wiadomości

Biznes po pakistańsku (cz. 12)

Polish ExpressPolish Express logo

Biznes po pakistańsku (cz. 12)

Jest problem. Weekendowy mur. Turek poliglota. Boniek jestem. „Ila ta szuszarka i butla gazowa?” Biznes po pakistańsku. Czego brakuje Polakom. Słaby Grek i nocny portier.

Poprzedni odcinek: Lesbijki to nie geje! (cz. 11)

Jest pewien problem i trudno będzie go rozwiązać. Roman zaparkował swój samochód na podwórzu za domem, ale nie może nim wyjechać, bo podczas weekendu sąsiad wybudował solidny mur, który zmniejszył szerokość wjazdu o dobre 30 centymetrów. Miał prawo, bo akurat ten pas ziemi należy do niego. Roman i jego koledzy widzieli, że robotnicy wznoszą mur, ale nie przyszło im do głowy, że samochód może zostać uwięziony. Zadyma i straszenie policją nic nie pomogło - sąsiad śmieje im się w twarz i radzi, by zamówili sobie dźwig z budowy stadionu olimpijskiego. Romanowi nie jest do śmiechu, bo w samochodzie jest duża skrzynia z narzędziami. Tylne drzwi auta przylegają do ściany budynku, a przednie są zbyt wąskie, żeby skrzynię wytachać. Podjechać do przodu nie można, bo ten nowy mur przeszkadza. Gdyby jednak się udało, to nie byłoby miejsca, żeby skrzynię wynieść, bo pojazd jest zewsząd otoczony murami. Chyba rzeczywiście będzie potrzebny dźwig.

Jakieś 300 metrów od mojego domu, blisko stacji metra, jest niewielki bar z kanapkami i kawą. Zawsze jak spóźnię się na metro albo metro się spóźni, przychodzę tam na kawę. Właścicielem jest Turek ze Stambułu. Przebywa w Londynie od kilku ładnych lat. Tydzień temu przyjechał jego ojciec. Ma 80 lat, wysoki, żylasty, ale wygląda zdecydowanie młodziej - mało zmarszczek, trzyma się prosto. Alik twierdzi, że jego ojciec mówi po polsku, czym - nie ukrywam - trochę mnie zaskoczył. Posadził ojca przy moim stoliku. Wstałem, przedstawiłem się, a on na to „Guten morgen”. Moja znajomość niemieckiego ogranicza się do „Hitler kaputt”. No, może jeszcze kilka słów bym wygrzebał. I wygrzebałem:

- Sprechen sie Deutsch?

Staruszek wyraźnie się ucieszył:

- Ja, naturlich – odpowiedział.

- Und Polnisch? - drążyłem.

Staruszek nie zakumał, ale Alik mu coś powiedział i dziadunio jeszcze bardziej się rozpromienił.

- Cieść Boniek, Siewinska, Lubanszky, ila maczie żelazko, ila szuszarka, ila namiot. Zaprasziam na dużo dobro złoto. Tanio. Pani uszandzie i napija szia kuka kuli. Ila pani dolar potebujesz. Gud Boniek, Dejna i Gurszki.

Najpierw myślałem, że chodzi o polskie gruszki. Może go jakiś Polak poczęstował, ale po chwili zorientowałem się, że chodzi o Kazimierza Górskiego.

Ojciec Alika patrzył na mnie prezentując w uśmiechu niekompletny garnitur zębów.

- Szuszarka tri dolara, butyla gazowa dżeszancz dolara. Jezy Kulej.

- Dobry jest jego polski? O czym on mówi? -zainteresował się Alik.

- O suszarce i butli gazowej - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- O czym?! Mój Boże, on chyba zwariował! Jakie butle, jakie suszarki?! O co tu chodzi!?

Ojciec Alika przez kilkadziesiąt lat handlował na największym bazarze w Stambule. Lata 70. i 80. ubiegłego stulecia to czas, w którym nieprzebrane rzesze Polaków udawały się na wycieczki handlowe do Turcji. Przywożono stamtąd dżinsy, kożuchy, kurtki skórzane, tekstylia, złoto, ale przede wszystkim dolary. Nawet osoby, które udawały się tam turystycznie, były do handlu niejako zmuszone. W owym czasie bowiem nie można było posiadać zagranicznej waluty i jeśli ktoś wybierał się do kraju kapitalistycznego, to musiał złożyć podanie o przyznanie dewiz. Osobie dorosłej przysługiwało 30 dolarów, a niepełnoletniej 15. Z taką kwotą nie było szans przeżyć więcej niż trzy dni, nawet w taniej Turcji. Dlatego zabierano ze sobą żelazka, suszarki, namioty, butle gazowe i inny sprzęt turystyczny, który był tam wyjątkowo drogi oraz kryształy. Turcy płacili całkiem nieźle. Później pozostawało już tylko przemycić do Polski zarobione dolary. Ojciec Alika ma czterech synów i dwie córki. Wszystkich dobrze wyposażył dzięki handlowi z Polakami, a córki wyszły za mąż za bogatych ludzi. Staruszek przyjechał nie tylko w odwiedziny, ale z pewnym pomysłem na biznes. Alik nie chciał zdradzić jaki to pomysł, żeby ktoś nie podkradł. Jest pewien sukcesu, bo czego tylko dotknął ojciec, zamieniało się w złoto. Trochę mu zazdroszczę, ponieważ ze mną jest dokładnie na odwrót.

Dalszy ciąg dnia też był biznesowy. Wlokłem się po schodach do mojego pokoju, kiedy ze swojego lokum na pierwszym piętrze wyjrzał Omar. Zdziwiło mnie to, że nie jest w sklepie na dole, kiedy panuje tam największy ruch. Okazało się, że przyjechał kolejny wujek, kuzyn czy inny brat z Pakistanu i inny brat, który jest tu dłużej, przysposabiał nowicjusza do pracy w sklepie. Kiedyś pytałem Omara jak to jest, że większość sklepów opanowana jest przez Hindusów lub Pakistańczyków. I oto co powiedział mi Omar.

Kiedy ktoś z naszej rodziny, bliższych lub dalszych znajomych jest w biedzie, wtedy organizujemy spotkanie kilku lub kilkunastu ludzi, naszych rodaków, którzy mają tu sklepy, pralnie i inne interesy. Zrzucamy się na paszport, wizę i przelot. Kiedy już przyjedzie, zapewniamy mu mieszkanie i wikt. Uczymy go na czym polega prowadzenie biznesu. W moim przypadku jest to sklep. Dowiaduje się on jak zamawiać towar i skąd, jak działają kasy fiskalne, jak się rozliczać. Po trzech miesiącach, kiedy już się nauczy, zrzucamy się po raz kolejny. Ale tym razem są to już spore pieniądze, bo musi on wynająć lokal, w którym otworzy swój własny biznes. Analizujemy co na danej ulicy najlepiej się sprawdzi - czy pralnia, czy bar, czy sklep i w zależności od tego kupujemy wyposażenie oraz towar. Zazwyczaj szukamy budynku mieszkalnego z lokalem użytkowym na parterze. Jest więc mieszkanie dla właściciela, są pokoje do wynajęcia dające dochód i, oczywiście, biznes na parterze. Biznes rusza i rusza spłacanie długu zaciągniętego wobec nas czy innych rodaków, którzy pomogli. Jeśli interes nie idzie dobrze, dokładamy pieniędzy. Nie ma czegoś takiego jak egzekwowanie długów, straszenie czy przemoc. Możemy sobie na coś takiego pozwolić, bo jesteśmy uczciwi wobec siebie. Nasz wychowanek, zazwyczaj po roku, zatrudnia już kolejnych ludzi, i tak w kółko.

Od lat obserwuję Polaków i jestem pewien, że zorganizowanie czegoś takiego z nimi nie powiodłoby się. Na pięciu uczciwych znajdzie się jeden, który ukradnie pieniądze i zniknie. Dlatego nie robię z Polakami interesów, bo trudno nazwać nimi zakup kilkudziesięciu słoików z polskimi potrawami i chleba. Brakuje wam też solidarności, nie potraficie się dzielić. Nie wszyscy, ale całkiem spora grupa. Nie potraficie cieszyć się z sukcesów swojego rodaka, nie lubicie się i marnujecie pieniądze wydając je na rzeczy niepotrzebne -alkohol, papierosy, dyskoteki. Nie wspieracie się. Może w Polsce jesteście inni, ale nie tu. Nigdy nie słyszałem tak długiego monologu w wykonaniu Omara, który dodał jeszcze, że w Pakistanie prawie każdy mówi po angielsku, dzięki czemu przybysze nie mają problemów z barierą językową. Co by nie powiedzieć, racji trochę ma. Trudno mi sobie wyobrazić, by tu, w Anglii, kilku Polaków np. złożyło się na takie wsparcie dla rodaka. Jeśli już, to w razie niepowodzenia w biznesie natychmiast pojawiliby się łysole z bejsbolami, by wyegzekwować dług. Możemy się nie zgadzać z teoriami Grossa, ale z Omarem trudno się nie zgodzić. Schodząc później zabrać pranie przed deszczem zapukałem do Kamila, bo usłyszałem jakieś radosne okrzyki. Zaintrygowało mnie to, bo ostatnio nie było tam wesoło. Kamil miał nie za dużo pracy
i jeszcze musiał utrzymywać swojego brata, Pawła, który z kolei nie mógł jej znaleźć. I wreszcie znalazł. A było to tak. Wyczytał w ogłoszeniu, że w jakimś kateringu potrzebują pracownika. Wybrał się tam, ale po drodze zobaczył starszego, eleganckiego mężczyznę opartego o mur. Okazało się, że jest mu słabo, więc Paweł podprowadził go na przystanek, posadził na ławce i wezwał pogotowie. Przyjechało szybko, zbadali, do szpitala nie wzięli, bo pacjent odzyskał siły i powiedział, że da sobie radę.

- Zaprosił mnie do pubu na koniak, mówił, że ma niskie ciśnienie i ta pogoda go dobija. Urodził się w Londynie, ale jego dziadkowie byli Grekami. Zapytał skąd jestem i co tu robię. Odparłem, że nic, że szukam pracy, a on mi odpowiada, że już mam! Mężczyzna, któremu pomógł Paweł, jest właścicielem kilku hoteli. Nie jest to najwyższa kategoria, bo tylko trzy gwiazdki, ale są bardzo popularne. Paweł będzie pracował jako nocny portier - od dwudziestej pierwszej do dziewiątej rano. Po dwudziestej trzeciej może się przespać w pokoiku za recepcją, ale o siódmej rano ma być na nogach.
Po śniadaniu do domu. Prawie dziewięć funtów na godzinę! Na początek. Przyjemnie było popatrzeć na szczęśliwe twarze Pawła i Kamila - to naprawdę rzadki widok u naszych rodaków.

Janusz Młynarski

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Za czym tęskni Viorica (cz. 39)

Wróżka z Acton. Kebabowy macho. Wąż Eskulapa i ja. To nie zamek, to dom się wali! Bliskie spotkanie ze schodami i tapczanem. Piętaszek i farba na kaca. Nieoceniona pomoc Vioricy.

Jeszcze raz to samo (cz. 58)

Jeszcze raz to samo (cz. 58)

Jeszcze raz to samo. Dobrze , że nie po czesku. Mike i herbata prosto z Wisły. Jaka tam ze mnie kobieta. W tym kraju nie da się żyć. Chytry plan. Po czym poznać, że jest zima?

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Bułgarski sposób na angielską zimę (cz. 70)

Hiszpan na zakręcie. Powrót ugodzonej torbą. Zcziembra borożo minto karota. Obiado de Espania. Gdzież Portugalczykom do takich imion. Co Juan ma wspólnego z saperem Wodiczką. Doda nie miałaby szans. Czy...

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

"Przedostatnie piwo w moim życiu" (cz. 92)

Siedziałem z sąsiadami przed domem, piliśmy piwo, tyle że - jak się później okaże - przedostatnie piwo w moim życiu.

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Jesteśmy złodziejami i Albańczykami (cz. 16)

Dwaj faceci w turbanach. Gdzie jest skrzynka. Schody lecą na łeb, na szyję. Wardak rwie włosy i lamentuje. Jakiego słowa nie lubi Omar. Victoria – awanturnica. Pomagam Kamilowi. Jesteśmy złodziejami...

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

O tym, jak sąsiadka głaskała moje kończyny…

Sposób na religijne pogadanki. Susan i Berenica robią to samo. Chris, który grał z Pink Floyd. Mistyfikacja w salonie. Matki Polki mówią. Szok - Viktoria kąpie się codziennie.

79 niewidzialnych lokatorów (cz. 57)

79 niewidzialnych lokatorów (cz. 57)

79 niewidzialnych lokatorów. Indiana Jones z Churchfield Road. Węgier z „bejsbolem” na strychu. Whisky zielona i gęsta. Czym się różni Bośniak w czapce od tego bez czapki.

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Odzież można przewietrzyć (cz.2)

Do domu wróciłem nieco po 22, deszcz lał niemiłosiernie chyba już czwarty dzień, doszedłem więc do wniosku, że pranie które wisi na zewnątrz od kilku dni, na pewno już nie wyschnie. Dobrze, że miałem jeszcze...

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

"Wojna polsko-chorwacka" (cz. 78)

„Gulka” w potylicy. Krótki kurs historii. Gdzie jest ryba. W Tamizie pływają filety. Złodziej, który mieszka pod zlewem. Śmierdząca sprawa. Węgierka traci oddech. Pułapka na lokatorów.

Kogo zrzucę ze schodów (cz. 51)

Kogo zrzucę ze schodów (cz. 51)

Kogo zrzucę ze schodów. Tajemnicza saszetka za biurkiem. „Bombay Bimbos”, czyli hinduskie porno. Długo po krótkich schodach. Spotkanie z torbą.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK