kultura

Aktorstwo to zawód okrutny

Polish Express
Polish Express logo

Aktorstwo to zawód okrutny

Z Marianem Opanią, aktorem teatralnym i filmowym, rozmawia Krzysztof Lubczyński.


- Jak to się stało, że dostał pan rolę redaktora Winkla w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy?

- W sierpniu 1980 roku byłem całym sercem za tym ruchem, wierząc, że wygrzebiemy się spod sowieckiego buta i wkrótce po tym dowiedziałem się, że powstał pomysł nakręcenia drugiej części „Człowieka z marmuru”. I oto pojawił się u mnie asystent Andrzeja Wajdy ze scenariuszem i pytaniem czy nie zagrałbym świetlanej postaci z Wybrzeża, redaktora Jabłonkę z telewizji gdańskiej, który nakręcił filmy dokumentalne o wypadkach grudniowych 1970 roku. W scenariuszu, po rozmaitych perypetiach, ma on przyjmować delegację z Warszawy, Agnieszkę graną przez Krystynę Jandę i redaktora Winkla, którego miał grać Zbigniew Zapasiewicz. Przeczytałem scenariusz, ale mnie spodobała się rola Winkla. Pomyślałem: „Jezus Maria, ale to dla mnie rola”. Niestety, już obsadzona. Zagrałem dwa dni zdjęciowe w roli tego Jabłonki i nawet się to Wajdzie podobało. Pewnego dnia dzwoni do mnie Basia Pec-Ślesicka, kierownik produkcji i mówi: „Maniuś, mam dla ciebie dobrą wiadomość”. Wajda piał z zachwytu, ale rola ci się trochę powiększyła. Grasz główną rolę, za Zapasiewicza”. I ja w ciągu 11 minut zajechałem na Chełmską z Teatru Komedia zdezelowanym maluchem.

- Jak się panu pracowało z Wajdą już na planie?

- Nie powiem, żeby miał do mnie od razu zaufanie. Trochę mnie poganiał, żebym szybciej grał. Powiedziałem, że ja tak nie potrafię, muszę mieć czas na przemyślenie. Wajda na to, że myślał, iż trzeba do mnie zastosować ostrogę. Powiedziałem, że nie, że u mnie przeciwnie. Kiedy przyjechaliśmy na Wybrzeże, przeszliśmy z Wajdą na ty i wtedy mi powiedział, że mogę robić z postacią Winkla co mi się żywnie podoba. W pewnym sensie ojcem chrzestnym mojego warsztatu filmowego był Kazimierz Kutz, z którym kręciłem „Skok”, za który dostałem nagrodę Cybulskiego, „Perłę w koronie”, „Śniadanie u Tiffany’ego” i „Żołnierzy”.

- Pracowaliście w szybkim tempie?

- Tak, na gorąco, bo czuliśmy oddech cenzury, która tylko czyhała, żeby ten film przyskrzynić. Oficjalnej premiery, jak wiadomo, nie było, a film cudem pojechał do Cannes, gdzie zdobył Złotą Palmę. Pamiętam też spotkania z miejscowymi robotnikami, stoczniowcami w ich domach. Po latach niektórych z nich spotkałem w Hamburgu, pracujących na czarno po przymuszeniu do wyjazdu, zalkoholizowanych. Jako ciekawostkę mogę podać, że Wajda był u generała Jaruzelskiego, żeby załatwić u niego czołgi do scen z grudnia 1970 roku, ale ich nie dostał i musiał zadowolić się kronikami dokumentalnymi. Jednak kręcenie sceny ataku milicji na robotników ubezpieczali prawdziwi milicjanci.

- Jak pana rolę przyjęła zagraniczna krytyka?

- Jeden z amerykańskich krytyków pochwalił przed Wajdą Jandę i Radziwiłłowicza. A kiedy Wajda zapytał: „A Opania?”, krytyk machnął ręką mówiąc, że „zagrałem jak amerykański aktor”. Był to jednak dla mnie, paradoksalnie, komplement.

- Wielu aktorów mówi, że to zawód niszczący, okrutny. Prawda to, czy mit?

- Prawda. Chociaż znam nielicznych kolegów, którzy nie mają tremy, ale za to średnio jest z poziomem ich warsztatu. Ja tremę mam zawsze i bywało, że imałem się różnych środków uspokajających, a to relanium, a to kieliszka koniaku, co jest zresztą zgubne. Pod wpływem alkoholu nie gra się lepiej. Ta trema bierze się stąd, że ludzie wykonujący ten zawód są na ogół wrażliwi, a tu trzeba mieć odporność nosorożca. Dlatego odradzałem ten zawód mojemu synowi Bartoszowi, bo wiedziałem czym to pachnie. Na szczęście, ostatnio został mocno dopieszczony.

- A pan lubi ten zawód?

- Nie zawsze. Nie lubię, jak niektórzy koledzy traktują go jak misję, jak posłannictwo. Artystą się bywa raz na kilka lat. Poza tym nie lubię sztancy i powtarzalności. Radzę sobie z tym, czasem nawet zaskakując kolegów. Na początku nie miałem łatwo, rozkochałem się dopiero w teatrze Ateneum, który od lat był moim marzeniem. To teatr kameralny, a ja nie lubię grać na wielkich scenach.

- Dlaczego?

- Bo granie na postawionym głosie, a na dużych scenach trzeba tak grać, gubi prawdę. Są role klasyczne, które tego wymagają, ale Steinbecka czy Faulknera tak grać nie można. Do tego jest potrzebna mała scena, jak Ateneum. Poza tym jest tu bardzo zróżnicowany repertuar, od klasyki poprzez współczesność do form muzycznych, co lubię.

- Zagrał pan wiele ról filmowych, ale jednak pana żywiołem artystycznym jest teatr, w tym telewizyjny.

- I bardzo ubolewam nad ogólnym obniżeniem jego poziomu, a także poziomu aktorstwa, produkcji telewizyjnej itd. Mój kolega reżyser zrealizował serial i dowiedział się, że nie będzie on wyemitowany, bo jest za dobry i będzie miał niską oglądalność. Z telewizji powszechnie dostępnej wyrugowano wszelką kulturę i przeniesiono ją do mającej minimalną oglądalność TVP Kultura. Teatr Telewizji był fenomenem o wielu odnogach: dramatycznej, tragicznej, komediowej, klasycznej, współczesnej, kameralnej, nawet kryminalnej w „Kobrze”. A teraz bywają tylko kwiatuszki na bardzo pustej łące.

- Zawsze miałem kłopoty z określeniem pana aktorskiego emploi. Z jednej strony jest ono niewątpliwie dramatyczne, z drugiej przeniknięte nutą humoru...?

- W sumie czuję się aktorem dramatycznym i cieszę się, że w pewnym momencie to zauważono powierzając mi role w „Ryszardzie III” Szekspira i „Edwardzie II” Marlowe’a. Potrafię grać także w komediach i farsach, bo się tego nauczyłem, ale nie za bardzo za tym przepadam. Nie mam tzw. vis comica w typie Janka Kobuszewskiego. Wiesia Gołasa czy Romka Kłosowskiego. Ja jestem szary, nie jestem zewnętrznie bardzo wyrazisty czy charakterystyczny. Mimo to czasem mi ta konwencja wychodzi zupełnie nieźle.

- Czy miał pan swojego mistrza teatralnego?

- Miałem, ale zdziwi się pan, jak powiem kto nim był. Był nim kolega biurowy mojej mamy w Rejonie Dróg Wodnych w Puławach, inżynier budownictwa wodnego Zbigniew Kędzierski. Był to wielki artysta, człowiek żyjący teatrem, który skończył kurs reżyserski w oflagu, gdzie wykładowcą był m.in. Leon Schiller. To pan Kędzierski prowadził teatr amatorski w Puławach i on mnie nauczył mówić Norwida. On uczył opowiadać historię wyrazem oczu. Moimi mistrzami w szkole byli Aleksander Bardini, Kazimierz Rudzki, Jan Kreczmar, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin. Co nazwisko to tuzy. Spośród reżyserów świetnie pracowało mi się z Januszem Warmińskim, Olgą Lipińską. Z filmowych, poza wspomnianym Kutzem czy Wajdą, także z Jerzym Antczakiem, wspaniale mobilizującym aktora swoim entuzjazmem. Nie lubię natomiast reżyserów - sierżantów.

- Ma pan 65 lat. Czy świadomość tego wpływa jakoś na pana?

- Poczucie przemijania towarzyszy mi od wczesnej młodości. Codziennie budzę się z uczuciem, że umrę i już się do tego przyzwyczaiłem. Nie jest przyjemnie osiągać wiek emerytalny, ale w naszym zawodzie nie ma odpoczynku. My pracujemy do śmierci. Mam jeszcze mnóstwo marzeń, planów i nie zamierzam składać rynsztunku. Nieźle określił mnie mój syn, który często skarży się, że nie lubi tego zawodu, bo strasznie dużo go kosztuje, bo nie może spać, nie może jeść, odchorowuje każdą premierę. Otóż powiedział: „Ojciec, widzę jak uwielbiasz ten zawód, jak lubisz brylować na scenie, jak uwielbiasz brawka i bisiki”. Ale przecież uwielbienie widowni to podstawa dla aktora. Jak się trafi na nic nieczującą i nic niekapującą widownię, to człowiek jest załamany.

Chcesz się z nami podzielić czymś, co dzieje się blisko Ciebie? Wyślij nam zdjęcie, film lub informację na: [email protected]

Chcesz na bieżąco czytać o wydarzeniach w UK? Pobierz aplikację Polish Express News na Androida i iOS.
Materiał chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i publikowanie wyłącznie za zgodą wydawcy.


Podobne artykuły

Ulubieniec i ulubienica

Ulubieniec i ulubienica

Po filmie „Vicky Cristina Barcelona” przyszedł czas na kolejną współpracę nowojorskiego reżysera, Woody’ego Allena z hiszpańską gwiazdą Penelope Cruz. Nie wiadomo jeszcze czego będzie...

Tak brzmiała Polska

Tak brzmiała Polska

Pełna hala ludzi, znakomite nagłośnienie, a nad głowami ludzi telebimy z powiewającymi biało-czerwonymi flagami. Londyńska Polonia hucznie bawiła się na koncercie grupy KOMBII.

Pantera zorientowała się, że upolowana zdobycz miała młode. Szokująca reakcja drapieżnika!

Pantera zorientowała się, że upolowana zdobycz miała młode. Szokująca reakcja drapieżnika!

Ten film ma wszystko, co potrzebne, by zachwycić widzów. Napięcie, nieoczekiwany zwrot akcji, niesamowity głos lektora - Jeremy'ego Ironsa.

Magdalena Cielecka: Teatr jest fundamentem

Magdalena Cielecka: Teatr jest fundamentem

„Nie każdy ma takie szczęście, że może pracować od razu w dobrym teatrze i pozwolić sobie na to, by nie musieć zarabiać pieniędzy”. Rozmowa z aktorką Magdaleną Cielecką.

Dzieje się w Polsce: Rząd w zaostrzył kary dla pedofilów. Prymas zapowiada powstanie "funduszu solidarnościowego" dla ofiar molestowania

Dzieje się w Polsce: Rząd w zaostrzył kary dla pedofilów. Prymas zapowiada powstanie "funduszu solidarnościowego" dla ofiar molestowania

Wczoraj w nocy po burzliwej debacie w Sejmie przegłosowano nowelizację polskiego kodeksu karnego, która zaostrza kary za przestępstwa dotyczące m.in. pedofilii. Tymczasem prymas Polski zapowiada powołanie...

Pomysłowość to wasz atut

Pomysłowość to wasz atut

„Nigdzie nie widziałem tyle marazmu co w Polsce. Nic się nie opłaca, niczego nie warto robić, wszystko jest skazane na porażkę. Z drugiej strony, wystarczy powiedzieć Polakowi, że czegoś nie zrobi,...

Andrzej Urbański: Naciski były zawsze

Andrzej Urbański: Naciski były zawsze

„Czasami mówię politykom brzydkie wyrazy, kiedy dzwonią do mnie z pretensjami.” Rozmowa z prezesem Telewizji Polskiej Andrzejem Urbańskim.

Rozmowy kontrolowane

Rozmowy kontrolowane

W grudniu 1981 r. Ryszard Ochódzki zostaje przyłapany w intymnej sytuacji z żoną pułkownika SB - Molibdena. Ten \"w odwecie\" wymusza na bohaterze zakup gospodarstwa w Suwalskiem.

"Po prostu przyjaźń" - w kinach Odeon od 3 lutego!

"Po prostu przyjaźń" - w kinach Odeon od 3 lutego!

Najnowszy film twórców "Listy do M"! Największy hit komediowy 2018 - rekordowa liczba widzów w Polsce! Bilety już w sprzedaży! Najlepszy film w swoim gatunku. Takich obrazów się nie zapomina. Wyborny film...

Gwiazdy i nałogi: Nieśmiertelny dymek

Gwiazdy i nałogi: Nieśmiertelny dymek

Podczas premiery filmu „Rewers”, odtwórca jednej z głównych ról i bożyszcze kobiet Marcin Dorociński nie czekał z zapaleniem papierosa, aż fotoreporterzy odłożą swoje aparaty i dał się do woli...


Ta strona używa plików cookie. Kontynuując przeglądanie witryny, wyrażasz zgodę na ich używanie przez nasz serwis. Dodatkowo kiedy odwiedzasz naszą stronę, wstępnie wybrane firmy mogą odczytywać i korzystać z określonych informacji zapisanych na Twoim urządzeniu, aby wyświetlać odpowiednie reklamy bądź spersonalizowane treści. Dowiedz się więcej.OK