany, zapaliłem papierosa i postanowiłem wziąć się do pisania. Aha, jeszcze laptop - leżał w rogu tapczanu. Mój tapczan ma wielkość małego lotniska, toteż musiałem się trochę podczołgać, żeby laptopa przyciągnąć. W trakcie czołgania się potrąciłem filiżankę z kawą i popielniczkę. Substancja, która powstała w wyniku połączenia się kawy oraz popiołu i niedopałków nie komponowała się najlepiej z pomarańczową narzutą, więc szybko ją zdjąłem zmieniając na błękitną. Zrobiłem kolejną kawę. Jedyna korzyść z tego, że nie musiałem opróżniać popielniczki. Położyłem laptopa mniej więcej w tym miejscu gdzie kończą się uda, a zaczyna się brzuch i... wrzasnąłem. Nie miałem na sobie spodni, lecz jedynie dość skąpą bieliznę. Laptop był zimny, jak - za przeproszeniem - deska klozetowa w wychłodzonej łazience (każdy chyba zna to niemiłe uczucie, kiedy „vis maior” zmusza do tego, by na tej desce zasiąść). Żeby nie przedłużać powiem tylko tyle, iż tak wierzgnąłem, że znów wylałem kawę. Postanowiłem nie zmieniać już narzuty, ale nie z lenistwa, lecz dlatego, że więcej nie mam - ta była druga i jednocześnie ostatnia. Wrzasnąłem wniebogłosy i nie muszę chyba dodawać na jaką literę zaczyna się wywrzeszczane przeze mnie słowo. Włączyłem żelazko i zacząłem nim narzutę podsuszać. Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Zerwałem się z tapczanu i wówczas żelazko spadło mi na mały palec u nogi i zgasło światło. Najpopularniejsze w języku polskim zapożyczenie z łaciny zaczęło w tym momencie fruwać w moim pokoju niczym stado spłoszonych wróbli. Otworzyłem drzwi, ale nikogo nie zobaczyłem. I nic dziwnego, bo była to Victoria, a jak wiadomo, moja sąsiadka jest czarna.

- Janusz, co się stało? - spytała wystraszona. Właściwie to nie „Janusz”, tylko „Janusi” albo jakoś tak. W każdym razie nigdy jej się nie udało wymówić mojego imienia w miarę poprawnie.
- To długa i skomplikowana historia - próbowałem ją zbyć.
- To na pewno coś złego.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Bo zawsze tak mówisz, jak coś się złego dzieje. Jak ci się pralka nie chciała otworzyć, to cały czas powtarzałeś „kurwa”. Jak zobaczyłeś karalucha, tak samo, pod prysznicem, kiedy zabrakło wody i zawsze rano, przed wyjściem do pracy.

 

No tak, to prawda i trudno mi się dziwić, bo jeśli nie mogę znaleźć skarpet do pary albo łyżeczki, by pomieszać kawę (zdarzało mi się już mieszać długopisem, maszynką do golenia oraz wieszakiem), to niby co mam mówić? Tymczasem prądu dalej nie było, dlatego postanowiłem zejść na parter i w skrzynce „prądowej” podnieść odpowiednią dźwigienkę. Nie zdążyłem jednak, bo przyszedł do mnie współlokator Omara, młody sympatyczny Pakistańczyk (ten, który dwa tygodnie temu w nocy dyskutował ze mną i moją koleżanką o religiach) i zadeklarował, że sam załatwi sprawę braku światła. Rzeczywiście, po chwili znów było jasno. Zamknąłem drzwi, ale nie dane mi było zająć się pisaniem, bo znów rozległo się pukanie. Znów Victoria. Chciała dokończyć rozmowę na temat słowa, którego nadużywam. Poprosiłem ja do pokoju, tym bardziej, że zdjęła z siebie coś w rodzaju worka po nawozach, w którym wcześniej mnie nawiedziła, a przebrała się w krótką sukienkę, w pomarańczowo-brązowe trójkąty. Darowałem sobie, a przy okazji też i jej, wykład na temat etymologii tego słowa, historii itp. wyjaśniając tylko, że jest to słowo bardzo uniwersalne, które tak jak joker w kartach, tak w języku polskim zastąpić może każde słowo. Nominalnie oznacza kobietę podejrzanej konduity, ale też służy do wyrażania radości i smutku, złości, podziwu, bywa też słowem obraźliwym. Używane jest często w sytuacjach, kiedy Polacy nie strzelą bramki marnując dobrą okazję, ale kiedy strzelą, to również. Victoria ucieszyła się:

- W naszym języku też są takie słowa i wszystko zależy od tego, jak je wypowiesz!
- Bardzo się cieszę, ale idź już do siebie, bo się nie wyśpisz.
Prawdę mówiąc mało mnie to obchodziło, myślałem raczej o sobie. Miałem już normalną padaczkę z kokluszem I marzyłem tylko o spaniu. Ale siła wyższa postanowiła mnie ukarać chyba za ten egoizm, bo kiedy szykowałem się do zanurzenia w pościel, znów usłyszałem pukanie I jakieś męskie głosy oraz śmiechy.
Otworzyłem drzwi - ujrzałem Omara i tego drugiego.
- Janusz, chodź zobacz, oni się tam biją!
- Kto, do diabła!?
- Lucina i Viorel!

Co on pieprzy, przecież Lucina i reszta Rumunek miała wrócić w połowie października. No tak, właśnie jest połowa. Wyszedłem na korytarz i usłyszałem jakieś podniesione głosy. Tak, to była Lucina, poznałem ją po przenikliwych, wysokich tonach. Wrzeszcząc próbowała go uderzyć lub przynajmniej kopnąć albo podrapać, ale Viorel, prawie dwumetrowy facet, swoimi długimi rękami skutecznie te zamysły neutralizował. Ta głośna konwersacja odbywała się po rumuńsku. Viorel starał się ją mitygować, mówił spokojnie, co chyba jeszcze bardziej ją rozjuszało, wreszcie odepchnął ją i pobiegł do mu zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Lucina coś jeszcze wykrzykiwała, po czym zamilkła. Niestety, tylko na chwilę, ponieważ za chwilę zaczęła wołać mnie wykrzykując przy tym, że nie ma gdzie spać. Nie miałem ochoty na towarzystwo Luciny, więc nie odezwałem się.
- Kobiety to jednak głupie stworzenia - stwierdził Omar.
- Eee, nie wszystkie - odpowiedziałem.
- Wszystkie, tylko że jedne bardziej, a drugie mniej.

Och, jak bardzo bym chciał, żeby podyskutował sobie na ten temat z Kazimierą Szczuką, posłanką Joanną Senyszyn albo z prof. Magdaleną Środą.
Nie dane mi było zasnąć, bo o trzeciej nad ranem BBC 4 pokazała kolejny odcinek filmu „The history of the guitar”. Nie mogłem tego nie obejrzeć. Zrobiłem kolejną kawę, ale postawiłem ją na biurku i usiadłem w fotelu. Z brytyjską telewizją jest tak samo jak z polską - najlepsze programy pojawiają się na wizji dwie, trzy godziny po północy. Kogóż tam nie było! Les Paul - słynny gitarzysta jazzowy, ale jeszcze słynniejszy konstruktor gitar elektrycznych sygnowanych jego nazwiskiem, tzw. półpudeł, czyli „semi body”. Jaki gitarzysta nie marzył i nie marzy o stradivariusie elektrycznym. Później pokazywano fendery, stratocastery, gibsony, les paule i gwiazdy gitary, które wyrażały swoje opinie na temat instrumentów pokazując ich możliwości. Kogóż tam nie było. Carlos Santana, Mark Knopfler, Peter Towshend, Alvin Lee, John Etherigde, John Mc Laughlin i całe zastępy innych.
W poprzednim odcinku zacząłem opisywać moje przypadkowe spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem, Billem. Uznałem jednak, że ta znajomość i to co nas spotkało w krajach b. ZSRR nie może być potraktowane kilkoma zdaniami, lecz warte jest przynajmniej jednego odcinka (choć na książkę też by wystarczyło). Dlatego poczekam na stosowny moment i opiszę przynajmniej część naszych przygód. Zaręczam, że będzie to arcyciekawe.

Janusz Młynarski

Kolejny odcinek: Packing day (cz. 49) >>


Wszystkie zdarzenia i osoby przedstawione w opowiadaniu, są fikcyjne, a zbieżność z osobami i zdarzeniami rzeczywistymi jest lub może być w pełni przypadkowa

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK