POLACY W UK

Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15)

Polish Express
Polish Express logo

Amerykański głupek nie zrozumie Katynia (cz. 15)

Victoria zakłada restaurację. Polski bar w Nigerii. Przeżyć za 30 funtów miesięcznie. Jak wypiją, to pukają. Romek się skrada na czworaka. Boją się tego, co piszę. Sąsiad skacze jak piesek. Urodziny Chrisa. Skarby na półce. Nobel dla Polaków. Amerykański głupek nie zrozumie Katynia.

Poprzedni odcinek: Koniec betonowej pułapki (cz. 14)

Pogoda fatalna, spadki ciśnienia atmosferycznego dobijają mnie, niskociśnieniowca. Nie pomagają litry kawy i napojów energetycznych. Dwieście metrów, które dzielą mnie od stacji do domu, wydawały mi się nie do przejścia. Po drodze spotkałem Paula, szedł do pracy. Zapytał, czy dobrze się czuję, bo wyglądam na zmęczonego. Odpowiedziałem, że średnio i powlokłem się dalej.

Zza uchylonych kuchennych drzwi wydobywało się światło. Pora w sumie dość wczesna, bo kilka minut przed osiemnastą, mieszkańcy albo pracują, albo są w drodze do domu. Zajrzałem i zobaczyłem Victorię gotującą jakieś swoje potrawy. Zdziwiła mnie jej obecność o tej porze, bo zazwyczaj wracała z pracy około 22.00. Wyraziłem swoje zaskoczenie pytaniem i dowiedziałem się, że zrezygnowała z nadgodzin, które co prawda były dobrze płatne, ale zabierały jej czas – 12 godzin dziennie. Położyłem torbę z zakupami na podłodze i wdałem się w rozmowę.
- Skoro tak świetnie gotujesz, te swoje afrykańskie potrawy, to może powinnaś założyć jakąś restaurację i serwować tam nigeryjskie dania?
Okazało się, że Victoria ma taki zamiar, ale nie będzie go realizować w Londynie, lecz w Nigerii. Najpierw jednak musi odłożyć pieniądze na zakup lokalu. Przyznała się, że za te pieniądze, które już odłożyła, mogłaby kupić dwie restauracje, ale chciałaby jeszcze otworzyć sklep z odzieżą. Restauracja z wyposażeniem kosztuje w Lagos, największym mieście Nigerii, około 10 tysięcy funtów, a dochód narodowy (?) na jednego mieszkańca to 700 funtów rocznie. Przeciętny Nigeryjczyk musi przeżyć za 30 funtów miesięcznie, tak przynajmniej mówi Victoria.
Nigeryjczycy to mają szczęście – nie dosyć, że ich waluta jest słaba, to jeszcze mają 17-procentową inflację! U nas jest akurat odwrotnie, a za 10 tys. funtów to w Polsce można co najwyżej garnki i nakrycia kupić.

Victoria chce jeszcze popracować w Londynie pięć lat, i – jak mówi – jej noga już tu nie postanie. Obiecała, że zaprosi mnie na otwarcie swojej restauracji. Nawet bilet mi zafunduje!
- Gdybym już przyleciał do Nigerii, to mógłbym w Lagos otworzyć polską restaurację – zasugerowałem Victorii
- Tak, tak w Nigerii nie ma polskich restauracji, a w Lagos na pewno.
Wierzę jej, bo skoro nigdy nie słyszała o Polsce, to o restauracjach tym bardziej.
Tylko co bym tam podawał gościom? Pierogi, flaczki, bigos, smalec ze skwarkami, płucka? Obawiam się, że to by nie przeszło – większość potraw nigeryjskich, to dania wegetariańskie, a jeśli już mięso, to raczej ryby i ptactwo. No ale nic, mam jeszcze sporo czasu. Wychodząc z kuchni zapytałem jeszcze o sąsiadów. Okazało się, że wszystko ok. Tyle że jak im się zdarzy więcej wypić, to pukają do jej drzwi i zapraszają do siebie, ale nie są zbytnio nachalni.

Zauważyłem, że sąsiedzi Victorii unikają mnie. Kiedy schodzę po schodach, zarówno Roman, jak i Staszek czy Tadek, starają się nie wychodzić z pokoju. Ostatnio przyłapałem Romka jak skradał się na czworaka po schodach, żeby wziąć odkurzacz z piętra, na którym mieszkam. Nie pytałem, o co chodzi, choć mnie to rozśmieszyło – starszy, poważny facet śmiga na czterech łapach po schodach! Kamil wyjaśnił mi, że oni się mnie boją.
- Wiedzą, że ich opisujesz i dmuchają na zimne. A nuż zrobią coś nie tak i później wstydu się najedzą.
Poszedłem do nich, otworzył mi Staszek:
- Naprawdę się mnie boicie? Przecież rozmawialiśmy na ten temat.
- Niepotrzebnie o tym samochodzie pisałeś, bo myśmy znajomym powiedzieli co innego, a oni przeczytali, jak było naprawdę. I ch... cię wie, co jeszcze napiszesz.
Przyznam, że zrobiło mi się głupio – nie chciałem ich narażać na zdemaskowanie, byłem przekonany, że kamuflaż, który zastosowałem, był skuteczny.
- Ale skradać się po odkurzacz Romek nie musiał.
Sąsiad, który zamurował im samochód, chodzi teraz jak zegarek. - Roman zagroził mu, że doniesie tam gdzie trzeba o tym, że kradnie prąd.
Sąsiad się zdenerwował i stwierdził, że on już kupił dom z taką instalacją.
- Powiedziałem mu, że przewód jeszcze nie zaśniedział, że to całkiem niedawno zrobione obejście. Skacze teraz koło nas jak piesek, aż miło popatrzeć.
Sobota, telefon od Andrew:
- Przyjeżdżam po ciebie za kwadrans i zabieram do Chrisa na urodziny.

Zanim zdążyłem coś powiedzieć, wyłączył się. Dokładnie po piętnastu minutach podjechało pod „nasz angielski dom” zielone volvo. Po dwudziestu minutach byłem już przed domem Chrisa na Chiswick. Przyjęcie odbywało się w obszernym living roomie, w którym nie było centymetra wolnej ściany – wszędzie regały pełne książek i hinduskich figurek: Buddy, Sziwy i Kali. Gdzieniegdzie plakaty Mahavisnu, Shankara i „Blood Sweat and Tears”. Solenizant, Mirko, Andrew i jakiś czarnoskóry facet, którego nie znałem – wszyscy w garniturach, tylko ja jak łachmaniarz i na dodatek bez prezentu.
- Nie przejmuj się, my wiemy, że jesteś biedny Polka uśmiechnął się Andrew.
Złożyłem życzenia Chrisowi, skończył 54 lata. Wyjechał z Grecji 26 lat temu, w Londynie skończył studia, niejedne zresztą i wszystkie związane z historią literatury i historią sztuki. Mirko, który jest o dziesięć lat młodszy, skończył filologię słowiańską na belgradzkim uniwersytecie. Uciekł z Serbii i przez pewien czas przebywał tu nielegalnie, ale już jest wszystko ok – zalegalizował swój pobyt. Ten czarnoskóry gość, to ich kumpel, Cesar z Brazylii. Poznali się na Portobello, tam gdzie każdy z nich handluje „śmieciami”.
- Dla prymitywa są to śmiecie, dla człowieka z duszą, to skarby - mówi Cesar.
Chris pokazuje mi księgi z XVI, XVII wieku, które zajmują całą najwyższą półkę nad kominkiem, czyli jakieś dwa metry. Mówi chyba prawdę twierdząc, że gdyby je sprzedał, to mógłby za te pieniądze żyć bardzo długo, nie pracując. Jedna z tych książek, to „Sonety” Szekspira, z jakimiś notatkami na marginesach.
- Nieraz bywały takie sytuacje, że brakowało mi pieniędzy i kiedy już byłem zdecydowany na sprzedaż kolekcji, zawsze zdarzał się cud – wpadała mi w ręce większa gotówka. Myślę, że to zasługa tych figurek.

Dużo czasu zajęła mi rozmowa z Chrisem na temat polskiej literatury i filmu. Chris ceni np. poezję Adama Zagajewskiego i twierdzi, że to twórca godny Nobla, jako laureata widziałby również Sławomira Mrożka. Miło posłuchać czegoś takiego. Udało mu się obejrzeć „Katyń” Wajdy, ale Oscara mu nie wróżył:
- To świetny film, ale za trudny film dla amerykańskich głupków.
Około północy zostałem odwieziony do domu.

Janusz Młynarski

Redakcja Polish ExpressRedakcja Polish ExpressFacebookTwitterYoutube

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK