ROZRYWKA

Czerwone kropki na komunijnej sukience (cz. 26)

Polish ExpressPolish Express logo

Czerwone kropki na komunijnej sukience (cz. 26)

Czerwone kropki na komunijnej sukience. Tnę fale Kanału La Manche. Zmieniam kanał. Kaczki jedzą moją czekoladę. Łabędzie nie wiedzą, że jestem Polakiem. Szczury obgryzają nogi w wodzie. Sen głupi i głupszy. Ann, Lizzy, Fiona i barka.Victoria zżarła impulsy.

Poprzedni odcinek: Gołąbki niepracochłonne (cz. 25)

Wybrałem się do Brighton, to znaczy próbowałem się wybrać i w rezultacie zamiast nad Kanałem La Manche wylądowałem nad kanałem na Willesden.
Obudziłem się o ósmej, nie muszę dodawać, że rano. Było jeszcze dość chłodno, ale BBC zapowiedziała kolejny upalny dzień. Oczami wyobraźni widziałem siebie na nagrzanej słońcem plaży, po której biegają skąpo ubrane dziewczyny, a ja niedbałym krokiem zmierzam w stronę morza. Po chwili tnę kraulem lekko wzburzoną powierzchnię Kanału La Manche, niczym Matt Biondi. Moje muskularne, opalone ramiona wynurzające się co ułamek sekundy spod wody budzą podziw plażowiczek, które przysłaniając oczy dłońmi obserwują moje zmagania z żywiołem. Na takich rozmyślaniach zeszły mi jeszcze trzy godziny. Wstałem z łóżka, spojrzałem w lustro, ramiona nawet muskularne, ale z opalenizną zdecydowanie gorzej. Były białe jak komunijna sukienka, a do tego wyskoczyły na nich jakieś czerwone kropki. Powiązałem to z zażyciem medykamentu, który miał zlikwidować alergiczny katar. Zlikwidował, ale na tym padole zawsze jest coś za coś - katar przeszedł, za to przyszły te cholerne kropki. Nic to -pomyślałem - słońce i kąpiele w morzu załatwią sprawę. Podróż do Brighton to przedsięwzięcie mało skomplikowane. Z Acton Central na Willesden Jnc., stamtąd na Clapham Jnc. i z Clapham już prosto do Brighton. Teoretycznie, bo w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Na stacji Willesden Jnc. dowiedziałem się, że z powodu jakichś robót inżynieryjnych nie ma połączenia z Clapham, tzn. jest, ale komunikacją zastępczą, czyli autobusami. W weekendy zawsze są takie cyrki, o czym zapomniałem. Poszedłem na przystanek czekając na „replacement”, ale już była godzina czternasta, więc zrezygnowałem. Gdzie by się tu ulokować? - myślałem sobie, bo przecież do domu nie było sensu wracać. W cieniu aż 27 stopni - trzeba być dokumentnym idiotą, by siedzieć w czterech ścianach. Chcąc nie chcąc ruszyłem w kierunku kanału na Willesden. Zawsze to nad wodą. No i jest tam trochę zieleni, łabędzie, dzikie kaczki. Jednym słowem całkiem „miłe okoliczności przyrody”. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a mimo to poczułem, że jakieś krople wody padają na moje buty. Nie bardzo mnie to zdziwiło, bo na Wyspach anomalie pogody nie są niczym zaskakującym. Gdyby nagle spadł śnieg, też bym się nie zdziwił. Ale to nie był deszcz lecz woda mineralna, która wylewała się do torby z odkręconej butelki. Zmokło wszystko co miało zmoknąć.

Uff, dotarłem już nad ten kanał, było cicho, przyjemnie. Kiedy usiadłem na nabrzeżu podpłynęły do mnie dwie dzikie kaczki. Nie miałem nic do jedzenia poza czekoladą z orzechami. Rzuciłem na próbę mały kawałeczek, kaczka niespiesznie zanurzyła głowę i równie spokojnie go wyłowiła. Podobnie zachowała się druga. Zjadły mi pół dużej czekolady. Pewnie oddałbym im całą, ale nadpłynęła barka i kaczuszki z wrzaskiem odleciały. Minęło kilka minut i przypłynęły, ale nie kaczki lecz łabędzie. Widać nie wiedziały, że jestem Polakiem i w każdej chwili mogę je skonsumować. Podobnie jak ich szare krewniaczki, dostojnie połykały moją czekoladę, czyli moje śniadanie wraz z lunchem. Z tymi śniadaniami to jest dziwna historia; zawsze późnym wieczorem przygotowuję sobie kanapki, które zamierzam następnego dnia wziąć do pracy. Wkładam je do lodówki w kuchni i wracam do siebie na górę. I się męczę, bo zawsze wówczas dopada mnie straszny głód i już nie myślę o niczym innym tylko o tych kanapkach. Schodzę więc na dół, zabieram je z powrotem i zjadam. I tak jest codziennie, a właściwie co wieczór. A co to ma wspólnego z kanałem i łabędziami? Nic. A dlaczego ma mieć?

Rozebrałem się, założyłem szorty, zapaliłem papierosa i włożyłem nogi do wody. Nie była pierwszej czystości albo sprawiała takie wrażenie. Całkiem ciepła. I wtedy usłyszałem krzyk:
- Wyjmij natychmiast te nogi z wody!
Obejrzałem się za siebie. Stała tam jakaś starsza, czarna kobieta.
- Ale ja mam czyste nogi - odparłem.
- Nie chodzi o to czy masz czyste, czy brudne lecz o to, że w tej wodzie jest pełno szczurów. Kiedyś pogryzły nogi mojemu kuzynowi.
Wyjąłem swoje nożyska z kanału mocno przestraszony. Szczury to jednak okropne świnie
Kobieta, która ostrzegła mnie przed gryzoniami przysiadła na znajdującej się obok kamiennej ławce. Zapaliła papierosa i powiedziała, że poczeka na swojego pieska. Rzeczywiście po chwili przybiegł mały czarny pudelek.
- A jak to się dzieje, że łabędziom ani kaczkom nic nie obgryzają? - zwróciłem się do mojej „ostrzegawczyni”.
- One płynąc, machają nogami i to odstrasza szczury.
- A gdybym ja machał swoimi, to szczury też by się bały?
Popatrzyła na mnie dziwnie i powiedziała:
- A chciałoby ci się cały czas machać?
Więcej pytań nie miałem, a pani po wypaleniu papierosa pożegnała się i odeszła wraz ze swoim pieskiem, który wabił się Toby.

Próbowałem coś czytać, ale pot lał się ze mnie i cała gazeta zrobiła się tak mokra, że nie nadawała się do czytania. OK, poopalam się. Położyłem się na wznak, bo przód opala mi się dłużej niż - za przeproszeniem - tył, ale poczułem nieprzyjemny zapach. Psia kupka wydalona zapewne przez Toby’ego. Przeniosłem się nieco dalej, na betonowe nabrzeże sprawdzając dokładnie miejsce pod względem „ekskrementalnym”. Było czysto, więc rozłożyłem się na ręczniku, ale niedługo to trwało, ponieważ palce mojej dłoni wystawały nieco poza betonowy pas, na którym leżałem, czyli znajdowały się już na ścieżce, którą od czasu do czasu przejeżdżali rowerzyści. Jeden z nich przejechał po moich palcach. Włożyłem je szybko do wody, ale natychmiast wyjąłem pomny tego co wcześniej usłyszałem o szczurach. Uraz na szczęście nie był zbyt dotkliwy, ale ręce trzymałem już przy sobie. Zmęczony tym wszystkim przysnąłem na krótko i miałem dwa sny, jeden głupi i nieprzyjemny, a drugi jeszcze głupszy, ale nie nieprzyjemny. Ten pierwszy: kupiłem sobie rower i po przejechaniu kilku metrów złamałem sobie obie nogi. Drugi: kupowałem w sklepie u Omara jakieś papierosy, pomidory, zieloną sałatę i zapłaciłem banknotem 10-funtowym. Omar wydał mi resztę: 3,45 ale –uwaga - to była jedna moneta! Ciekaw jestem czy komukolwiek przyśniła się kiedyś moneta 3,45-funtowa?! Moja babcia, która wierzyła w sny, twierdziła, że należy je interpretować odwrotnie. Też tak uważam, bo kiedy się obudziłem, to obie nogi były całe, a monety 3,45 nie istnieją.

Co jakiś czas tam i z powrotem przepływały przez kanał barki. Ich właściciele pozdrawiali mnie, a ci co płynęli wolniej wdawali się nawet w krótkie rozmowy. Jedna, na której płynęły trzy dziewczyny i jeden facet, nawet się zatrzymała kiedy zapytałem czy mogę zrobić zdjęcie. Dziewczyny się zgodziły i zagadnęły mnie czy nie chciałbym się przepłynąć z nimi. Dlaczego nie? Ann, Lizzy, Fiona i Harry, który w rozmowie nie uczestniczył, bo stał na rufie i sterował barką, okazali się miłymi ludźmi. Są artystami, rzeźbią, malują i urządzają różne happeningi. Kiedy już się rozsiadłem wygodnie, poczęstowano mnie piwem i wtedy przypomniałem sobie, że przecież zostawiłem na brzegu wszystkie swoje rzeczy: aparat, dość drogi niestety, garderobę, w której miałem pieniądze i karty bankowe oraz klucze, że o butach już nie wspomnę. Dziewczyny przejęły się jeszcze bardziej niż ja. Z naprzeciwka nadpływała akurat jakaś barka, więc pożegnałem się z dziewczynami i przesiadłem się. Ben i Daniel, jej właściciele, też się przejęli moją sprawą. Po 10 minutach byliśmy na miejscu. Nic nie zginęło. Zarówno dziewczyny, jak i Ben oraz Daniel dali mi swoje wizytówki i zaprosili do wspólnego pływania, gdybym miał kiedyś na to ochotę.

Wracając do domu naładowałem sobie u Omara telefon za 20 funtów. Zaraz po tym usiadłem sobie w „Churchfield Caffe” i zamówiłem kawę. Pijąc ją zobaczyłem Victorię, która szła z jakimś czarnym facetem.
- Cześć Janusz, czy mogę skorzystać z twojego telefonu?
Podałem jej komórkę. Rozmawiała długo, w nieznanym mi języku. Zostało mi na koncie półtora funta, ale nie mam już czerwonych kropek i jestem opalony.

Janusz Młynarski
[email protected]

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Wielki Dzień z Dziewicą (cz. 30)

Masakrowanie personaliów. Omar - rasista. Staszek nie bije słabszych. Ściany pełne gwoździ. Interwencja Romana. Wołodyjowski na czarno. Budki dla sępów na baobabach.

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Idiota i nie tylko (cz. 34)

Seksportale. Idiota i nie tylko. Kate Oversize. Po gazecie nie poznasz. Czerwony, czyli biały. Książka i baranina.

Urlop od Rumunek (cz. 43)

Urlop od Rumunek (cz. 43)

Co utargowała Viorica. Brzuch Vioricy. Parapet party. Bocian z oderwaną podeszwą. Jak straciłem 10 funtów i nie skopałem Jamajczyka. Mistrzyni onomatopei, Jean Pierre i pies Ves.

„Aktor” zabija bakterie przyprawami (cz. 5)

„Aktor” zabija bakterie przyprawami (cz. 5)

Demona ani słychu. Męczące myślenie o porządkach. O co chodzi w krykiecie. Przyprawiona opona. Dobrze, że nie świętuję. Brat Kamila. Kurtka brata. „Aktor” zabija bakterie przyprawami. Czy jestem...

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

"Powrót sąsiadki" (cz. 91)

Lodówka mówi, że nie w Acapulco. Węgierskie żarcie w Meksyku. Wielkie zakupy. Faye, ale nie Dunaway. Racial abuse na High Street. „Polacy, czujcie się w UK, jak we własnym domu”. Kusząca propozycja.

Pranie w Pakistanie (cz. 53)

Pranie w Pakistanie (cz. 53)

Pranie w Pakistanie. Co mają oczy do pośladków. Zaskakujące odwiedziny. Jak kupiłem Vioricy jednego buta.

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

Sposób na religijne pogadanki. Susan i Berenica robią to samo. Chris, który grał z Pink Floyd. Mistyfikacja w salonie. Matki Polki mówią. Szok - Viktoria kąpie się codziennie.

Acton, handlowa pustynia (cz. 54)

Acton, handlowa pustynia (cz. 54)

Acton, handlowa pustynia. Dżamarija z szara barą i arą. Tajemnica papierowej torby. Uratowany przez Murzyna. Przepraszanie sieci. Viorica czatuje. Bitwa o broadband.

Karaluch z choinką na plecach

Karaluch z choinką na plecach

Sąsiadka ma grypę, ale nie kwiczy. Tajemnicze hałasy raz jeszcze. Arab, porno i tapczan. Częste wizyty Viktorii. Co przychodzi znienacka? Danie z psa lub dla psa.

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Spie...ć gdzie chrzan rośnie

Jak niesie plazmę, to Polak. Co jest ważniejsze od Zmartwychwstania. Czy nie ma już normalnych imion. Duchy istnieją naprawdę.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK